20 października
Dużo się dzieje, w niedzielę przyjedżają długo wyczekiwani znajomi z Warszawy, my coraz intensywniej myślimy o powrocie, Martunia coraz dłużej chce się bawić... Mało czasu na pisanie. Gdyby chociaż pogoda była brzydka można byłoby siedzieć w domu i pisać. A tak trudno. Poczekamy na deszczowe dni.
8 października
Ach to ty
Przyszła wiosna, a z nią wiosenne burze, dłuższe dni, mocniejsze słońce. Nowe zielone liście na dębach nad Yarrą. Wszystko kwitnie, wszystko śpiewa.
Z wiosną przyszło do Ogrodów więcej Azjatów. Azjaci są absolutnie zafascynowani małymi białymi dziećmi. Martunia zbiera pozdrowienia i uśmiechy. Podejrzewam, że to z tych własnie interakcji w jej języku bierze się coraz więcej okrzyków przypominających japoński. - (walecznie) Haaa!!!..... Aiiiaaa!!!...
W mieście ludzie zrzucają zimowe buty i zakładają klapki. Dziś w porze lanczu robotnik pracujący na moście siedział w słońcu i wygrzewał bose stopy.
Wiosna w Melbourne jest przyjemna, bo nie męczy, nie pali. Jest świeża, zielona. Małe listki. Pąki. Wszędzie. Obiecują, że wszystko zacznie się na nowo. Siedzimy na ławce w pełnym słońcu i słuchamy wiosny.
3 października
W dogrywce meczu między Collingwood i St Kildą wygrał Colliingwood. Dziś kibice radośnie obnoszą po mieście czarno-białe stroje. Interesujący aspekt tutejszych meczów jest taki, że na stadionach można kupić alkohol, a mimo to pijanych się raczej nie widzi. U nas, o ile dobrze pamiętam, jest odwrotnie.
1 października
Virginia ma czterdzieści lat, Sonia czterdzieści dwa. Pozostałe dziewczyny po trzydzieści parę, ale Virginia i Sonia najbardziej przykuwają uwagę. Obydwie ładne, długowłose. Włosy Soni są zjawiskowe; ciemne, błyszczące, piękne. Virginia to blondynką. Siedząc obok siebie stanowią przyciągający kontrast.
Bardzo dużo kobiet po czterdziestce ma tutaj długie, zadbane włosy. Idąc za nimi nie wiem, czy idę za dwudziestolatką, czy za kobietą dwa razy starszą. Zwłaszcza, że sylwetka też zazwyczaj piękna, dwudziestoletnia. A więc ładne włosy. Druga rzecz - dzieci. Czterdziestolatka z niemowlęciem to w Melbourne popularny widok. Do tego często w legginsach, biegnąca z trzykołowym wózkiem dookoła Ogrodów. Pierwsze dziecko jest zwykle jej jedynym. Ale nie znaczy to, że Australijczycy to naród jedynaków. Wręcz przeciwnie, model 2+3, 2+4, a nawet 2+6 jest całkiem często spotykany. On jest wtedy zazwyczaj partnerem w jakiejś większej korporacji, ona - zawodową mamą.
Australia to kraj bardzo przyjazny rodzinie. Tę rodzinę widać na ulicach. Rodzinne pikniki w parku. W kawiarniach rodzinne śniadania i obiady. Dzieci siedzą przy stołach, na stołach i pod stołami, w wózkach, w krzesełkach. Nad filiżanką babycino.
Więc Virginia ma czterdzieści lat, a Sonia czterdzieści dwa. Spotykamy się w piątki na kawie w National Gallery of Victoria*. Virginia ma własną firmę headhunterską, Sonia jest dyrektorem firmy projektującej wnętrza. Historia Soni jest smutna, bo jej mąż zmarł w dniu terminu porodu, a mały Sam urodził się kilka dni po terminie; tata nie zobaczył syna. Natomiast Virginia to ta typową Australijka, która biega dookoła Ogrodów z wózkiem i małą Mayą, i to biega w trudniejszą stronę, pod strome wzniesienie. 'Lubię pod górkę', mówi energicznie Virginia, która w kawiarni zamawia standardowo skinny chocolate.
Jest wiosna, więc z Galerii przeniesiemy się niedługo do Ogrodów. Zyskamy słońce, stracimy najlepszą czekoladę na Southbanku oraz towarzystwo francuskiego kelnera z uroczym akcentem znad Sekwany. Dziewczyny zagadują go często i o byle co, żeby tylko posłuchać tego akcentu, i puszczają do siebie oko za jego plecami.
---------
* nasze spotkania to kontynuacja Mums' Group, czyli spotkań młodych mam z tego samego rejonu, chlubna inicjatywa lokalnego rządu
25 września
We love footy
Po południu miasto opustoszało. Fitzroy Street, ulica zazwyczaj weekendowo zakorkowana, była prawie pusta i znad morza wróciliśmy do domu w dziesięć minut.
Dziś Grand Final, ostatni finałowy mecz 'footy'. Footy to australijski futbol, pasja wszystkich mieszkańców Melbourne. Co tydzień mecze przyciągają na stadiony tłumy ludzi, a na co dzień są tematem rozmów w biurach i przy piwie. Zakładam, że również przy śniadaniu w przeciętnym australijskim domu, bo na mecze ściągają rodziny z dziećmi. W szalikach czarno-białych, żółto-brązowych, ojcowie, mamy, mali chłopcy, małe dziewczynki. Przychodzą popatrzeć, jak chłopaki z piłką w kształcie jaja biegają po okrągłym stadionie, strzelają do bramek, a okazjonalnie rzucają się na siebie, tworząc zgrabną kupę.
Całe Melbourne siedziało dziś albo na stadionie, albo w knajpach przed telewizorami. Czarno-biało-czerwona St Kilda grała z biało-czarnym Collingwoodem. Wynik meczu? Niespodziewany, bo remis, 68:68. Remis zdarza się w footy bardzo rzadko, a tu proszę się zdarzył, i to w finale. Ostatnio coś takiego miało miejsce trzydzieści trzy lata temu. Konsternacja. Za tydzień chłopaki powtarzają mecz, bo nie ma tu instytucji dogrywki. Więc może za tydzień znów na plażę.
14 września
Babcia
Wczoraj zmarła moja Babcia. Moja Babcia miała zawsze uśmiechnięty głos. Jeszcze półtora tygodnia temu rozmawiałam z nią przez telefon.
Babcia pięknie rysowała, miała rękę do rysowania. Pamiętam, jak rysowała gołębie. Realistycznie, bezbłędnie.
Często ubierała się w beże i brązy. Lubiła kwiaty różowe, a nie lubiła żółtych. Podobały się jej zasuszone pąki kasztanowca. Przez sześćdziesiąt lat żyła sama, bo dziadek zmarł już dawno. Robiła własnoręcznie tyle rzeczy. Swetry, narzuty na tapczan. Pamiętam zielony sweter od niej, w którym przechodziłam pierwszą klasę liceum. Chodziłam w nim chyba co drugi dzień. Jeździłam w nim nawet na nartach, zamiast kurtki.
Babcia nigdy nie wyglądała na swój wiek. Miała dużo energii, dużo siły. Interesowała się tym, co słychać u innych. W opowieściach bardzo szybko łapała powiązania rodzinne, kto jest kim dla kogo, stryj, siostrzenica, bratanek; mnie samej się to myliło, jej nie.
Pierogi Babci przejdą do historii. To były fantastyczne pierogi i znała je cała rodzina. Tak jak dżemy, najlepsze dżemy na świecie.
Babcia poznała Martunię tylko ze zdjęć i przez skype'a. Mówiła, że wygląda na myśliciela. Dobrze to wyczuła, bo obserwowanie i analiza to jest własnie cała Martunia.
Babcia przeżyła dziewięćdziesiąt jeden lat. Przez ostatnie miesiące leżała w łóżku. Nie ma jej już z nami i trudno w to uwierzyć.