Parada pingwinow

Wedlug przewodnika Lonely Planet, wyspa Phillip Island lezaca 140 km na poludniowy wschod od Melbourne jest troche przereklamowana.  Chodzi o pokazy pingwinow - Penguin Parades - ktorymi Phillip Island niezmiennie przyciaga tlumy turystow. Regularnie, bo codziennie albo co 2 dni, najmniejsze pingwiny swiata (dlugosc ciala 30 cm), o zachodzie slonca wychodza z oceanu i biegna do swoich gniazd na wydmach. Wychodzenie i bieg mozna ogladac siedzac na plazy, zakupiwszy wczesniej bilet.

Pingwiny przez caly dzien plywaja i poluja na pokarm. My trafilismy akurat na pore wylegu i karmienia mlodych, wiec nasze pingwiny, po dotarciu do gniazd, mialy dzielic sie jedzeniem ze swoimi malymi. Z dwojki pingwinow na polow wybiera sie zawsze tylko jeden rodzic, a drugi zostaje i ogrzewa mlodziaka. Codziennie na zmiane.

''Pokaz'' byl zorganizowany az za dobrze. Porzadku pilnowal i o pingwinach opowiadal ranger*, bylo naglosnienie i oswietlenie, na pokaz mozna bylo kupic bilet zwykly, premium albo VIP (lepszy widok na pingwiny, ranger na wylacznosc), a zwyczaje pingwinow byly dokladnie opisane na tablicach. Widzow tego wieczoru bylo przynajmniej kilkuset, a pierwi pojawili sie juz na pare godzin przed rozpoczeciem przedstawienia. Najwiecej, co juz nas nie dziwi, bylo Azjatow.

Pingwiny oglada sie z trybun ustawionych na plazy. Siedzac na tych trybunach zastanawialismy sie, kogo tego wieczoru bedzie wiecej - pingwinow czy ludzi. I kto tutaj tak naprawde przychodzi na show. Pare minut po dziewiatej z oceanu wyszla pierwsza grupa pingwinow i pomknela przez plaze do gniazd. Potem nastepna i nastepna. Niektore pingwiny przed wyjsciem wahaly sie, jakby nie chcialy jeszcze wychodzic z wody, chwile dawaly sie poniewierac przez fale, ale w koncu wybiegaly na piasek. Po pol godzinie wiekszosc pingwinow wyszla z oceanu. Widok rzeczywiscie ciekawy. Pingwiny jakby sie nie przejmowaly ludzmi siedzacymi 20 metrow od nich. Ani tym, ze z widowni dobiegalo co sekunde "Oooh...", "Look there! There!!!...".  Jak juz kazdy powzdychal i zapragnal miec wlasnego pingwina, w osrodku z biletami mozna bylo kupic po powrocie pingwinie lody, pingwinie picie i chipsy, tysiac gadzetow z pingwinami, a takze mieciutkiego pingwina do przytulania w domu.

Moze sie troche smiejemy, bo standardy ogladania dzikiej przyrody w Polsce sa troche inne, ale w tym wszystkim nie mozna odmowic Australijczykom jednej rzeczy: maja bardzo duzy respekt dla przyrody i staraja sie wpoic go innym. Dzieki temu zwierzeta wokol nich sa ufne i wlasciwie nie zauwazaja ludzi. Wracajac z plazy do osrodka, maszerowalismy razem z pingwinami, oddzieleni od nich tylko niskim plotkiem. Pingwiny nas akceptowaly jako czesc otoczenia. Staly, rozmawialy ze znajomymi, czyscily sie. Najfajniej wygladaly pingwiny idace razem sciezka po kilka, kiwajac sie, jakby wracaly z imprezy.

Mysle, ze ta wspolpraca ze zwierzetami naprawde sie ludziom tutaj udala.


Lekcja surfingu

Na Phillip Island nie mozna bylo nie sprobowac surfingu. To znaczy Grzesiek nie mogl, ja czekam na lepsze czasy i cieplejsza wode. A tak naprawde - ktos musi robic zdjecia ;)

Zajrzelismy do lokalnej szkoly surfingu na Smith Beach. Niestety na ten dzien bylo juz za pozno na zajecia, a na jutro jeszcze nikt sie nie zapisal; do przeprowadzenia lekcji potrzebne byly minimum 4 osoby. Ale kiedy wieczorem usiedlismy nad porcja zapiekanych ziemniakow i kubeczkiem sosu paprykowego i smietany (wedges, bardzo popularna tutaj przekaska), zazdzwonil pan ze Smith Beach informujac, ze chetni na zajecia  sie znalezli i zaprasza na 10 rano na plaze, i oczywiscie poprosil przezornie o numer karty kredytowej.

Nastepnego dnia rano pojechalismy na plaze. W zajeciach uczestniczylo ok. 12 osob, w tym Grzesiek i rodzina z Libanu (bracia/kuzyni plus jedna siostra. Jak sie pozniej okazalo, wszyscy bracia pracowali w tej samej pizzerii, prowadzonej zreszta przez jednego z nich).

Lekcja skladala sie z godzinnego wstepu polaczonego z rozgrzewka oraz z godziny wlasciwego surfowania. Od razu mozna bylo zobaczyc, kto jest twardy, a kto miekki. Twardzi do samego konca probowali stanac i utrzymac sie na desce w pozycji pionowej, mniej ambitni po 15 minutach kladli sie na desce i dawali bujac przez fale. Siostra braci z Libanu byla twarda. Do ktorej grupy nalezal  Grzesiek nie musze chyba mowic. Zreszta bedzie mozna zobaczyc na zdjeciach. 

Na Phillip Island jest duzo dziko zyjacych zwierzat, glownie morskich ptakow, ale tez fok, no i - standardowo - kangurow i misiow koala. Choc tych ostatnich tam akurat nie widzielismy. Moze dlatego, ze koale, jak wiekszosc torbaczy, sa aktywne noca. Znaki przy drogach samochodowych ostrzegaja: ''Watch out for koalas at night''. Z ciekawych ptakow sa mutton birds, wg slownika po polsku to nurce: duze, czarne, bialo nakrapiane. Mieszkaja w koloniach, maja gniazda w norkach w ziemi. Do Australii przylatuja na zime (jak my) z Alaski (jak nie my), ok. 16 tys km. Te ptaki tez sie nas nie baly, mimo ze przechodzilismy kilka metrow od ich gniazd.

Grudzień 2008

      Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
Philip Island
Copyright Ewa & Grzegorz Krawiec
Podróże >
Zdjęcia