4 miliony ludzi, 70 milionów posumów*

Nowa Zelandia przywitała nas ciepłym deszczem i charakterystycznym płaskim "e". Przed nowozelandzkim "e" ostrzegali nas już Jaś z Dominiką, gdy byli u nas w Melbourne, nie mogąc powstrzymać się przy tym od złośliwego chichotu. Nowozelandczycy wymawiają "e" jak "i" lub bardzo blisko "i". W związku z tym słówko test  brzmi w ich ustach jak "tist" albo "tiest", pen jak "pin" albo "pien", a check-in, co uważam za piękne, check-in zmienia się w kurczaka: "czikin". Po dwóch dniach pobytu w Nowej Zelandii, słysząc wszędzie płaskie "i" w miejscu klasycznego "e", zaczęliśmy wymieniać między sobą znaczące spojrzenia i złośliwie chichotać.

Z wyspy północnej i południowej, na nasze wakacje wybraliśmy wyspę południową, jako większą i bardziej zróżnicowaną. Na obydwie nie starczyłoby nam czasu. W czasie lądowania w Christchurch rozciągały się pod nami pola zieleni. Zielone łąki, zielone lasy. Na ten kolor czekaliśmy. Cudowne orzeźwienie po żółtych, stepowych kolorach Australii.  

Christchurch jako pierwsze dało nam do zrozumienia, że w Nowej Zelandii prawie nie ma ludzi. Słynne z bardzo dużej liczby kościołów miasteczko było puste. Najsilniej skoncentrowany tłum znaleźliśmy w katedrze na głównym placu miasta. Tłum miał postać dwudziestoosobowego chóru chłopięcego, przygotowującego się do występów w czasie świąt Bożego Narodzenia. Próby chóru były nagrywane przez telewizję i towarzyszyły im profesjonalne efekty świetlne. Różowe, fioletowe i zielone smugi światła wypełniały katedralne nawy i podświetlały wysokie kolumny. 

W czwartej klasie liceum i na studiach lubiłam podróżować przez Polskę z tej nietypowej przyczyny, że mogłam wówczas na żywo, "w terenie", rejestrować fakty przyswajane do egzaminu z geografii na SGH. Widok krów pasących się w ostrołęckim, podobnie jak obecność sadów owocowych w okolicach Tarczyna, napełniały mnie cichym wewnętrznym zadowoleniem. Tak jest, zgadza się. Produkcja przetworów owocowych - wokół aglomeracji miejskich. Hodowla krów - tereny łąkowe Warmii i Mazur; ostrołęckie w pierwszej piątce w Polsce pod względem produkcji mleka. Nie zdziwiło mnie więc za bardzo, że podobną reakcję wywołał widok owiec na trasie wiodącej z Christchurch do Dunedin. Rocznik statystyczny. Pogołowie owiec. Nowa Zelandia - czterdzieści milionów sztuk, dziesięć na jednego Nowozelandczyka. Tak jest. 

Co do owiec, skala ich hodowli w ostatnich latach jednak zmniejszyła się - na korzyść krów. Dlaczego? W latach osiemdziesiątych Stany Zjednoczone ograniczyły import nowozelandzkiej baraniny, za karę, że mały wyspiarski kraj zakazał przyjmowania wizyt okrętów nuklearnych i zerwał tym samym pakt wojskowego z USA. W związku z embargiem Nowozelandczycy musieli trochę przemodelować system hodowli. Skoro nie baranina, to może wołowina. Od tego czasu na nowozelandzkich łąkach przybyło krów. 

Ale owiec i tak jest bardzo dużo. Bardziej liczna jest chyba tylko populacja posumów, których w Nowej Zelandii żyje ponad siedemdziesiąt milionów. Posumy zostały przywiezione z Australii. Nowa Zelandia jako taka nie posiada własnych ssaków. Wszystkie żyjące w kraju ssaki, oprócz dwóch gatunków nietoperzy, zaimportowano z zagranicy. Niektóre z nich zdążyły wyrządzić w lokalnym ekosystemie sporo szkód. Posumy, pozbawione naturalnych wrogów, rozmnożyły się na wyspach niesamowicie i niszczą nowozelandzkie drzewa. Nowa Zelandia jest więc wyjątkowo wyczulona na punkcie przywozu do kraju materiałów organicznych, nie pozwala na wwożenie produktów pochodzenia roślinnego ani zwierzęcego. Naszyjnik z muszelek? Zapomnij. Naszemu koledze nowozelandzka straż graniczna umyła buty górskie, bo miał na nich błoto. A w błocie mogą siedzieć niebezpieczne nasionka, kłącza i inne rozmaite zło. 

Jadąc pustymi drogami wzdłuż linii oceanu, mając po prawej stronie na horyzoncie ośnieżone szczyty gór, dotarliśmy do Dunedin, najstarszego miasta w Nowej Zelandii. 

-----------
* tak tak, wiem, że oposów, ale według mnie "posum" brzmi dużo lepiej


Przystanek Te Anau

Faktem, że Dunedin jest najstarszą miejscowością w Nowej Zelandii, nie należy się zbytnio ekscytować. Oznacza to tylko tyle, że miasteczko założono w 1815 roku. A w praktyce życie zaczęło tam kwitnąć jeszcze później, kiedy na przyległym półwyspie Otago zbudowano stację wielorybniczą. Niemniej jednak Dunedin jest bardzo przyjemnym miejscem i przywodzi na myśl miasteczka Prowansji, zwłaszcza gdy jedzie się samochodem wzdłuż linii brzegowej. Kręte drogi, góry, ocean. Słonecznie, lazurowo, wakacyjnie.

W Dunedin spotkaliśmy się ze Stuartem, kolegą Grześka z PwC. Stuart oryginalnie pochodzi z Vancouver, pracuje z Grześkiem w Melbourne. Ma miłą, wyraźną wymowę i podręcznikowy akcent. Mój mózg w czasie rozmowy ze Stuartem nie musi pracować na 120 proc. obrotów, jak to czasem bywa w rozmowach z Australijczykami. Pod tym względem na Kanadę i Stany można liczyć. Stuart opowiadał o Vancouver: sympatyczne miasto, rywalizuje trochę z Toronto. Ostatnio na Vancouver mówi się Hon-couver, dla odzwierciedlenia zachodzących tam zmian demograficznych. Do Kanady napływa coraz więcej Azjatów. Po Wyspie Południowej Stuart jeździł samotnie, spotykając się tu i ówdzie z różnymi znajomymi. Jak się okazuje, Nowa Zelandia jest w czasie świąt Bożego Narodzenia częstym kierunkiem podróży dla wielu mieszkańców Australii.

Na najdalej wysuniętym punkcie półwyspu Otago, 40 km od Dunedin, spotkaliśmy się oko w oko z fokami. Mieliśmy je na wyciągnięcie ręki. Niesamowite, jak zwinne stają się foki w wodzie. Nurkują i wyskakują nad powierzchnię jak delfiny. Foka leżąca w słońcu na skałach i foka w oceanie to dwa różne zwierzęta. 

Najdłuższy dzień w roku, 22 grudnia, zastał nas własnie w Dunedin. Słońce zaszło dobrze po dziesiątej. O tej porze roku w Nowej Zelandii szósta wieczorem to środek dnia. Australia, bliższa równikowi, ma dni trochę krótsze; o dziewiątej robi się ciemno.

Wigilia obfitowała w akcenty polskie. W Te Anau, malutkim mieście położonym przy zachodnich fiordach, spotkaliśmy się z Kubą i Agatą, dla których Nowa Zelandia była jednym z ostatnich miejsc na trasie wycieczki po Azji i okolicach. Ich czteromiesięczna podróż skończy się w połowie stycznia. W restauracji Fat Duck w Te Anau, gdzie zjedliśmy razem wigilijny obiad, przez przypadek dostaliśmy dodatkowe piąte nakrycie. Brakowało tylko opłatka i pierwszej gwiazdki. Na gwiazdkę poczekalibyśmy sobie pewnie do północy.

Na Kubie i Agacie duże wrażenie zrobił Hobbiton - miejscowość na Wyspie Północnej, gdzie kręcono sceny do Władcy Pierścieni. Hobbiton stał się małą mekką turystów. Na miejscu można dowiedzieć się różnych rzeczy o kulisach kręcenia filmu. Na przykład takich, że wielki stary dąb, który tam sfilmowano, w rzeczywistości przywieziono z jakiegoś odległego zakątka kraju; był idealny, a w Hobbitonie akurat takiego brakowało. Jak wyglądał transport dębu? Gałęzie ponumerowano i opisano, po czym drzewo pocięto na kawałki, przewieziono ciężarówką na miejsce i złożono od nowa. Albo liście z Tajwanu. Liście do niektórych drzew robiono w Tajwanie, bo  w Nowej Zelandii akurat takich jak sobie wymyślił Peter Jackson nie było. Więc przygotowano liście w Tajwanie i przysłano samolotem. Amerykański przemysł filmowy jest nie do przebicia. 

Miasteczko Te Anau przypomina Cicely z Przystanku Alaska. Niska zabudowa, w tle góry. Tryb życia spokojny, rzeczywisty. Wieczorne życie skupia się w Barze pod Łosiem. Tam je się świąteczną kolację i przychodzi na świąteczne drinki. Nad jeziorem Tekapo słuchamy opowieści Kuby i Agaty z Azji i z Fidżi, wspominamy studia i program Work&Travel w Stanach dziesięć lat temu.


Tuatara i świecące Robaki

Fauna Nowej Zelandii jest niezwykle interesująca. Weźmy taką tuatarę. Tuatara to mały gad przypominający jaszczurkę. W Nowej Zelandii żyje od dwustu milionów lat - i w ciągu tego czasu niewiele się zmienił. Sto milionów lat temu Nowa Zelandia straciła połączenie lądowe z Australią. Zalał je Ocean Tasmański. To sprawiło, że na nowozelandzkie wyspy nigdy nie przedostały się  prowadzące lądowy tryb życia ssaki. Na pozbawionych ssaków terenach zwierzątka takie jak tuatara mogły sobie żyć spokojnie i bez większych zmartwień. Nie musiały nawet specjalnie ewoluować. Tuatara prowadzi niespieszny tryb życia. Dożywa stu lat, a niektórzy badacze twierdzą, że nawet dwustu. Przez pierwsze dwadzieścia lat mały gad cieszy się beztroskim dzieciństwem. Dojrzałość płciową osiąga dopiero około dwudziestki i wtedy też zaczyna mysleć o zakładaniu rodziny. Proces reprodukcji jest podobnie powolny. Od momentu zapłodnienia samicy do chwili wyklucia się  małych tuatar upływa nawet piętnaście miesięcy. To się nazywa życiowy luz.

Zupełnie inne są świecące Robaki. świecące robaki żyją między innymi w jaskiniach w Te Anau. Podróż łodzią po ciemnych grotach jaskiń, w otoczeniu milionów niebieskich punkcików mrugających  na ścianach, jest niezapomniana. To świecą larwy glowworms. Im głodniejsza larwa, tym mocniej świeci. Ale chwila, miało byc nawiązanie do tuatary. Otóż o ile nowozelandzki gad przez pierwsze kilkanaście lat życia w ogóle nie myśli o rozmnażaniu, o tyle glowworms mają na reprodukcję dosłownie jeden dzień. Po przepoczwarzeniu się w owada, tego samego dnia muszą połączyć się w pary i złożyć jaja - inaczej tracą szansę na przekazanie genów kolejnym pokoleniom. Pod koniec dnia, najpóźniej na drugi dzień życia, owady giną. Natura była do tego stopnia efektywna w projektowaniu fizjologii glowworms, że dorosłej, owadziej formy nie wyposażyła w układ pokarmowy. Bo czy potrzebny jest żołądek, skoro żyje się tylko dwadzieścia cztery godziny?

Podobnie jak tuatarze, brak drapieżników sprzyjał również ptakom kiwi. Co ciekawe, spośród wszystkich ptaków, kiwi są najbliższe gatunkowo ssakom. O tym, że nie latają, wie każdy. Ale mają do tego masę innych ciekawych cech. Na przykład bardzo grubą skórę i kości wypełnione szpikiem; w odróżnieniu od wypełnionych powietrzem kości ptaków. Oraz pokrycie skóry, które bardziej przypomina futro, niż pióra. Poza tym, temperatura ciała kiwi jest niższa niż 'regularnych' ptaków: 37-38 st. C.; zwykłe ptaki przeważnie nie schodzą poniżej 39 stopni. Co jeszcze? Ptaki kiwi mają wąsy w okolicy dzioba. Mają też bardzo dobrze wykształcony zmysł węchu i dotyku, jak ssaki, podczas gdy dla większości ptaków najważniejszym zmysłem jest wzrok. Wszystko to sprawia, że kiwi zyskał w Nowej Zelandii przydomek "ssaka honorowego". Honorowego ssaka kiwi widzieliśmy w parku przyrody w Queenstown. Na wolności kiwi zobaczyć jest niezwykle trudno. Prowadzi nocny tryb życia, a do tego ptaków tych jest bardzo mało. Ich wrogami stały się zwierzęta sprowadzone na wyspy przez człowieka, głównie koty i psy.

Z Queenstown, miasteczka wypełnionego ludźmi (!?), miasteczka paralotni, bunji-jumping i innych sportów podnoszących poziom andrenaliny, wreszcie miasteczka o klimacie wpadającym w atmosferę naszego Zakopanego - powoli zaczęliśmy zataczać pętlę w kierunku Christchurch, skąd rozpoczęliśmy podróż po Wyspie Południowej.

Styczeń 2010

      Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
Nowa Zelandia
Copyright Ewa & Grzegorz Krawiec
Podróże >
Zdjęcia