Pocztówka z Tasmanii
Góry Tasmanii były dla nas miłym odświeżeniem po suchym krajobrazie Wiktorii. Co prawda niższe partie wyspy do złudzenia przypominały okolice Melbourne (busz, suche łąki, busz, busz), ale im wyżej, tym krajobraz był bardziej ożywiony. Rosło natężenie zieleni i drzew. Kiedy otoczyły nas góry, poczuliśmy się dobrze i bezpiecznie. To było ciekawe uczucie. Mamy teorię, że człowiek najlepiej odnajduje się w klimacie, który zna od urodzenia albo przynajmniej od wczesnej młodości. W każdym razie las strefy umiarkowanej zadziałał na nas kojąco.
Kiedy jechaliśmy samochodem w kierunku Gordon Dam - zapory wodnej na zachodzie Tasmanii, samochody z naprzeciwka mijały nas z częstotliwością 1 x na 20 minut. Poczuliśmy, że jesteśmy w Australii. Gordon Dam zbudowano w latach 60-tych, tworząc największy zbiornik słodkiej wody w kraju. Zapora, według moich amatorskich obserwacji, jest większa niż ta w Solinie i robi wrażenie.
Hobart, "stolica" Tasmanii, przypomina trochę miasteczko Cicely z Przystanku Alaska. Czas płynie powoli, kutry co dzień zwożą ryby do portu (w Cicely nie było kutrów, ale nieważne), a po południu w kilku pubach gromadzą się okoliczni mieszkańcy i, pijąc piwo, komentują wydarzenia dnia. życie skupia się wokół portu, gdzie w lokalnych restauracjach można zaserwować sobie codzienną porcję NNKT. Nam NNKT najbardziej smakowały pod postacią trevalli; od razu powiem, że nie mam pojęcia, co to za ryba, ale jeśli tak samo ładnie wygląda jak się nazywa, to od dziś należy do moich ulubionych. Nasze obiady kupowaliśmy prosto z knajp-barek przycumowanych w porcie. Torba fish & chips w wersji rodzinnej kosztowała 23 AUD.
Bardzo przyjemnym miejscem okazała się góra Mt Field, ze szczytu której przez dłuższą chwilę - zupełnie sami - oglądaliśmy zielone zbocza i pasma gór na horyzoncie. U stóp Mt Field rozciągało się jezioro w kształcie foki - Lake Seal.
Tasmanię tak naprawdę zdążyliśmy tylko musnąć kołami samochodu. Spędziliśmy tam cztery dni i obejrzeliśmy tylko południową część wyspy. Północna część, tasmańskie winnice i tasmańskie diabły poczekają na kolejną okazję.
Luty 2009