30 stycznia
Lato
Po czym jeszcze poznać lato?
Po trawie żółknącej nad brzegami Yarry i po ostrym zapachu eukaliptusów.
Po dialogach rodem z XVII-wiecznej Anglii, dobiegających wieczorami z Ogrodów Botanicznych. Na trawniki przy obserwatorium wróciły na letnie miesiące spektakle Shakespeare under the stars. W tym roku grają "Sen nocy letniej". Wieczorami na miejsce ściąga publiczność z kocami, koszami pełnymi jedzenia, składanymi krzesełkami i wszystkim, co potrzebne do udanego pikniku.
Po intensywności walk kur błotnych w Ogrodach. Czarne kury błotne o pomarańczowych dziobach natura wyposażyła w niezwykle ognisty temperament. Na oko połowę życia kura błotna spędza na atakowaniu innych osobników - własnego gatunku lub gatunków odmiennych. Zaatakować, nastraszyć, przepędzić. W grudniu i styczniu kury stają się bardziej agresywne niż kiedykolwiek. Wiadomo: słońce, lato,"'rozpiera mnie energia".
Po tym, że nasi znajomi jadą na weekendowy piknik w Bushranger's Bay, jak rok temu. Siatkówka nocą i spanie pod gwiazdami, a my tym razem spękamy, bo sieci komórkowe nie docierają na plażę w Bushranger's Bay. Co prawda wykręcenie numeru alarmowego 000, nawet z miejsca gdzie nie ma sieci, p o d o b n o pozwala w tajemniczy sposób zlokalizować dzwoniącego i wysłać na miejsce zdarzenia helikopter ratunkowy, ale słowo"'podobno" ma niewielką siłę przekonywania na trzy tygodnie przed estimated due date.
Po kampanii edukacyjnej Slip Slop Slap*, której celem jest walka z rakiem skóry. Nie bez przyczyny. Zapadalność na nowotwory skóry w Australii należy do najwyższych na świecie. Widać wyraźnie, że umiłowanie słońca przez mieszkańców Antypodów nie znajduje oparcia w ich genotypie, w dużej części wywodzącym się przecież z deszczowych Wysp Brytyjskich. Dlatego reklamy uświadamiające ludziom ryzyko płynące z nadmiernej ekspozycji na słońce nadawane są regularnie w przerwach między transmisjami meczów Australian Open.
Właśnie, i po Australian Open. Których finały jutro, choć już bez naszego ulubionego Nadala.
-----------------------------
* Slip on a shirt, Slop on sunscreen, Slap on a hat (wrzuć koszulę, "chlapnij się" filtrem, załóż kapelusz)
26 stycznia
Dzień Australii w Torquay
Stopy różowe od morskiej wody i piasku. Piasek we włosach, w butach, w samochodzie. To, co było kiedyś w lipcu i w sierpniu, teraz jest w styczniu i w lutym.
Dzień Australii spędziliśmy jak porządni Australijczycy - na plaży w Torquay. Torquay to miasteczko surferów, leżące godzinę drogi od Melbourne. Wypożyczalnie desek, fish&chips, miejsca-do-parkowania-wszystkie-zajęte. Narodowe święto Australii uczczono w Torquay Wielkim Wodowaniem Klapków. W samo południe około dwustu osób wbiegło naraz do oceanu, trzymając w rękach materace w kształcie ogromnych klapków. Niebiesko-czerwonych, jak flaga Australii. Obok kangura i strusia, klapki mogłyby być trzecim elementem narodowego godła. To prawdziwy klimat tutejszych ulic, miast i miasteczek. Australijskie thongs. Flip-flops. Go-backs*. Są wszędzie.
Po masowym wyścigu do oceanu gawiedź zaczęła bujać się na materacach w rytm fal. Większe fale, te przewracające na plecy, wywoływały piski radości. Grzesiek poszedł popływać na wypożyczonej desce. Ludzi w wodzie masa. Na plaży - koce, namioty, kanapki i piwo z przenośnych niebieskich lodóweczek. Dmuchane piłki uciekające dzieciom, chłopak z kite'm skaczący nad falami.
Po południu ryba z frytkami w jednym z miliona Fish&Chips, słońce wciąż mocne, ale przyjemny wiatr schładza powietrze do temperatury prawie idealnej, oddajemy deskę, zapuszczamy silnik i wyjeżdżamy z Torquay, z lipcowego Pobierowa, twarze zmęczone od gorąca. O dziewiętnastej trzydzieści ćwierćfinały Australian Open i gra Nadal.
-----------------------
* go-backs: bo klapki to coś, co często spada z nóg i trzeba się po to wracać.
21 stycznia
Grand Slam
- Masz coś ostrego w tej torbie? Szkło, puszki? Nie?... OK., zapraszam dalej.
To lubię. Komunikacja oparta na całkowitym zaufaniu. Ochroniarz w Rod Laver Arena, gdzie od poniedziałku toczą się rozgrywki Australian Open, zaufał mi. Rzeczywiście nie miałam ze sobą ani szklanych butelek, ani puszek. Dla spokoju sumienia jeszcze dwa razy musnął palcami moją torbę i to mu starczyło.
Podobnie było na lotnisku w Sydney, kiedy wracaliśmy z Nowej Zelandii. Australijczycy i Nowozelandczycy są przewrażliwieni na punkcie przewozu materiałów biologicznych. Kontrolują bagaż podróżnych, szukając żywności i innych organicznych substancji. Niepożądane nasionka mogą endemicznej florze wysp wyrządzić wiele szkód. Torby najczęściej są prześwietlane promieniami rentgena. Jednak pani na lotnisku w Sydney podeszła do kontroli czysto psychologicznie. Zamiast wrzucić nasze walizki na taśmę, spojrzała kolejno mnie i Grześkowi głęboko w oczy i zapytała: - żywność, nabiał? - Nie... nic takiego nie mamy. - A może jedzenie z samolotu? Tu chwilę musiałam się zastanowić: - Nie, nic. Przeszkolona w odczytywaniu mowy ciała pani skategoryzowała nas jako turystów prawdomównych i puściła dalej. Hej, to ciekawa sztuczka. Zwłaszcza, jeśli przepytywany nie spodziewa się zagrywek natury psychologicznej, a nastawia się na bezduszną, techniczną kontrolę. Może to taki nowy trend w służbach bezpieczeństwa.
Ale wracając do Australian Open. To był nasz pierwszy Wielki Szlem. W poniedziałek oglądaliśmy mecz między Nadalem i Luczakiem. Luczak to 30-letni Australijczyk polskiego pochodzenia. Obie strony cieszyły się silnym wsparciem publiczności. - Go, Rafa! - dopingowali faworyta hiszpańscy kibice. - Let's go, Peter, let's go! - śpiewali Australijczycy. Najwięcej uroku miała ośmioosobowa grupka australijskiej młodzieży, która w bardzo profesjonalny sposób wyrażała poparcie dla "Piotrka". W zanadrzu mieli przygotowanych mnóstwo okolicznościowych piosenek i okrzyków. Po świetnej akcji Australijczyka, przełamującej w pewnym momencie przewagę Nadala, chórek wstał i zaśpiewał: - That's the way - aha aha - I like it!... Niestety dobrych akcji Luczaka nie wystarczyło, żeby pokonać agresywnego "Rafę". Mecz jednak i tak dostarczył wrażeń. Równie zajmujące co gra były dialogi między hiszpańskimi i australijskimi kibicami. Nie wiedzieć czemu, Australijczyków bardzo śmieszyły wszelkie okrzyki wznoszone po hiszpańsku. Hiszpanie natomiast znajdowali dziwną przyjemność w przedrzeźnianiu lokalnej patriotycznej zaśpiewki "Ozzie Ozzie Ozzie - oi, oi, oi!". Oprócz ciekawego meczu, wieczór dostarczył nam wrażeń w postaci interesującej konfrontacji kultur.
19 stycznia
Poszukiwany - dentysta
Przykład rynku w nierównowadze? Rynek usług dentystycznych w Melbourne. Konsultacja u specjalisty - 195 AUD. Plomba - 325 AUD. Można też taniej, ale u tego naprawdę dobrego ceny takie będą. Za leczenie kanałowe jednego zęba wyskakujemy z siedmiuset dolarów. Za wstawienie koronki - z tysiąca. Trzy koronki i kupujemy spory piętnastoletni samochód osobowy.
życie jest brutalne jeśli chodzi o leczenie zębów w Australii i wszyscy o tym wiedzą. Moja koleżanka z MCFS, Joyce, wyleczy zęby hurtowo w Singapurze, przy okazji wizyty u rodziny. To mi przypomina trochę scenariusz z Polski, gdzie do znajomego dentysty przyjeżdżała pacjentka ze Szwajcarii. Kupienie biletu lotniczego do Warszawy i usunięcie czterech ósemek okazywało się lepszą transakcją niż przeprowadzenie zabiegu w ojczyźnie. Ale nasi dentyści od australijskich różnią się tym, że można do nich pójść w sobotę albo w tygodniu po osiemnastej. Tu się nie da. Poniedziałek - piątek, 9am - 5pm. That's it.
W sumie nas cieszy, że dentystom się wiedzie, ale w tym przypadku równowaga między wartością usługi i jej ceną gdzies się zgubiła. Cenę oczywiście ustala rynek, ale tutaj jest to rynek zdecydowanie monopolistyczny. W Australii brakuje lekarzy - przykład stomatologów wyraźnie to potwierdza.
Kolejny interesujący temat to usługi położnicze. Za prowadzenie ciąży w prywatnym gabinecie zapłacimy osiem tysięcy dolarów. Za poród w prywatnym szpitalu - od pięciu tysięcy w górę. My to sobie tylko z ciekawością obserwujemy, bo akurat tutaj działa nasze ubezpieczenie prywatne. Ceny jednak robią wrażenie. Zwłaszcza, że w przypadku prowadzenia ciąży wartość dodana lekarza jest - brutalnie mówiąc - niewielka. W odróżnieniu od leczenia zęba, prowadzenie ciąży to w zasadzie obserwacja. Jeśli ma się zadziać cos naprawdę złego, to najlepszy lekarz będzie bezradny. Oczywiście medycyna jest dziś w stanie zdziałać dużo, zwłaszcza na późniejszych etapach ciąży, ale czy zdziała to rękami lekarza prywatnego, czy publicznego, to już ma niewielkie znaczenie. Więc skąd popyt na drogie usługi prywatne? Cóż, ciąża to "duży temat", zwłaszcza ta pierwsza i zwłaszcza w wieku 35-40 lat (my na szkole rodzenia byliśmy jedną z młodszych par w grupie). W tym wieku są emocje. I są też pieniądze. Poza tym, podobnie jak w przypadku dentystów, rynkowi usług położniczych jest w Australii daleko od stanu nasycenia i specjalistów jest po prostu mało. Lekarze to zawód wciąż bardzo chętnie przez państwo importowany.
17 stycznia
Ling, Ping czy Xue?
Nie jest łatwo być Chińczykiem. Zwłaszcza Chińczykiem-rodzicem. Po pierwsze, młodej matce po porodzie nie wolno robić praktycznie nic. Wychodzić na dwór, kąpać się, przyjmować odwiedzin. Jedynym zajęciem świeżo upieczonej Matki-Chinki jest karmienie. Tak jest przez miesiąc. To tzw. confinement period, okres uwiązania w domu. Z odsieczą w obowiązkach domowych przychodzi mama, teściowa albo mąż. O co chodzi? Tradycja mówi, że poród to wydarzenie, które prowadzi do wychłodzenia organizmu kobiety, pochłaniając dużą ilość energii. Miesiąc confinement ma pomóc odzyskać straconą energię. Przy czym energia do tego stopnia traktowana jest tu dosłownie, że młodej matce zabrania się na przykład pić zimną wodę. Powinna też unikać wychładzającej żywnosci, takiej jak ogórki, ananasy albo, co ciekawe, kapusta.
Okres confinement rozpoczęła niedawno żona Sottera, kolegi Grześka z pracy. A Sotter wziął po narodzinach córki miesięczny urlop. Urlop należał mu się tak czy inaczej, ale przeznaczenie miesiąca wakacji na opiekę nad - powiedzmy to sobie szczerze - krzyczącym tak głośno jak żadne inne stworzenie, całkowicie absorbującym małym człowiekiem, uważam za niezłą akcję.
Na tym jednak nie koniec. Do tej pory byliśmy przekonani, że najtrudniejszym zadaniem stojącym przed oczekującymi rodzicami jest wymyślenie imienia przyszłemu potomkowi. Otóż okazuje się, że jeszcze większym wyzwaniem może być dla rodziców o b l i c z e n i e imienia. Tradycja buddyjska precyzyjnie mówi, jak nadawać imiona dzieciom. Sprawa nie jest prosta. Analizie poddawanych jest kilka rodzajów informacji, między innymi imiona rodziców, oczekiwana data porodu etc. Aparat analizujący dane, w postaci duchownych buddyjskich, przetwarza informacje wejściowe, po czym zwraca rekomendowany wynik. Podobno z takiej analizy "prawidłowe" imię może wyjść naprawdę brzydkie. Ale cóż, tradycja; siłom wyższym lepiej się nie narażać. A dlaczego w proces angażują się duchowni? Jak tłumaczyła mi Joyce, koleżanka z pracy, algorytm ustalania imienia jest na tyle skomplikowany, że wielu rodziców miałoby trudności z właściwym jego zastosowaniem. Zadanie więc "outsource'uje się" do świątyni. Na pytanie, czy ktoś wymyślił już program komputerowy do obliczania imion, Joyce nie potrafiła odpowiedzieć, ale przyznała, że pomysł jest dobry.
Rzeczywistość wygląda tak, że imię tradycyjne nadaje się dziecku "bo należy", ale na co dzień stosuje się inne, potoczne imiona. A czy w praktyce Chinki przestrzegają wytycznych okresu confinement? Podobno tak. Na wszelki wypadek. Bo babcia tak robiła. Bo mama. Lepiej dmuchać na zimne - polskie przysłowie akurat dobrze oddaje tutaj sens chińskiej tradycji.
11 stycznia
Tuatara i świecące Robaki (3)
Fauna Nowej Zelandii jest niezwykle interesująca. Weźmy taką tuatarę. Tuatara to mały gad przypominający jaszczurkę. W Nowej Zelandii żyje od dwustu milionów lat - i w ciągu tego czasu niewiele się zmienił. Sto milionów lat temu Nowa Zelandia straciła połączenie lądowe z Australią. Zalał je Ocean Tasmański. To sprawiło, że na nowozelandzkie wyspy nigdy nie przedostały się prowadzące lądowy tryb życia ssaki. Na pozbawionych ssaków terenach zwierzątka takie jak tuatara mogły sobie żyć spokojnie i bez większych zmartwień. Nie musiały nawet specjalnie ewoluować. Tuatara prowadzi niespieszny tryb życia. Dożywa stu lat, a niektórzy badacze twierdzą, że nawet dwustu. Przez pierwsze dwadzieścia lat mały gad cieszy się beztroskim dzieciństwem. Dojrzałość płciową osiąga dopiero około dwudziestki i wtedy też zaczyna mysleć o zakładaniu rodziny. Proces reprodukcji jest podobnie powolny. Od momentu zapłodnienia samicy do chwili wyklucia się małych tuatar upływa nawet piętnaście miesięcy. To się nazywa życiowy luz.
Zupełnie inne są świecące Robaki. świecące robaki żyją między innymi w jaskiniach w Te Anau. Podróż łodzią po ciemnych grotach jaskiń, w otoczeniu milionów niebieskich punkcików mrugających na ścianach, jest niezapomniana. To świecą larwy glowworms. Im głodniejsza larwa, tym mocniej świeci. Ale chwila, miało byc nawiązanie do tuatary. Otóż o ile nowozelandzki gad przez pierwsze kilkanaście lat życia w ogóle nie myśli o rozmnażaniu, o tyle glowworms mają na reprodukcję dosłownie jeden dzień. Po przepoczwarzeniu się w owada, tego samego dnia muszą połączyć się w pary i złożyć jaja - inaczej tracą szansę na przekazanie genów kolejnym pokoleniom. Pod koniec dnia, najpóźniej na drugi dzień życia, owady giną. Natura była do tego stopnia efektywna w projektowaniu fizjologii glowworms, że dorosłej, owadziej formy nie wyposażyła w układ pokarmowy. Bo czy potrzebny jest żołądek, skoro żyje się tylko dwadzieścia cztery godziny?
Podobnie jak tuatarze, brak drapieżników sprzyjał również ptakom kiwi. Co ciekawe, spośród wszystkich ptaków, kiwi są najbliższe gatunkowo ssakom. O tym, że nie latają, wie każdy. Ale mają do tego masę innych ciekawych cech. Na przykład bardzo grubą skórę i kości wypełnione szpikiem; w odróżnieniu od wypełnionych powietrzem kości ptaków. Oraz pokrycie skóry, które bardziej przypomina futro, niż pióra. Poza tym, temperatura ciała kiwi jest niższa niż 'regularnych' ptaków: 37-38 st. C.; zwykłe ptaki przeważnie nie schodzą poniżej 39 stopni. Co jeszcze? Ptaki kiwi mają wąsy w okolicy dzioba. Mają też bardzo dobrze wykształcony zmysł węchu i dotyku, jak ssaki, podczas gdy dla większości ptaków najważniejszym zmysłem jest wzrok. Wszystko to sprawia, że kiwi zyskał w Nowej Zelandii przydomek "ssaka honorowego". Honorowego ssaka kiwi widzieliśmy w parku przyrody w Queenstown. Na wolności kiwi zobaczyć jest niezwykle trudno. Prowadzi nocny tryb życia, a do tego ptaków tych jest bardzo mało. Ich wrogami stały się zwierzęta sprowadzone na wyspy przez człowieka, głównie koty i psy.
Z Queenstown, miasteczka wypełnionego ludźmi (!?), miasteczka paralotni, bunji-jumping i innych sportów podnoszących poziom andrenaliny, wreszcie miasteczka o klimacie wpadającym w atmosferę naszego Zakopanego - powoli zaczęliśmy zataczać pętlę w kierunku Christchurch, skąd rozpoczęliśmy podróż po Wyspie Południowej.
7 stycznia
Przystanek Te Anau (2)
Faktem, że Dunedin jest najstarszą miejscowością w Nowej Zelandii, nie należy się zbytnio ekscytować. Oznacza to tylko tyle, że miasteczko założono w 1815 roku. A w praktyce życie zaczęło tam kwitnąć jeszcze później, kiedy na przyległym półwyspie Otago zbudowano stację wielorybniczą. Niemniej jednak Dunedin jest bardzo przyjemnym miejscem i przywodzi na myśl miasteczka Prowansji, zwłaszcza gdy jedzie się samochodem wzdłuż linii brzegowej. Kręte drogi, góry, ocean. Słonecznie, lazurowo, wakacyjnie.
W Dunedin spotkaliśmy się ze Stuartem, kolegą Grześka z PwC. Stuart oryginalnie pochodzi z Vancouver, pracuje z Grześkiem w Melbourne. Ma miłą, wyraźną wymowę i podręcznikowy akcent. Mój mózg w czasie rozmowy ze Stuartem nie musi pracować na 120 proc. obrotów, jak to czasem bywa w rozmowach z Australijczykami. Pod tym względem na Kanadę i Stany można liczyć. Stuart opowiadał o Vancouver: sympatyczne miasto, rywalizuje trochę z Toronto. Ostatnio na Vancouver mówi się Hon-couver, dla odzwierciedlenia zachodzących tam zmian demograficznych. Do Kanady napływa coraz więcej Azjatów. Po Wyspie Południowej Stuart jeździł samotnie, spotykając się tu i ówdzie z różnymi znajomymi. Jak się okazuje, Nowa Zelandia jest w czasie świąt Bożego Narodzenia częstym kierunkiem podróży dla wielu mieszkańców Australii.
Na najdalej wysuniętym punkcie półwyspu Otago, 40 km od Dunedin, spotkaliśmy się oko w oko z fokami. Mieliśmy je na wyciągnięcie ręki. Niesamowite, jak zwinne stają się foki w wodzie. Nurkują i wyskakują nad powierzchnię jak delfiny. Foka leżąca w słońcu na skałach i foka w oceanie to dwa różne zwierzęta.
Najdłuższy dzień w roku, 22 grudnia, zastał nas własnie w Dunedin. Słońce zaszło dobrze po dziesiątej. O tej porze roku w Nowej Zelandii szósta wieczorem to środek dnia. Australia, bliższa równikowi, ma dni trochę krótsze; o dziewiątej robi się ciemno.
Wigilia obfitowała w akcenty polskie. W Te Anau, malutkim mieście położonym przy zachodnich fiordach, spotkaliśmy się z Kubą i Agatą, dla których Nowa Zelandia była jednym z ostatnich miejsc na trasie wycieczki po Azji i okolicach. Ich czteromiesięczna podróż skończy się w połowie stycznia. W restauracji Fat Duck w Te Anau, gdzie zjedliśmy razem wigilijny obiad, przez przypadek dostaliśmy dodatkowe piąte nakrycie. Brakowało tylko opłatka i pierwszej gwiazdki. Na gwiazdkę poczekalibyśmy sobie pewnie do północy.
Na Kubie i Agacie duże wrażenie zrobił Hobbiton - miejscowość na Wyspie Północnej, gdzie kręcono sceny do Władcy Pierścieni. Hobbiton stał się małą mekką turystów. Na miejscu można dowiedzieć się różnych rzeczy o kulisach kręcenia filmu. Na przykład takich, że wielki stary dąb, który tam sfilmowano, w rzeczywistości przywieziono z jakiegoś odległego zakątka kraju; był idealny, a w Hobbitonie akurat takiego brakowało. Jak wyglądał transport dębu? Gałęzie ponumerowano i opisano, po czym drzewo pocięto na kawałki, przewieziono ciężarówką na miejsce i złożono od nowa. Albo liście z Tajwanu. Liście do niektórych drzew robiono w Tajwanie, bo w Nowej Zelandii akurat takich jak sobie wymyślił Peter Jackson nie było. Więc przygotowano liście w Tajwanie i przysłano samolotem. Amerykański przemysł filmowy jest nie do przebicia.
Miasteczko Te Anau przypomina Cicely z Przystanku Alaska. Niska zabudowa, w tle góry. Tryb życia spokojny, rzeczywisty. Wieczorne życie skupia się w Barze pod Łosiem. Tam je się świąteczną kolację i przychodzi na świąteczne drinki. Nad jeziorem Tekapo słuchamy opowieści Kuby i Agaty z Azji i z Fidżi, wspominamy studia i program Work&Travel w Stanach dziesięć lat temu.
3 stycznia
4 miliony ludzi, 70 milionów posumów (1)
Nowa Zelandia przywitała nas ciepłym deszczem i charakterystycznym płaskim "e". Przed nowozelandzkim "e" ostrzegali nas już Jaś z Dominiką, gdy byli u nas w Melbourne, nie mogąc powstrzymać się przy tym od złośliwego chichotu. Nowozelandczycy wymawiają "e" jak "i" lub bardzo blisko "i". W związku z tym słówko test brzmi w ich ustach jak "tist" albo "tiest", pen jak "pin" albo "pien", a check-in, co uważam za piękne, check-in zmienia się w kurczaka: "czikin". Po dwóch dniach pobytu w Nowej Zelandii, słysząc wszędzie płaskie "i" w miejscu klasycznego "e", zaczęliśmy wymieniać między sobą znaczące spojrzenia i złośliwie chichotać.
Z wyspy północnej i południowej, na nasze wakacje wybraliśmy wyspę południową, jako większą i bardziej zróżnicowaną. Na obydwie nie starczyłoby nam czasu. W czasie lądowania w Christchurch rozciągały się pod nami pola zieleni. Zielone łąki, zielone lasy. Na ten kolor czekaliśmy. Cudowne orzeźwienie po żółtych, stepowych kolorach Australii.
Christchurch jako pierwsze dało nam do zrozumienia, że w Nowej Zelandii prawie nie ma ludzi. Słynne z bardzo dużej liczby kościołów miasteczko było puste. Najsilniej skoncentrowany tłum znaleźliśmy w katedrze na głównym placu miasta. Tłum miał postać dwudziestoosobowego chóru chłopięcego, przygotowującego się do występów w czasie świąt Bożego Narodzenia. Próby chóru były nagrywane przez telewizję i towarzyszyły im profesjonalne efekty świetlne. Różowe, fioletowe i zielone smugi światła wypełniały katedralne nawy i podświetlały wysokie kolumny.
W czwartej klasie liceum i na studiach lubiłam podróżować przez Polskę z tej nietypowej przyczyny, że mogłam wówczas na żywo, "w terenie", rejestrować fakty przyswajane do egzaminu z geografii na SGH. Widok krów pasących się w ostrołęckim, podobnie jak obecność sadów owocowych w okolicach Tarczyna, napełniały mnie cichym wewnętrznym zadowoleniem. Tak jest, zgadza się. Produkcja przetworów owocowych - wokół aglomeracji miejskich. Hodowla krów - tereny łąkowe Warmii i Mazur; ostrołęckie w pierwszej piątce w Polsce pod względem produkcji mleka. Nie zdziwiło mnie więc za bardzo, że podobną reakcję wywołał widok owiec na trasie wiodącej z Christchurch do Dunedin. Rocznik statystyczny. Pogołowie owiec. Nowa Zelandia - czterdzieści milionów sztuk, dziesięć na jednego Nowozelandczyka. Tak jest.
Co do owiec, skala ich hodowli w ostatnich latach jednak zmniejszyła się - na korzyść krów. Dlaczego? W latach osiemdziesiątych Stany Zjednoczone ograniczyły import nowozelandzkiej baraniny, za karę, że mały wyspiarski kraj zakazał przyjmowania wizyt okrętów nuklearnych, co doprowadziło do zerwania paktu wojskowego zawartego wcześniej ze Stanami i do restrykcji handlowych. W związku z embargiem Nowozelandczycy musieli trochę przemodelować system hodowli. Skoro nie baranina, to może wołowina. Od tego czasu na nowozelandzkich łąkach przybyło krów.
Ale owiec i tak jest bardzo dużo. Bardziej liczna jest chyba tylko populacja posumów, których w Nowej Zelandii żyje ponad siedemdziesiąt milionów. Posumy zostały przywiezione z Australii. Nowa Zelandia jako taka nie posiada własnych ssaków. Wszystkie żyjące w kraju ssaki, oprócz dwóch gatunków nietoperzy, zaimportowano z zagranicy. Niektóre z nich zdążyły wyrządzić w lokalnym ekosystemie sporo szkód. Posumy, pozbawione naturalnych wrogów, rozmnożyły się na wyspach niesamowicie i niszczą nowozelandzkie drzewa. Nowa Zelandia jest więc wyjątkowo wyczulona na punkcie przywozu do kraju materiałów organicznych, nie pozwala na wwożenie produktów pochodzenia roślinnego ani zwierzęcego. Naszyjnik z muszelek? Zapomnij. Naszemu koledze nowozelandzka straż graniczna umyła buty górskie, bo miał na nich błoto. A w błocie mogą siedzieć niebezpieczne nasionka, kłącza i inne rozmaite zło.
Jadąc pustymi drogami wzdłuż linii oceanu, mając po prawej stronie na horyzoncie ośnieżone szczyty gór, dotarliśmy do Dunedin, najstarszego miasta w Nowej Zelandii.
Styczeń 2010