30 października

Propozycja była konkretna: 10 tys. dolarów za sprzedaż biznesu o wartości 75 tysięcy. Padła z ust starszej pani z rozwianym siwym włosem, w samo południe w City Library. Bibliotekę odwiedziłam w czasie przerwy obiadowej z zamiarem wypożyczenia francuskiego komiksu o przygodach Tintina. Z książką w ręku kierowałam się do wyjścia, gdy spod schodów, gdzie stoją komputery z darmowym dostępem do Internetu, padło pytanie - Uczysz się francuskiego?  Padło z ust kobiety około 60-letniej, o zaniedbanym wyglądzie i na oko trochę "dziwnej", ale ponieważ definicja dziwności, a w zasadzie -  definicja normalności - uległa w naszych głowach zdecydowanemu rozszerzeniu od momentu, gdy zamieszkaliśmy w Melbourne, pierwsze wrażenie zostało szybko stłamszone w zarodku. - Bo ja jestem nauczycielką francuskiego. Udzielam prywatnych lekcji. - Aha. -  A ty skąd jesteś? - Z Polski.  - Z Polski? Mój mąż był Polakiem. Umarł rok temu. Potem padło jeszcze kilka pytań, które  j e d n a k  wpadały  w stwierdzenia i  j e d n a k  zaczynały przeradzać się w monolog; i choć nie chciałam być niemiłą, to zegarek tykał nieubłaganie, przerwa na lunch kończyła się, a Geraldine była w środku opowieści o mężu. Nagle zorientowała się, że nie mam jednak zbyt wiele czasu. - Bo szukam właśnie kupca na mój biznes. Jestem projektantką ubrań. Bielizny. W Polsce już miałam prawie podpisany kontrakt, ale potem odeszła ta osoba, która mówiła tam po angielsku i wszystko się posypało. Jaka jest sytuacja ekonomiczna Polski? Dobra? Masz coś do pisania? Nie?... O, tu coś jest. Zostawię ci mój adres i jak mi znajdziesz kupca, dostaniesz dziesięć tysięcy dolarów prowizji. Liczę na ciebie, napiszesz do mnie? Dziś wieczorem?

Dwa dni później podesłałam Geraldine kilka linków do większych polskich producentów ubrań, na co w ciągu paru godzin otrzymałam odpowiedź. W stylu Cortazara, prawie eksperyment literacki, bez znaków przestankowych i akapitów, i dużych liter też tam wiele nie było, ale propozycja sprzed dwóch dni została gdzieś między wierszami powtórzona; jednak tym razem prowizja wynosiła już tylko pięć tysięcy, liczę na ciebie, pomóż mi proszę.

To kto chce pięć tysięcy dolarów? Dolar australijski najmocniejszy od lat. Ja mam szkoły rodzenia, mecz futbolu amerykańskiego w niedzielę, pracę i inne takie. Tylko uwaga, lepiej się pospieszyć: czas działa tu wyraźnie na niekorzyść pośrednika - choć nie do końca rozumiem dlaczego.


26 października

Czarny australijski łabędź doczekał się swojej teorii. Teoria Czarnego Łabędzia przedstawiona przez Nassima Taleba, naukowca arabskiego pochodzenia, mówi o pewnej kategorii wydarzeń, które jednocześnie: są zaskakujące, niosą poważne konsekwencje, a po ich zaistnieniu ludzie stwierdzają, że w zasadzie były do przewidzenia. Są to tak zwane Czarne Łabędzie. Przykładami Czarnych Łabędzi mogą być zamachy terrorystyczne z 2001 roku, I Wojna światowa albo wynalezienie i spopularyzowanie Internetu. Jednak, utrzymuje Taleb, nie chodzi o to, żeby starać się koniecznie przewidzieć zaistnienie Czarnego Łabędzia, a o to, by wykorzystywać efekty dobrych łabędzi, a minimalizować konsekwencje złych.

Skąd nazwa teorii? Odkrycie łabędzia o czarnym upierzeniu było dla świata dużym zaskoczeniem. W Europie do końca siedemnastego wieku panowało przekonanie, że wszystkie łabędzie są białe. Więc kiedy w 1697 r. duński podróżnik de Vlamingh odkrył na zachodnim wybrzeżu Australii łabędzia koloru czarnego, zaskoczył wszystkich. W innych aspektach niż barwa piór czarny łabędź jest bardzo podobny do białego: też ma czerwony dziób i też jest monogamistą. Młode są szare i spokojnie mogłyby zagrać w bajce o brzydkim kaczątku. To znaczy w jej pierwszej połowie, bo po kilku tygodniach od wyklucia czernieją. Białe pozostają tylko wnętrza skrzydeł. Nie ma wątpliwości, że białe łabędzie są ładniejsze, ale jednocześnie, zupełnie szczerze, są też mniej sympatyczne. Po pierwsze, syczą. Syczą  n i e m i l e. Po drugie, nie śpiewają tak jak czarne. Charakterystyczny śpiew australijskich łabędzi brzmi trochę jak gwizdanie na krawędzi butelki, a trochę jak ciche zawodzenie. Wieczorem nad brzegiem jeziora wrażenie jest mocne.

Rzeka, nad którą de Vlamingh zobaczył czarne łabędzie, została nazwana Swan River. Nad nią leży miasto Perth, słoneczna stolica Zachodniej Australii. W herbie stanu znajduje się oczywiscie czarnopióry ptak.

Link: czarny łabędź w Wikipedii


23 października

Australijczycy są dumni ze swojego kraju bardziej niż inne narody świata. Na pytanie zadane przez międzynarodowy Reputation Institute: jak oceniasz zaufanie, podziw, respekt i dumę ze swego kraju w skali od 0 do 100, odpowiedź statystycznego Aussie brzmiała: 90. Zaraz po Australii w rankingu uplasowały się Kanada, Finlandia, Austria i Singapur, ocenione przez swoich obywateli na ponad 80 punktów. Najgorzej wypadła Japonia, która od swych mieszkańców uzyskała średnią notę 56 na sto.

Instynkt badawczy kazał mi przetestować pytanie na współpracownikach z firmy. Spośród jedenastu zbadanych odpowiedzi udzieliło dziesięć osób, a średnia nota wystawiona Australii wynosiła 8 (w uproszczonej skali 0-10). Singapur, posiadający w MCFS swą jednoosobową reprezentację, został oceniony na punktów 9. Ogólnie - rezultaty nie dobiegały rażąco od statystycznych.

Szkoda, że w badaniu Reputation Institute zabrakło Polski. Byłabym ciekawa wyników. 


15 października

Nirali na swoje urodziny wszystko popsuła. No bo miało być tak, że umawiamy się na sobotę na popołudniową kawę, tylko my we dwójkę plus ona z Martinem. żeby porozmawiać, bo dawno się nie widzieliśmy. Ja byłam w Polsce, ona w Stanach. Ani słowa o urodzinach. A po godzinie, ku zdumieniu Nirali, nagle mieli zacząć dołączać inni znajomi i rzecz miała rozwinąć się w prawdziwe spotkanie urodzinowe. Więc umówiłyśmy się na piątą w sobotę. Wszystko gra, Martin za plecami Nirali wysyła mejle do Kerstin, Lisy, Ruth, Norma i reszty z prośbą, żeby rezerwowali czas na sobotę, na birthday drinks. A tu Niralka w środku tygodnia wysyła do mnie nieśmiało mejla, czy nie moglibyśmy poszerzyć sobotniego grona na przykład o Kerstin i Lisę, i może jeszcze Ruth? Bo z nimi też się dawno nie widziała i fajnie by było. I że w sumie właśnie były jej urodziny, więc może by się spotkać w konwencji birthday drinks? - no świetnie, dzięki Ci bardzo, Nirali - ...A,  i  czy może  mamy jeszcze adres Norma, to Norma też by zaprosiła. Już miałam odpisać, że Norm ostatnio zrobił się dziwny, a dziewczyn to za bardzo szczerze mówiąc nie lubię, ale jakoś wyszło z tego w końcu: - Jasne, fajny pomysł. I tak Nirali wysłała mejle do Lisy, Kerstin, Ruth, Olafa, Norma, Birgitte, do mnie i do Grześka, nawet Martina załączyła w sisi, i poprosiła jeszcze żeby przesłać do innych osób, których adresu nie posiada. Prześlemy albo i nie.

Więc spotkaliśmy się w sobotę w St Kildzie, w uroczej knajpie Beachcomber znanej ze swoich pomarańczowych parasoli i wakacyjnego klimatu. Tam Nirali dowiedziała się, że wszystko popsuła, co jej się w sumie nawet spodobało, po czym dostała urodzinowe prezenty; następnie przy stekach i naczosach zaczęła się aktualizacja informacji, kto-co-i-dlaczego. Przed dziewiątą my pojechaliśmy do domu, bo w niedzielę od siódmej był maraton, Ruth z Olafem poszli położyć spać małą Lilyę, a reszta udała się na afterparty do centrum miasta. Ten wieczór był naprawdę miły.


11 października

42.19 km

Grzesiek przebiegł maraton. Tak szybko, że nie zdążyłam zrobić dobrego zdjęcia na mecie.

Co boli?  Stopy.

Jak się biegło?  Pierwsze trzydzieści pięć kilometrów bardzo dobrze, ostatnie siedem się dłużyło. Przez coraz mocniejsze słońce. Przez ból fizyczny. Najbardziej bolą podbicia: całą trasę biegnie się po asfalcie.

Czy pobiegłby następny?  Hm. Na razie cel został osiągnięty. Teraz  m i n i m u m  rok przerwy.

Co mogło być zorganizowane lepiej?  Catering! W czasie maratonu trzeba jeść. Na stolikach porozstawianych wzdłuż  stała woda, powerade oraz dziwny żel, który okazał się paliwem energetycznym dla biegnących - ale właściwie po fakcie.

Czas?  4:22

Ogólnie?  Super sprawa.

Zdjęcia >
Gratulacje:  przesyłać tutaj


9 października

Joseph Banks i jego kwiaty

Wiosnę można poznać po tym, że kwitną kasztany oraz kwiaty banksji. Banksja to roślina, która swoją nazwę zawdzięcza Josephowi Banksowi, botanikowi z Anglii. Banks, podróżujacy razem z Jamesem Cookiem do Australii, jako pierwszy zabrał stamtąd krzew banksji i przywiózł na Wyspy Brytyjskie. Banksja to roślina specyficzna, bo jej kwiaty posiadają powierzchowność szczotki do sedesu (bardzo zgrabnie opisał to Bill Bryson w książce Down Under). Kolory kwiatów są różne; my widzieliśmy banksję w bieli i w czerwieni. Niemal wszystkie, bo 169 ze 170 gatunków banksji występuja wyłącznie w Australii. Tylko jeden gatunek, banksja tropikalna, rośnie również w Nowej Gwinei.

Kwiaty banksji wydzielają duże ilości nektaru, którym żywią się ptaki miodojady i różne małe ssaki, w tym nietoperze oraz - uwaga - posumy miodowe*. Z innych ciekawostek, banksja, podobnie jak eukaliptus, wykorzystuje w swoim procesie rozmnażania ogień. Pod wpływem gorąca owoce otwierają się i uwalniają nasiona. O ile jednak sporadyczne pożary służą endemicznej roślinie dobrze, o tyle zbyt częsty kontakt z płomieniami - będący ostatnio rezultatem działalności człowieka - przyczynia się do ginięcia gatunku.

Drzewo banksji całe w kwiatach widzieliśmy ostatnio nad oceanem, w Bushranger's Bay. Pomimo  ewidentnego podobieństwa do sedesowej szczotki, Australijczycy podobno są z tej rośliny wyjątkowo dumni.

------------
* Posum miodowy (ang. honey possum) formalnie otrzymał w języku polskim nazwę 'ostronóg'. Co uważam za zdecydowanie krzywdzące. W miarę w porzo jest alternatywna nazwa, 'pałanka miodojad', chociaż 'possum miodowy' byłoby przecież  s p o r o  milej.


5 października

Zielona wyspa

W sobotę byliśmy w Irlandii. To znaczy gdyby ktoś nas wywiózł z Melbourne i wypuścił tam, gdzie byliśmy, to powiedzielibyśmy, że jesteśmy w Irlandii. Czy w innej Europie. Zielono. Równiny i pagórki porośnięte tutejszą wersją mleczy. Wszystko nagle postanowiło zakwitnąć i wypuścić liście. No i te krowy, dużo krów. W ostatnią sobotę pojechaliśmy do Bushranger's Bay, nad ocean. Dziewięćdziesiąt kilometrów od Melbourne. W grudniu mieliśmy tam piknik pod gwiazdami.

Tegoroczna zima była mokra, więc Wiktoria na wiosnę utonęła w zieleni. Pada zresztą cały czas. W ciągu ostatniego tygodnia w Melbourne napadało tyle deszczu, ile miasto zużyje w ciągu czterdziestu dni. Poziom rezerw w zbiornikach retencyjnych i tak jest niższy, niż był rok temu (spada od dwunastu lat), ale teraz ziemia przesyciła się wodą i kwitnie. Czujemy się dobrze, czujemy się jak w Europie. Gdyby James Cook przypłynął do Australii w październiku (przypłynął w kwietniu), i gdyby zaczął od Wiktorii, pomyślałby, że odkrył drugą Wielką Brytanię.

O tym, że jednak jesteśmy w Australii przypomniało nam dyskretnie stado kangurów pasących się przy szlaku w Bushranger's Bay - i dwa większe węże.


1 października

Nabieracz do spaghetti, sąsiedzi i ford

Ostatnio rozwijamy się lingwistycznie. Głównie w dziedzinie wyposażenia mieszkania. Listwy przypodłogowe, framugi, żaluzje. Ale też sitko, nabieracz do spaghetti, łyżka wazowa. Wychwytujemy subtelne różnice między scuffs, scratches a crackings (otarcia, zadrapania, rysy). Skąd  napływ nowych słów? Otóż od kilku dni radośnie przeprowadzamy inwentaryzację nowego mieszkania. Ponieważ przedstawiciel agencji Map Real Estate wyszczególnił w raporcie początkowym nawet pajęczynę na suficie w łazience (sztuk jeden), chodzimy teraz z ołówkiem w ręku i skrupulatnie sprawdzamy, czy wszystko się zgadza.

Z czterech mieszkań znajdujących się w naszym budynku poznaliśmy już lokatorów z parteru. To para Niemców. Na oko są w naszym wieku, a ich historia jak na razie mocno przypomina naszą. Steffen przyjechał do Melbourne we wrześniu, jak Grzesiek, Linda w grudniu, jak ja. Steffen pracuje w firmie rachunkowo-doradczej, jak Grzesiek, Linda po przyjeździe przez trzy miesiące szukała pracy, jak ja. Zważywszy, że - podobnie jak my - mieszkają na parterze, można mówić prawie o lustrzanym odbiciu. Poza tym przed  oknami Niemców stoi fioletowy ford. Co prawda wczoraj okazało się, że to nie ich, ale na potrzeby układnej historyjki bardzo mi pasuje, żeby nasi Niemcy byli na razie właścicielami fioletowego forda. Więc załóżmy, że nasi Niemcy jeżdżą fordem.   

Jak my.

No bo było tak. Mieliśmy przeprowadzić się w sobotę, po moim przylocie z Warszawy. W tym celu w dobrze znanej nam firmie Hertz zamierzaliśmy wynająć samochód i przewieźć wszystkie rzeczy z Punt Road do nowego mieszkania. Kiedy przyleciałam, Grzesiek powiedział, że na sobotę wynajął Forda Falcona. Czyli trochę większego niż Mondeo. Dobry na przeprowadzkę. W sobotę rano pojechał motorem do wypożyczalni, odebrać samochód. To, że przeprowadzimy się w jeden dzień, uznałam za niewykonalne i od rana chodziłam trochę podminowana. Może lepiej wynająć też na niedzielę? Ale Grzesiek był dziwnie wyluzowany. - Damy radę. - Wyszliśmy przed dom:  srebrnozielonego forda zlokalizowałam szybko. Umyty, błyszczący, typowy samochodzik z Hertza. śliczne alufelgi. Miło mieć takie alufelgi chociaż przez jeden dzień. Wsiedliśmy. - Jak ci się podoba? (Grzesiek) - Fajny, duży. Bardzo dobry (ja) - No to kul. Bo jest nasz. (Grzesiek)

Otóż to. Kiedy ja hasałam po Warszawie, Grzesiek kupił nam samochód. No way!?  Planowaliśmy kupno samochodu w tym roku, ale wstępnie daliśmy sobie czas do listopada, nawet grudnia. Oceniliśmy, że jakos damy na razie radę. A tu przyjeżdżam i proszę: mamy samochód. Od razu go polubiłam. Te felgi. I w ogóle jest śliczniutki.

No więc od Niemców różni nas tylko to, że mamy forda. Poza tym dużo nas łączy, na przykład bieganie, a także to, że jeździmy na rowerach do pracy. Znaczy Steffen jeździ, Linda zdaje się chodzi. Jak widać, australizacja stylu życia dotyka wszystkich. Więcej wrażeń wkrótce.


top

      Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
Październik'09
Wrzesień i pazdziernik 2010
Sierpień 2010
Lipiec 2010
Czerwiec 2010
Maj 2010
Kwiecień 2010
Marzec 2010
Luty 2010
Styczeń 2010
Grudzień 2009
Listopad 2009
Październik 2009
Wrzesień 2009
Sierpień 2009
Lipiec 2009
Czerwiec 2009
Maj 2009
Kwiecień 2009
Marzec 2009
Luty 2009
Styczeń 2009
Grudzień 2008

< Archiwum      Dziennik >