31 sierpnia

Wynalazków ciąg dalszy

Kolejna rzecz, którą wymyślono w Australii, to tajne głosowanie. Wymyślono w 1856 roku, tym samym co ośmiogodzinny dzień pracy. Jak widać, 1856 był rokiem nowości. Swoją drogą trochę niewiarygodne, że kiedyś na świecie głosowało się tylko jawnie. Wyniki głosowania, jak przypuszczam, musiały wtedy bardziej przypominać wyniki dzisiejszych sondaży opinii publicznej, czyli mówimy nie do końca to co myślimy, bo inni patrzą. Tak czy inaczej, tajne głosowanie miało swój początek w Australii.

Głosowanie i wybory to temat na czasie, bo Australijczycy wybierali ostatnio skład parlamentu. I nie za bardzo wyszło, bo żadna partia nie uzyskała większości absolutnej. Ani Partia Pracy Julii Gillard, ani centroprawica Tony'ego Abbotta. Co interesujące, takiej sytuacji Australia nie widziała od siedemdziesięciu lat. Zawsze ktoś dostawał większość głosów. Na tym wszystkim stracił chwilowo dolar, bo dla rynku to większa niepewność. Tak że jeśli ktoś chce przyjechać nas odwiedzić, to może to jest dobry moment? Bo potem Australia znów zadziwi wszystkich wynikami gospodarczymi i dolar znów pójdzie w górę. A tymczasem pani Gillard i pan Abott będą rozmawiać z niezależnymi członkami parlamentu i myśleć o stworzeniu rządu koalicyjnego. Ostatni taki rząd funkcjonował w 1940 roku.

Jeszcze jedna ciekawostka - wybory w Australii są obowiązkowe. Kto nie zagłosuje, płaci karę. Kara nie jest duża, 20 dolarów, ale najwyrazniej działa. Frekwencja na wyborach przekracza dziewięćdziesiąt procent.


28 sierpnia

Martunia ma braciszka!!! (ciotecznego). Gratulujemy serdecznie Rodzicom i ściskamy całą trójkę.


24 sierpnia

Work-life balance

O tym, że Australijczycy są wyluzowani, wiemy od dawna. Wiedzieliśmy już przed naszym przyjazdem, a  spędzone w Melbourne kilkanaście miesięcy utwierdziło nas w tym przekonaniu.  Ale tym razem mamy na poparcie naszej tezy fakt historyczny.

W Australii najwcześniej na świecie ustanowiono ośmiogodzinny dzień pracy. Ustanowiono sto pięćdziesiąt lat temu, wcześniej niż w Anglii i w Stanach. Przedtem nikt za bardzo się nie przejmował tym, że ludzie pracują po kilkanaście godzin dziennie. W Melbourne lud pracujący wziął sprawy w swoje ręce najszybciej na świecie. W 1856 roku lokalni rzemieślnicy przespacerowali się pod parlament i wytłumaczyli rządzącym, że woleliby pracować krócej, ale za te same pieniądze. Rząd pomyślał i się zgodził. Uznał, że ośmiogodzinny dzień pracy jest fair w australijskim upale. Z podobną inicjatywą wyszli rzemieślnicy w Sydney, ale tam udało się im wynegocjować tylko jedną rzecz - krótszy czas pracy. Wynagrodzenia zostały proporcjonalnie obcięte. W obu przypadkach sprawa dotyczyła pracujących w sferze publicznej.

Tak więc początek ruchu na rzecz tak zwanego work- life balance miał miejsce w Melbourne. Od tej pory w mieście co roku urządzano pochód na cześć Ośmiogodzinnego Dnia Pracy. Potem pochody zastąpiła Moomba, coroczny festiwal organizowany pod ogólnym hasłem 'Bawmy się'. Ale my i tak uważamy, że najlepszy wzorzec pracy mają tradycyjni Aborygeni, którzy pracują przez trzy i pół dnia w tygodniu. Resztę czasu poświęcają zajęciom towarzyskim, religijnym i podobnym. Nie wiem, kto im to liczył i co dokładnie w ich przypadku znaczy "praca", ale informacja znalazła się w encyklopedii, więc zakładam, że sprawdzona.  


21 sierpnia

Mama

Mama pojechała i zrobiło się pusto. Martunia chodzi i pyta, gdzie podziała się Babcia, która tak ładnie śpiewała.

Babcia nie tylko śpiewała, ale też chodziła z Martunią na spacery oraz przejmowała nad nią opiekę w nocy, co było  n i e o c e n i o n e. Kto ma dzieci ten rozumie, kto nie ma, niech przeczyta "Dziecko dla odważnych" Leszka Talki. Albo... lepiej niech nie czyta?

Nie jestem pewna, czy ten kawałeczek Australii w postaci Melbourne i Cairns, który zobaczyła Mama, wystarczył jej, żeby poczuć smak czerwonego kontynentu. Po Australii można podróżować tygodniami. My sami jesteśmy tu od prawie dwóch lat, jeździliśmy sporo, ale pozostało nam jeszcze dużo miejsc nieodkrytych, jak na przykład Zachodnia Australia.

Mama niedługo pozna swoje drugie wnuczę, na które wszyscy czekamy (ahoj, Siostro!), ale któremu na razie nie spieszy się z przyjściem na swiat. Jak twierdzi Siostra, nie dziwi jej to wcale, bo potem już nikt synka nie będzie nosił 24/7 jak teraz.

Za Siostrę trzymamy kciuki, Mamę pozdrawiamy i ściskamy. No tak. Ostatnie sześć tygodni, jak wszystko co dobre, upłynęło strasznie szybko. Jak sezon truskawkowy, jak wakacje, jak słoneczny weekend na działce.


17 sierpnia

W Adelajdzie

W Victor Harbour pod Adelajdą widzieliśmy kawałek wieloryba. A dokładnie wielorybią płetwę i pióropusz pary wydmuchiwanej nad powierzchnię wody. O tym, gdzie można zobaczyć żywy okaz southern right whale, poinformowała nas pani z informacji turystycznej: - Właśnie dostaliśmy faks z Basham Beach, że  j e s t  w i e l  o r y b. Musicie jechać tak, tak i tak, i dojedziecie do plaży Basham - powiedziała w największej konspiracji. Pojechaliśmy. Wieloryb kąpał się spokojnie kilkaset metrów od brzegu, ale okaz był wyraźnie nieśmiały, bo nad powierzchnię wysuwał tylko płetwę i tylko raz na jakis czas.

Z Adelajdy do Victor Harbour jedzie się półtorej godziny drogą ekspresową i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby na trasie nie obowiązywał ruch wahadłowy. Rano samochody jechały z miasta na wybrzeże, wieczorem wracały z powrotem.

Poza wielorybami ostrzyliśmy sobie zęby na jakis lokalny koncert, bo jak wieść niesie, Adelajda to stolica muzyki pubowej. Wieczorem poszliśmy do Grace Emily, małego kameralnego baru w centrum miasta. Ku naszemu rozczarowaniu, po krótkim i zachęcającym wstępie zespół przestał nagle grać i zmieszał się z tłumem, zapewne żeby wrócić na scenę za czas nieokreślony. Rozegraliśmy więc we dwójkę partię bilarda, odmówiliśmy następnej partii jakiemuś miejscowemu Kaziowi, bo wiadomo - pierwsza gra bez zobowiązań, a potem zaczyna się całonocny hazard. Zespół nie powrócił na scenę, my byliśmy zmęczeni, więc ostatecznie wróciliśmy do motelu.

Adelajda ma bardzo przyjemny uniwersytet. Spacer po kampusie przypomniał nam nasze studia i było miło. Na Uniwersytecie Południowej Australii odbywały się właśnie dni otwarte i wydziały reklamowały swoją ofertę edukacyjną. Zagadka: jacy studenci zdominowali wydział nauk o zdrowiu? łatwa zagadka, studenci z Azji oczywiście. Azjaci wiedzą, co ma przyszłość. Są sprytni i są wszędzie.

Niedzielną kawę wypiliśmy w Gloria Jeans, do tego ciasto marchewkowe, polecam ciasto marchewkowe w Australii. O trzeciej trzydzieści lot do Melbourne, o szóstej w domu przywitała nas uśmiechnięta Martunia, która znów chyba nie zauważyła, że nie było nas przez weekend.

12 sierpnia

Mama leci do Polski już za tydzień i żegnajcie kopytka, żegnajcie naleśniki ze szpinakiem. 
No tak. Było nam dobrze. Przed nami ostatni weekend szaleństw. Szaleć (we dwoje) będziemy w Adelajdzie, miasta znanego z dobrej muzyki oraz ze stacji obserwacji wielorybów nad oceanem. 


Wrzesień i pazdziernik 2010
Sierpień 2010
Lipiec 2010
Czerwiec 2010
Maj 2010
Kwiecień 2010
Marzec 2010
Luty 2010
Styczeń 2010
Grudzień 2009
Listopad 2009
Październik 2009
Wrzesień 2009
Sierpień 2009
Lipiec 2009
Czerwiec 2009
Maj 2009
Kwiecień 2009
Marzec 2009
Luty 2009
Styczeń 2009
Grudzień 2008


      Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
Sierpień'10
Archiwum >
Copyright Ewa & Grzegorz Krawiec