21 lutego 2011

K O N I E C

Nasza przygoda z Australią dobiegła końca.  Trwa adaptacja do nowej (starej) rzeczywistości. Krótki dzień, śnieg, więcej szarości i mniej uśmiechu na ulicach, wszystko jest wciąż trochę nowe. Za to do dobrego chleba i smacznego miodu przyzwyczailiśmy się bardzo szybko. A nasi znajomi nie zmienili się w ogóle i to jest piękne.

Tydzień temu odnieśliśmy sukces w postaci poprawienia nastroju urzędniczce z urzędu skarbowego. W odpowiedzi na nasze przyjazne "dzień dobry" pani obrzuciła nas niechętnym spojrzeniem: przeszkodziliśmy w popołudniowej kosmetyce paznokci. Graliśmy jednak twardo, byliśmy mili i konkretni, i po piętnastu minutach pani urzędniczka zachowywała się już niemal życzliwie. 

Wyjazd do Melbourne był naszą małą przygodą życia. Wróciliśmy do Polski dopiero trzy tygodnie temu, a już trudno nam uwierzyć, że byliśmy i mieszkaliśmy tam przez ponad dwa lata, że widzieliśmy to wszystko. że  podróżowaliśmy przez czerwoną pustynię, pływaliśmy w Morzu Koralowym, oglądaliśmy góry Nowej Zelandii i świecące robaki w jaskiniach Te Anau.  że poznaliśmy tych wszystkich, których poznaliśmy. że w szpitalu St Vincent's w marcu, wczesną jesienią, urodziła się Martunia.

Dziękujemy wszystkim, którzy byli przez ten czas z nami.


16 lutego

Jest kawiarnia! I tylko 2000 metrów od domu.


11 lutego

No to jesteśmy.

I właściwie nasze przewidywania sprzed wyjazdu sprawdziły się. Są dobre jabłka. Są polskie gazety, dużo. Brakuje słońca i ciepła. Uśmiechu kasjerów. Nie ma plaży, a tym bardziej nie ma plażowej siatkówki. Ale najbardziej nie ma kawy. Ani kawiarni. W Warszawie poza centrum nie ma kawiarni. Pierwszego dnia rano po przylocie poszliśmy do Łazienek: zaplanowaliśmy spacer i kawę. Spacer, owszem, był miły, za to w punkcie 'kawa' ponieśliśmy porażkę. Mimo, że promień poszukiwań był duży. No i ceny. Kawa w Warszawie jest droższa, niż w Melbourne, choć koszty życia w Australii ogólnie wyższe dwa razy. Więc czekamy, żeby kawa i kawiarnie stały się dobrem pierwszej potrzeby, żeby było dużo i tanio.

Trochę trudno sobie wyobrazić, że gdzieś tam na drugim końcu świata jest lato, grzeje słońce, pachną eukaliptusy, a parę osób, które znamy i z którymi spędzaliśmy jeszcze niedawno czas, grają o zachodzie słońca w siatkówkę na plaży; bez nas.

Odrobinę tęsknimy, głównie w przerwach między składaniem w urzędach wniosków o wymeldowanie, zameldowanie, wypełnianiem nipów aktualizacyjnych, kserowaniem, drukowaniem, wkładaniem w koszulki i segregowaniem. Za to przemiłym punktem dnia są spotkania.

Dziś rano w Trójce Marek Niedźwiedzki puścił Gurrumula.


2 lutego

No to lecimy.


30 stycznia

Samochód sprzedany. Motor sprzedany już dawno. Kaski, kurtka motorowa, przenośna lodówka o wdzięcznej nazwie esky, wszystko sprzedane. Rowery zapakowane w folię bąbelkową i wysłane. Statek już wypłynął.

Ostatni turniej siatkówki plażowej Grześka, ostatnia kawa w Gloria Jeans, ostatni chiński masaż; tym razem oprócz głowy i szyi jeszcze ramiona, idziemy na całość, to jest nasz ostatni masaż u Kevina i chłopaków. Los przygotowuje pożegnalną niespodziankę: trafia mi się sam Kevin.

I jeszcze nasz ostatni heatwave. Dziś czterdzieści stopni, w poniedziałek trzydzieści dziewięć. W Ogrodach trochę chłodniej, ale i tak najlepsze miejsce na heatwave to basen.

Siostra pyta, czy przygotowujemy Martunię na zimę.
- Opowiadacie jej o śniegu?
- Trochę opowiadamy, ale Martunia mówi, żeby nie ściemniać; żadnego śniegu nie ma. Tylko piasek.
- A, takie coś do posypywania śniegu. No też jest. 

21 stycznia

Podsumowanie

Czego nam będzie brakować po powrocie?

Eukaliptusów. Są ładne i ładnie pachną. Kosmicznego śpiewu srok. żółwi w Ogrodach. Ogrodów.

Ludzi piknikujących przy każdej okazji. Ludzi uśmiechających się bez powodu. Tłumów biegających codziennie nad rzeką. Fali rowerzystów jadących rano do pracy i dzwoniących dzwonkami.

Kierownicy po prawej stronie samochodu i wycieraczek po lewej. 

Kierowców, którzy po wymuszeniu na nich pierwszeństwa na rondzie, nie tylko, że nas nie strąbią, ale jeszcze zamachają do nas, że spoko i żeby jechać dalej.

Morza i siatkówki plażowej.

Tramwajarzy, którzy zagadują pasażerów i opowiadają którędy będzie jechał tramwaj, a okazjonalnie dorzucają dowcipy. Artystów ulicznych w wieku od 10 do 90 lat.

Tego, że nikt nie pyta "co robisz w Sylwestra".

Uśmiechniętych sprzedawców, mechaników samochodowych, sprzątaczy.  

Kawiarni wypełnionych po brzegi o każdej porze dnia. Dobrej kawy wszędzie. Knajp indyjskich, azjatyckich, włoskich.

Lisy, Normana, Nirali i Martina.

Tego, że pieniądze nie są specjalnie ważnym tematem.

I trochę nam nawet będzie brakować heat wave'ów, czyli kilkudniowych upałów, kiedy zawieje gorącym powietrzem z pustyni. No bo potem jak miło jest, kiedy temperatura znowu spadnie; i można rozmawiać z innymi - ale był upał, co?

A do czego z przyjemnością wrócimy?

Do śniegu i do prawdziwych świąt Bożego Narodzenia.

Do dobrych jabłek. D o b r y c h  j a b ł e k.  Dobrych. Jabłek.

Do naszego mieszkania na Bluszczańskiej.

Do sklepów osiedlowych, gdzie można kupić coś więcej, niż snickersa, colę i chleb tostowy.

Do lasów iglastych i mchu.

Do wszystkich, którzy na nas czekają.

Do rozsądnych cen usług dentystycznych.

Do polskich książek, polskich gazet, Programu Trzeciego Polskiego Radia i listy przebojów Marka Niedźwiedzkiego.

I do tego, że z miasta do miasta można samochodem, a nie trzeba samolotem.

Było miło. Do zobaczenia wkrótce.


15 stycznia

Martunia śmieje się na huśtawce.


14 stycznia

Powodzie w Queensland, bardzo przygnębiające. Tym bardziej, kiedy zalewa trzydzieści tysięcy domów, a deszcz wciąż pada.


12 stycznia

Pakowanie i składanie.


8 stycznia

Drobna uwaga. Przed wyjazdem do Australii straszyli nas pająkami. Wielkimi, groźnymi. Trochę się baliśmy. I? Nie ma. Tu  n i e  m a  p a j ą k ó w. A jeśli są, to się dobrze ukrywają. Przez dwa lata w Melbourne widziałam mniej pająków niż podczas dwutygodniowych wakacji w Gostyńcu. I żadnych wyczekiwanych z utęsknieniem redbacków* czy śmiercionośnych pająków białych. Krokodyle - owszem, zabójcze meduzy - tak, kangury - masa, ale pod względem pająków Australia mocno nas rozczarowała.

----
redback - czarny pająk z czerwonym paskiem na grzbiecie, nie występujący w Australii. Za to bardzo jadowity. Straszy się nim wszystkich turystów.

Grudzień 2010
Listopad 2010
Wrzesień i pazdziernik 2010
Sierpień 2010
Lipiec 2010
Czerwiec 2010
Maj 2010
Kwiecień 2010
Marzec 2010
Luty 2010
Styczeń 2010
Grudzień 2009
Listopad 2009
Październik 2009
Wrzesień 2009
Sierpień 2009
Lipiec 2009
Czerwiec 2009
Maj 2009
Kwiecień 2009
Marzec 2009
Luty 2009
Styczeń 2009
Grudzień 2008


      Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

Archiwum

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
Styczeń-Luty 2011
Archiwum >
Copyright Ewa & Grzegorz Krawiec
Dziennik z Australii

2011
Luty
Styczeń





2010
Grudzień 2010
Listopad
Wrzesień
Pazdziernik
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń


2009/08
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
Grudzień'08