Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
< Archiwum      Dziennik >
31 stycznia

Nie wiem, czy powinnam wrzucać tutaj to zdjęcie, ale wrzucę. Z Ogrodów Botanicznych.


30 stycznia

Niestety na rynku finansowym sytuacja jest kiepska i nic nie wskazuje na szybką poprawę. Moja działka private equity, czyli aktywa wysokiego ryzyka, ma się jeszcze gorzej niż inne. Często słychać o dużych zwolnieniach i na rynku jest coraz więcej ludzi szukających pracy. Najczęściej z dużym lokalnym doświadczeniem - i to są niestety moi konkurenci.

Ale do każdego tematu trzeba podejść twórczo :) Znalazłam opcję, która bardzo mi się spodobała i postanowiłam ją wykorzystać. Zapisałam się na studia w Life Coaching Institute of Australia. O takich kursach nie słyszałam w Polsce, a temat mnie bardzo interesuje. I tak już niedługo będę uczyć się do Certificate IV in Life Coaching. Super sprawa, bo oprócz kursu jest możliwość wybrania konkretnej ścieżki (np. Workplace Coaching, Life Cycle Coaching), a instytut jest bardzo profesjonalny. W międzyczasie, jeśli na rynku się poprawi, jest zawsze opcja podjęcia pracy, bo kurs jest zaprogramowany elastycznie. I'm quite excited. A jeszcze wcześniej, co też mnie całkiem ekscytuje, lecimy na Tasmanię :)


28 stycznia

O dziesiątej wieczorem 37 stopni. Jeez. Nawet przycupnięty nad rzeką mały possum był trochę zdziwiony. Nie mam pojęcia, jak jest possum po polsku, ale possumy na pewno należą do królestwa zwierząt, a nawet torbaczy, są małe, szare i raz udają kota, a raz wiewiórkę.


27 stycznia wieczorem

Wczoraj obchodziliśmy Dzień Australii. Dzień Australii to pamiątka po tym, jak w 1788 roku James Cook z flotą brytyjską przypłynął do Terra Australis, Ziemi Południowej, i zatknął na niej brytyjską flagę. Szczerze mówiąc, to taki powód do świętowania jest dla mnie średnio dobry, bo oznacza, że cieszymy się z inwazji. Na kraj, w którym trochę ludzi już mieszkało. Grzesiek mówi, że nie z inwazji, tylko ze zbudowania społeczeństwa i z tego, że teraz jest fajnie. Ale ja tam się lubię przyczepiać i dla mnie mogliby zastanowić się nad tym, żeby dodać do tego dnia jakieś nowe, ciekawsze znaczenia. 

W każdym razie wczoraj Melbourne zamieniło się w jeden wielki piknik i uliczną imprezę. Przez most w centrum miasta przeszła parada różnych grup i narodowości, głośna i kolorowa. Po kolei: policjanci i straż miejska, Chińczycy ze smokami (chiński Nowy Rok!), Hindusi z bollywood dance, Filipiny i cała reszta Azji. Szkoci i Irlandczycy, Duńczycy i Łotysze. Miło to wszystko wyglądało. Potem wróciliśmy do domu, żeby pobiegać i słońce tak nas zmęczyło, że nie poszliśmy już na czwartą na wyścig kaczuszek. Wyścig kaczuszek polega na tym, że na rzekę spuszcza się tysiące żółtych gumowych kaczuszek, którym na dystansie kilkuset metrów gorąco kibicują ich właściciele. Właściciel zwycięskiej kaczuszki dostaje w nagrodę Mitsubishi Lancera. Wieczorem były tradycyjne fajerwerki i tak zaczął się, krótszy o poniedziałek, nowy tydzień.


27 stycznia

Prognoza temperatury na najbliższe dni: 41, 40, 42, 41, 38. Czy to miał być wyjazd survivalowy?


25 stycznia

Wieczór w Comedy Club był miły i dostał pięć gwiazdek na sześć.  A w weekend mieliśmy sześciogwiazdkowy piknik na bezludnej plaży nad Bushranger's Bay. Zorganizowany przez ludzi z siatkówki i oczywiście z siatkówką jako elementem sine qua non.

Na piknik złożyły się 2 godziny jazdy samochodem nad zatokę, 40-minutowy marsz urwistą ścieżką na plażę, spotkanie z naszym angielsko-niemieckim towarzystwem; potem wesołe próby rozstawienia słupków i siatki w naszej małej piaskowej dolince, siatkówka do zmroku i piknik z kuchnią fusion, czyli co kto przyniósł. Rozmowy o tym, co w australijskiej prognozie pogody znaczy hot, warm, mild i cool. 30 stopni to wciąż tylko warm; a very hot zaczyna się od 38 stopni. Wspominanie Modern Talking i AHA. Nie poznałam jeszcze śmieszniejszego Niemca niż Mark, mąż Kerstin.  

Na niebie''lokalsi'' pokazali nam Krzyż Południa. Dziwne nie móc zobaczyć Wielkiego Wozu. Ponieważ zrobiło się bardzo zimno,  znów zaczęliśmy grać - z latarkami czołowymi na głowach. Dalej już była noc pod gwiazdami, w śpiworach, i coraz większe zimno. Jak mówił mój kolega z Copernicusa, Piotrek (zdobywca Nordkapp) - ''Czujesz, że żyjesz''. Po paru godzinach - wschód słońca i nareszcie powoli robi ciepło. Cała pusta plaża, skały, wielkie fale - są nasze.

W drodze na parking widzieliśmy  z Grześkiem z piętnaście kangurów. Dwa (Kanga i Roo) stały na naszej ścieżce. Były duże (Kanga) i miały inteligentny wyraz twarzy; do tego stały na dwóch łapach. Pełna konfrontacja.

Wyjeżdżając z parkingu naszym wynajętym Mitsubishim pojechaliśmy odruchowo prawym pasem. Dopiero po jakiejś chwili samochód jadący z naprzeciwka przypomniał nam, co zrobić.

PS. Zdjęcia


23 stycznia

Dziś piątek. Nie mogę się doczekać wieczoru, bo wieczorem idziemy do Comedy Club. Comedy Club mieści się na Collins Street - jednej z głównych ulic city i jest czymś w rodzaju kabaretu. Klimacik tego miejsca jest niesamowity. Może dlatego, że jest inaczej, niż w naszych kabaretach. Impreza ma miejsce w wielkiej sali, w której całe wnętrze zajmują ławy i stoły. Kiedy ostatnim razem weszliśmy tam dobrze po ósmej wieczorem (a o ósmej formalnie jest początek), wszystkie ławy były zapełnione, a salę wypełniał gwar ludzi, którzy przy piwie lub czymś podobnym do Jacka Danielsa nadrabiali towarzyskie zaległości dnia. Tylko dnia, bo jestem pewna, że poprzedniego wieczoru ci sami ludzie spotkali się na piwie w innym miejscu. Piwo po pracy w dni powszednie to tutaj ''szara rzeczywistość''.

Goście wieczoru - było ich czterech, jeden po drugim - dali świetny show; łącznie z prowadzącym, który idealnie wkomponował się w otoczenie - potargane włosy, oldskulowy T-shirt, wyraźny mięsień piwny. Nastawialiśmy się, że w optymistycznej wersji z występów zrozumiemy 50 proc. Bo tutaj nie ma litości, jest slang, lokalny humor, szybki dowcip. Ale okazało się, że rozumieliśmy prawie wszystko. Wyjątek był tylko jeden :) Pod koniec wyszedł gość, który wygłosił monolog w wersji absolutnie Ozzie. Jeez, to był slang. Oczy otwierały mi się coraz szerzej. Ale jak to wciąga. I jaka motywacja - żeby następnym razem zrozumieć więcej.

Mała ilustracja Ozzie pronunciation:

day w Australii brzmi jak die
buy - jak boy
więc 'daylight' będzie brzmiało mniej więcej 'die-loyt'

I porcja przysmaków:
emma chisit? = how much is it? (what's the price?)
egg nishner = air-conditioner
snow ewe smite = it's no use, mate
tiger teasie = take it easy

(www.liveinaustralia.com, Afferbeck Lauder's book, Let Stalk Strine (Let's talk Australian). Ure Smith, 1965)

Co nam się też podobało - krótki i energetyczny wstęp do pokazu wygłosił chłopak z baru, który pięć minut wcześniej normalnie nalewał piwo i sprzedawał colę. To kolejna rzecz, którą już nieraz spotkaliśmy w Australii: pracownicy miejsc typu bar, ośrodek turystyczny są wielofunkcyjni. Tak jak ranger na Paradzie Pingwinów, który jednocześnie pilnował porządku wśród widzów i opowiadał o życiu pingwinów. Holistycznie :)

Nie mogę się doczekać.


20 stycznia

Wczoraj wieczorem poszliśmy na spacer nad rzekę. Po 21-ej było ciągle 27 stopni. W ciemnościach nad Yarrą przelatywały nietoperze - z północnej strony Melbourne na południową. Jeden za drugim. Nie stadem, ale właśnie po jednym nietoperzu, po parę. Przez dziesięć minut. Przez dwadzieścia. Nietoperz za nietoperzem. Czy tam była jakaś impreza?

Nietoperze leciały do Royal Botanic Gardens. Pięć lat temu zostały stamtąd wysiedlone, bo za bardzo rozrabiały. W Ogrodach Botanicznych było aż 28 tysięcy szarogłowych latających lisów (grey-headed flying foxes), które przez sam fakt, że było ich dużo, szkodziły roślinności. Więc ludzie postanowili je przenieść i stworzyli w innym miejscu przyjazne dla nietoperzy środowisko, z odpowiednią wilgotnością, zapachem, sztucznymi gniazdami i nawet podstawionymi nietoperzami, które miały zachęcić kolegów z Royal Botanic do osiedlania się.

Podobno się udało i latające lisy latają już teraz głównie w Yarra Bend Park. Więc ciekawe, co widzieliśmy wczoraj. Być może tajny zlot lat-lisów w starej siedzibie. 

Dziś przeczytałam, że szarogłowe to nietoperze, które można znaleźć tylko w Australii. Gatunek endemiczny, jak prawie wszystko tutaj.  Poza tym są inteligentne i towarzyskie. Co do tego to akurat nie jesteśmy przekonani, bo na nasze głośne okrzyki ''Stop!''i podniesione do góry ręce nie zareagował wczoraj żaden nietoperz. A na słuch raczej nie mogą narzekać.


18 stycznia

Dlaczego tutejsze masło ma okres trwałości 9 miesięcy, a w Polsce najdłuższy termin ważności, jaki widziałam, to 2 miesiące? Dlaczego sok pomarańczowy można po otwarciu przechowywać siedem dni, a w Polsce należy spożyć w ciągu 48 godzin? Bez dodatków i bez konserwantów. Czemu masło tutaj jest solone? (ale niesolone też ma ważność prawie rok!) Dlaczego Australijczycy jedzą okropną pastę vegemite, sporządzoną na bazie drożdży, słono-gorzką?

Dlaczego poczta wygląda jak sklep, w którym bierze się z półek to, co się chce kupić i podchodzi się z tym do kasy? Czemu nie ma znaczków??? (zamiast tego są koperty ze znaczkami już nadrukowanymi). Dlaczego listonosz wrzuca listy do skrzynki, która stoi tuż przy ulicy i z której każdy, kto przechodzi obok, mógłby wyjąć przesyłkę z kartą bankową albo numerem PIN? A nie wyjmuje?

I moje ulubione, gwiazda programu: dlaczego w centrum miasta na niektórych skrzyżowaniach, przy skręcie w  p r a w o (pamiętamy, że ruch jest lewostronny), należy stanąć na najdalszym  l e w y m  pasie, poczekać aż wszyscy jadący prosto przejadą, i dopiero można skręcić? No dobra, to akurat wiem. Bo środkiem ulicy najczęściej jeżdżą tramwaje, więc chodzi o to, żeby nie blokować torów i zmniejszyć ryzyko kolizji. Takie skręty nazywają się hook turns, są charakterystyczne dla Melbourne i tylko dla centrum miasta.

Wszystkie te drobiazgi bardzo mi się podobają. Podobała się nam wyjątkowo również ostatnia wymiana korespondencji z policją stanu Wiktoria. W przypadku, gdy dostanie się mandat, należy go zapłacić, ale można też - równolegle - napisać list do policji, i wyjaśnić, dlaczego uważamy, że mandat został wystawiony niesłusznie. Jeśli argumenty są dobre, czasami mandat anulują. Więc kiedy dostaliśmy karę za parkowanie w niedozwolonym miejscu, Grzesiek napisał, że bardzo przeprasza, ale czy mogliby rozważyć cofnięcie mandatu, ponieważ: dopiero od niedawna jest w Melbourne, tutejsze znaki drogowe są dość skomplikowane (są skomplikowane!), a poza tym on stanął naprawdę na bardzo krótko. I oczywiście już się w międzyczasie nauczył, co które znaki znaczą. No i przedwczoraj dostaliśmy odpowiedź. Policja podziękowała za list.  Nie mogą jednak cofnąć mandatu, bo został wystawiony słusznie - za naruszenie przepisu (tutaj szczegółowo zostały przedstawione jego okoliczności), a naruszenie przepisu, nawet chwilowe, niestety pozostaje naruszeniem. Ponadto jeżdżąc samochodem w danym stanie jesteśmy zobowiązani do przestrzegania lokalnego prawa. Tak że nie mogą uwzględnić tej prośby. Ale jeśli się nie zgadzamy z ich decyzją, możemy zwrócić się tu i tu, i złożyć odwołanie.  Cudowne.

Ze słówek, które mi się spodobały w ostatnich dniach: cuppa tea, znaczy cup of tea, a Macca - Mc Donald's. Give me more.


16 stycznia po południu

Napis na ciężarówce firmy zajmującej się przeprowadzkami: You will be moved by our service.


16 stycznia

Bill Bryson w przemiłej książce 'Down under' pisze o swoich podróżach do Australii. Między innymi do położonego na północy miasta Cairns. Bryson był w Cairns w 1999 i jego pobyt tam był związany z Aborygenami. Bo właśnie w Cairns poznał człowieka - prawnika, który bardzo się interesował sprawami autochtonów i sporo mu o nich opowiedział. Głównie o nieudanej polityce asymilacji  prowadzonej przez rządy australijskie.

Bryson, siedząc w kawiarni w Cairns przy kawie i nad gazetą, patrzył na ulicę. Patrzył, obserwował i doszedł do wniosku, że pozornie spójny uliczny tłum jest podzielony. To był podział na ludzi uśmiechniętych,  pewnych siebie, siedzących w kawiarniach przy kawie i nad gazetą - białych Australijczyków, i na ludzi obojętnych, często ponurych, przemykających szybko ulicą albo siedzących na chodnikach - o ciemnej skórze i charakterystycznych rysach twarzy. Pisał, że spojrzenia jednej i drugiej grupy się nie spotykały; że to były dwa różne światy.

Jim Brooks, prawnik z pasją etnograficzną i socjologiczną, zwrócił Brysonowi uwagę na jedną rzecz. Aborygenów w Australii jest mniej niż 2 proc. Spora część z nich mieszka poza miastami. Ale nawet przy skromnym udziale w populacji, od czasu do czasu powinno się spotkać listonosza, kierowcę albo urzędnika w banku pochodzenia aborygeńskiego. Ale się nie spotyka. Przez całe życie, powiedział Brooks, nie widziałem ani jednego Aborygena pracującego w mieście: ich po prostu tam nie ma.

Dlaczego tak się dzieje? I dlaczego odsetek bezrobotnych jest kilka razy większy wśród Aborygenów niż wśród reszty Australijczyków? Czemu the indigenous people częściej niż przeciętnie wpadają w alkoholizm i wąchają benzynę? Dużo ludzi obwinia o to właśnie nieprzemyślaną politykę asymilacji. W latach 1910-1970 Aborygenom zabierano dzieci, żeby uczyć je żyć w białym społeczeństwie. Z a b i e r a n o. Przyjeżdżał samochód i odjeżdżał z dziećmi. Rodzeństwo z jednej rodziny częstokroć rozdzielano i wysyłano w różne rejony Australii. Czy z takich dzieci, które odbierano rodzicom i umieszczano w ośrodkach wychowawczych - pyta Bryson - mogli wyrosnąć pełnosprawni i szczęśliwi ludzie (uwaga: to się działo jeszcze  30  lat  temu!)? Oczywiście to działanie nie było podszyte złymi zamiarami. Wręcz przeciwnie. Celem kolonizatorów było dostosować lokalnych mieszkańców do życia wśród białych. Ale dopiero teraz widać, jak tych ludzi psychicznie skrzywdzono.

Nie chcę poznawać kraju tylko z perspektywy książek, więc to, że na jednej z ulic Melbourne tego samego dnia zobaczyłam Aborygena siedzącego na chodniku, z kubkiem na pieniądze w ręku, uznałam za trochę 'szkolną' ilustrację tego, co właśnie przeczytałam (BTW, w Melbourne rzadko ktoś żebrze o pieniądze. Standardem jest zbieranie pieniędzy w zamian za przedstawianie sztuki ulicznej własnego pomysłu. Ten mężczyzna tylko siedział). Na razie próba badawcza jest mała i nic nie mówi. Ostatnio kiedy graliśmy w siatkówkę, obok nas grała inna wesoła drużyna, a w niej człowiek o typowej aborygeńskiej urodzie - i zachowywał się bardzo po tutejszemu: śmiał się, głośno krzyczał i klaskał. Ale rzeczywiście- ludzi aborygeńskiego pochodzenia widzi się bardzo rzadko. W Melbourne w prostych usługach typu sklepy spożywcze albo kioski bardzo często pracują Azjaci albo Hindusi. Aborygenów jeszcze nie widzieliśmy. Ostatnio najwięcej było ich na ekranie, kiedy oglądaliśmy 'Australię'. 

Na koniec ciekawostka lingwistyczna: w języku pewnego plemienia aborygeńskiego istnieją cztery rodzaje: 1) męski, 2) żeński, 3) nijaki oraz 4) oznaczający jedzenie. Najwyraźniej jedzenie było dla tego plemienia na tyle ważne, że stworzyli dla niego oddzielny rodzaj. I like it!


13 stycznia

Uff... Dziś  było 37 stopni. Z pewną nieśmiałością umówiliśmy się na wieczór na siatkówkę w St Kilda.  Uznaliśmy, że o 18.30 największy upał już przejdzie, a morska bryza będzie nas przyjemnie chłodziła. Jakże się myliliśmy. Późnym popołudniem upał był wciąż trudny do zniesienia, a bryzy morskiej nie było. Wyparowała? Graliśmy dwa na dwa, z Samem i z Saszą. Sam pochodzi z Hongkongu i jest już dla mnie stałym elementem plaży ze swoją różową siatką i żółtymi spodenkami. Saszę z Berlina poznaliśmy dziś. Obaj grają nieźle.

St Kilda przypomina trochę Beverly Hills. Albo dziś przypominała. Młodzież w kostiumach kąpielowych wracająca z plaży, ręczniki na ramionach, w rękach mrożone koktajle albo lody. Wszyscy szukają cienia pod palmami lub ochłody w McDonaldzie. Kolorowo, gorąco i wakacyjnie. Gorąco.

Mecz zakończył się wynikiem 2:2, na więcej nie mieliśmy siły. Chwila ochłody w zatoce (jaka słona woda!) i wracaliśmy na rowerach do domu. W lodówce czekała schłodzona sałatka grecka i to było piękne. A jutro ma być 39 stopni.

11 stycznia

W przerwach między rozsyłaniem cv a  grą w siatkówkę zwiedzam Melbourne. Dwa dni temu natknęłam się na bibliotekę Wiktorii - State Library of Victoria

Australia może nie jest numerem 1 ze względu na liczbę zabytków, ale biblioteka to jest moje odkrycie. Może dlatego, że mieści się w samym centrum City, co w połączeniu z jej stylem i charakterem (1854 r.) jest urocze. Może dlatego, że panują tam miłe studenckie klimaty, a na trawie przed biblioteką siedzi mnóstwo młodych ludzi. A na pewno dlatego, że budynek przypomina SGH: bardzo podobne krużganki, z których można sobie obserwować - stojąc na czwartym piętrze - salę czytelni. Czytelnia jest okrągła, a ławki rozchodzą się promieniście ze środka. Ciemne drewno jest połączone z zielenią. Całość pachnie unwersytetem.

Na parterze biblioteki, w sali równie okrągłej jak czytelnia, zobaczyłam na środku ogonek ludzi. Czekami na miejsca przy komputerach z Internetem. Każdy może przyjść do i przez 15 minut korzystać. Po sali porozrzucane są też stoliki, przy których można usiąść z książką wziętą z półki. Przeszłam się między regałami - słowniki, historia, ekonomia, prawo. Prawo handlowe. Prawo pracy. Konstytucja Wiktorii. To ciekawe - Wiktoria ma swoją konstytucję. I ciekawe, jak się lokalna konstytucja ma do konstytucji Australii. Tak w ogóle, identyfikacja ludzi z własnym stanem jest chyba duża. W reklamach Wiktoria, w radio Wiktoria, na billboardach Wiktoria. Wiktoria jest jednym z sześciu stanów. Patrząc na mapę, zobaczyłam jak mała jest w skali całego kraju. I jak mały jej kawałeczeki zobaczyliśmy na wakacjach. A tyle jeździliśmy! To jak to jest przejechać samochodem z południa na północ Australii?

Wzięłam z półki encyklopedię Australii. Litera A. Aborygeni. Zaczęłam czytać i odpłynęłam przy Języku. O tak ciekawych konstrukcjach, mili moi (powiedziała Alicja z Krainy Czarów), jeszcze nie słyszałam. Po pierwsze: większośc języków aborygeńskich, oprócz liczby pojedynczej i mnogiej posiada jeszcze liczbę p o d w ó j n ą. Co to znaczy? Oprócz słów 'ja' i 'my' jest dodatkowo specjalne słowo oznaczające 'ja z kimś'. Co więcej, 'ja z kimś' można powiedziec na dwa sposoby: włączając albo wyłączając osobę, z którą rozmawiamy. Czyli mamy słowo na 'ja i ty' (tzw. tryb inclusive) albo 'ja i ktoś, ale nie ty' (tryb exclusive). W liczbie mnogiej tak samo: mamy jeden wyraz na ''ja i ty i jeszcze inne osoby', a oddzielny na 'ja i inne osoby, bez ciebie'. Innymi słowy, są cztery sposoby powiedzenia 'my'. Ale czad.

To nie wszystko. Aborygeni zaszli bardzo daleko w sztuce przemawiania. Na różne okazje używa się różnych stylów mówienia. Pewne plemię Aborygenów ze środkowej Australii posiada (posiadało?) bardzo kunsztowny styl przemawiania, którego używali tylko mężczyźni, tylko po przejściu inicjacji, i tylko przy specjalnych okazjach. Styl polegał na tym, że mówca używał słów o dokładnie przeciwnym znaczeniu do tego, co chciał wyrazić. Na przykład chcąc powiedzieć 'Siedzę na trawie', mówił 'Inny mężczyzna stoi na niebie'. Słabo? Trzeba się nieźle napracować, żeby coś powiedzieć - i żeby zrozumieć. Ale na przykład Anglicy, którzy podbijali Australię, do kultury Aborygenów, a w tym ich języków, mieli bardzo pogardliwy stosunek. Uznali, że jezyki plemienne są prymitywne i nie mogą równac się z angielskim. Był taki niechlubny okres w historii Australii, kiedy Aborygenom zabierano dzieci, umieszczano je w sierocińcach i w ramach przystosowywania do życia w społeczeństwie, uczono angielskiego. Za mówienie w języku plemiennym dzieci były bite. Dzisiaj te pokolenia, skradzione aborygeńskim rodzicom, nazywa się stolen generations. W społeczeństwie, w którym lepiej żyło się ludziom znającym angielski, języki aborygeńskie zaczęły zanikać. Aborygeni przystosowywali się do nowych warunków. Tymczasem w latach 60-tych XX wieku, europejscy lingwiści zajmujący się Australią doszli do ciekawego i dość innowacyjnego wniosku. A mianowicie - że języki aborygeńskie osiągnęły imponujący poziom rozwoju i że pod wieloma względami są znacznie bogatsze niż jezyki zachodnie. To był moment, kiedy doceniono część kulutry aborygeńskiej i okres, w którym sami Aborygeni zaczęli wracać do swoich języków, a nawet z powrotem być z nich dumni.

Bilans lingwistyczny Australii jest taki, że z ok 250 języków plemiennych, których używano przed opanowaniem kontynentu przez Anglików, w użyciu zostało mniej niż 20. Jako ciekawostka na koniec - słowa takie jak: kangaroo, wallaby (coś bardzo podobnego do kangura), koala i moje ulubione billabong (jezioro) mają właśnie pochodzenie aborygeńskie. Uroczo brzmią też nazwy miast i miejsc - Dandedong, Wagga Wagga, Narren Warren. Słynna skała - monolit - środku kontynentu to Uluru. Nasza rzeka - Yarra (w języku plemienia Wurundjeri yarra oznacza wodospad). W całej Australii jest tego mnóstwo.

PS. Czytelnia, Przed Biblioteką, Przed Biblioteką 2


8 stycznia

Rozwiązanie zagadki z 3 stycznia (najpopularniejszy kolor samochodów w Australii): kliknij tutaj. Ogłaszam, że wygrała moja Siostra, odgadując za pierwszym razem. Wszystkim uczestnikom dziękujemy za wzięcie udziału w konkursie :)


7 stycznia

Cała Wiktoria oszczędza wodę.  Rząd postawił mieszkańcom za cel, by tego lata zużycie wody nie przekroczyło 155 l dziennie na osobę (Wiktoria, jak każdy stan, ma swój rząd). Zeszłego lata przeciętny mieszkaniec zużywał 180 litrów dziennie.

No więc cała Wiktoria oszczędza wodę. Ale to nie jest proste. Najprostsze, co przychodzi do głowy, jeśli jest deficyt, to podnieść cenę tego, czego jest mało. Tyle że z wodą to tak ładnie nie zadziała. Najwięcej wody zużywają akurat ci ludzie, których będzie stać na podwyżkę - czyli ci podlewający swoje ogrody albo posiadający własne baseny. Podwyżka cen najbardziej uderzyłaby w biednych i tak naprawdę nie spełniłaby zamierzonego celu. W rezultacie ceny wody w Australii nie są wysokie.

Więc rząd daje wskazówki, jak zużywać mniej wody: skróć czas, w którym bierzesz prysznic: z 7 minut do 4 (z  s i e d m i u ?...). Załóż w łazience baterię wodooszczędną. Kup wodooszczędną pralkę. Zbieraj deszczówkę. Rzadziej podlewaj ogród. No i oczywiście nie myj samochodu przy domu. Na kempingach w toaletach widzieliśmy napisy typu - ''Nawet jeśli jesteś na wakacjach, to pamiętaj, że nie ma wakacji od oszczędzania wody''. Albo - ''Woda w tej łazience jest wtórnie przetworzona''.  No i rzeczywiście wydaje się, że na problem wody można zadziałać tylko społeczną propagandą. Przekazywaną przez media, billboardy w mieście, strony internetowe.

Bardziej wyrafinowany pomysł to odsalanie wody morskiej. Ten pomysł chyba dość mocno podzielił tutejsze społeczeństwo. Bo odsalanie spowoduje zanieczyszczenie oceanu skoncentrowaną dawką ścieków, bo podniesie koszt wody i bo jeszcze parę rzeczy. W oknach domów albo sklepów można czasem zobaczyc napisy: Say NO to desal! Na brak wody nie ma prostych rozwiązań.

Za to woda pojawia się przyjaźnie w takich miejscach, jak ścieżki wokół Ogrodów Królewskich - bardzo lubiane przez biegaczy. Albo duże ulice w centrum miasta. Zimna woda do picia w małych kranikach. Tam, gdzie najbardziej może się przydać. W podobnych miejscach pojawiają się publiczne toalety. Z drobiazgów sprawiających, że Melbourne jest miastem przyjaznym dla użytkownika, podoba mi się tutaj jeszcze duża liczba ławek. Na ulicach w centrum miasta, na trawie w parkach. Te w parkach można przestawiać z miejsca na miejsce (tj. ze słońca w cień). Trawa w parkach i trawniki w centrum miasta też są intensywnie wykorzystywane - na trawie się siedzi, leży, śpi, je drugie śniadanie, jest na pikniku. Trawa jest dla ludzi - i dużo innych rzeczy też.

Ewa


4 stycznia

Siatkówką na plazy w St Kilda zakonczylismy wakacje; jutro Grzesiek wraca do pracy, a ja zaczynam rozsylanie cv. Chociaz styczen tutaj to podobno cichy sezon. Everybody's gone for holiday!

Piasek dzis na plazy byl gorący i parzyl w stopy, gralismy przy pelnym sloncu i lekkim wietrze. Zespól bardzo międzynarodowy: Australia, Hong Kong, Wegry, Niemcy, Kolumbia. I my. Po kilku setach zeszlam z boiska i usiadlam obok Moniki, Kolumbijki, zony naszego grającego kolegi. Diego i Monica w Australii sa od czterech lat. Wiesz Ewa, tutejsza pogoda wpędza mnie w depresję. W depresję??? mnie tu pogoda bardzo odpowiada, w Polsce jest teraz ponizej zera i pada snieg. No tak, ale w Kolumbii jest tak milo, codzienne 25 stopni. To prawda, ale macie tam tez chyba bardzo wilgotno. No tak, faktycznie jest u nas taka przyjemna wilgoc w powietrzu. Monica dodala, ze w Melbourne przez caly rok tylko czeka na lato, a i tak w tym roku lato jest chlodniejsze niz zwykle. Hm. To ja poproszę dalej takie chlodniejsze lato.

Do obiadu pilismy czerwone wino z gór Wiktorii, kupione na największym targu w Melbourne. Targ wyglądem przypomina trochę bazar, a klimatem byly Stadion Dziesieciolecia. Po poludniu sprzedawcy zaczynają krzyczec: banany po 99 centow, banany po 99 centow, kupujcie, bo muszę się ich dzis pozbyc. Poza tym mozna tam kupic zywą kurę lub kaczkę. 6 AUD za sztukę. My kupilismy troche owoców i wlasnie butelkę wina, którą mozemy po wypiciu uzupelnic u tego samego sprzedawcy winem tanszym o dwa dolary.

Wczoraj oprócz wizyty na targu Queen Victoria przejechalismy sie tez po kilku parkach. Od razu widac, ze sobota - na trawie i w kwiatach robily sobie zdjęcia pary mlode. Widzielismy tez najstarszy budynek w Australii: Cook's Cottage, czyli dom rodzicow Jamesa Cooka. James Cook odkryl pod koniec XVIII wieku wschodnie wybrzeza Australii. Domek jego rodziców zostal rozebrany w Anglii, przewieziony do Melbourne i zrekonstruowany w 1934 w takim ksztalcie, w jakim wyglądal w 1750 roku. Najstarszy na kontynencie. Welcome to Australia.

Ewa

PS.
Para mloda 1
Para mloda 2
Najstarszy budynek w Australii


3 stycznia

A teraz zagadka: jaki jest najbardziej popularny kolor samochodow w Australii? Odpowiedzi prosze przysylac na moj adres. Do wygrania pobyt w Melbourne w pieknej dzielnicy South Yarra.


1 stycznia

Eeee.... To miala byc impreza?? Przygotowalismy sie na tance, hulanki i swawole, a byly tylko fajerwerki, co prawda odjechane, ale jednak tylko fajerwerki. Tutaj chyba nie lubia tanczyc. Najbardziej lubia pikniki z BBQ. Eeee...

Nie wiem, jak bylo w poprzednich latach, ale w tym roku Melbourne zorganizowalo sylwestra dla mieszkancow pod haslem ''dla kazdego cos milego'', czyli w jednym miejscu dla rodzin z dziecmi, w drugim dla fanow kina pod gwiazdami itp. My wybralismy impreze na Birrarung Marr - to jest taki nowoczesny plac w centrum miasta - bo reklamowala sie zachecajaco ''Put on your dancing shoes!''. No to zalozylismy i hajda na Birrarung. Jednak zamiast fiesty zobaczylismy tylko zespol grajacy na gitarach klasycznych, nawet fajnie grajacy, ale tej muzyki wszyscy sluchali jakos spokojnie, w bezruchu. Podskakiwaly tylko dzieci i obok nas rodzina hipisow.

Pare minut po dziewiatej byl pierwszy pokaz fajerwerkow - jednoczesnie w kilku miejscach, ze specjalnych platform na rzece. Zeby oddac koloryt wieczoru trzeba powiedziec, ze Yarra byla oblepiona ludzmi, na trawiastych brzegach lezaly koce, a na nich setki albo tysiace ludzi. Do centrum przyszlo chyba cale Melbourne. Duzo rodzin z wozkami i z malymi dziecmi. Ludzie w turbanach. Azjaci. Biali. Bylo bardzo kolorowo i bardzo milo, tego wieczoru picie alkoholu w centrum miasta bylo zabronione, nie widzielismy tez ani jednej osoby palacej (!). Ale gdzies zabraklo tego imprezowego charakteru sylwestra, ktory jest w Polsce.

Z powodu braku fiesty wrocilismy do domu na herbate (do centrum mamy 15  minut rowerem), a przed dwunasta pojechalismy znowu, zeby zobaczyc wlasciwy pokaz petard. I znow bylo kolorowo i ladnie. Po rzece plywaly stateczki, na ktorych mozna bylo spedzic sylwestra bardziej wyjatkowo, a na pewno bardziej na widoku - Yarra to mala i kameralna rzeczka. Po pokazie fajerwerkow byly oklaski - to bylo mile, cale miasto zaklaskalo. I skladanie zyczen. Po powrocie do domu, przywitalo nas pod drzwiami dwoch nastolatkow - z imprezy, ktora robila dziewczyna w mieszkaniu obok: ''Happy New Year!''.

Happy New Year.


top

Styczeń'09
Luty 2010
Styczeń 2010
Grudzień 2009
Listopad 2009
Październik 2009
Wrzesień 2009
Sierpień 2009
Lipiec 2009
Czerwiec 2009
Maj 2009
Kwiecień 2009
Marzec 2009
Luty 2009
Styczeń 2009
Grudzień 2008