30 marca
Nam też przykro, że Kubica odpadł. A miało być tak pięknie. W każdym razie w mieście naprawdę było czuć atmosferę Grand Prix, po pierwsze z powodu hałasu, który towarzyszył nam już od czterech dni, po drugie z uwagi na blokadę ulic wokół Albert Parku (niedaleko nas). Niezły show odstawiły poza tym śmigające w powietrzu odrzutowce. W ogóle ruch powietrzny wzrósł w ciągu weekendu o jakieś kilkaset procent; nie przypuszczałam, że miasto trzyma na zapleczu tyle helikopterów. Nie dziwi nas, że cała impreza się nie zwraca; takie zabawki muszą kosztować fortunę. Jakiś czas temu doszły nas plotki, że Melbourne rozważa wycofanie się z Grand Prix, ale w ostatnich dniach temat wywołuje raczej ogólny entuzjazm.
W każdym razie, poziom hałasu w mieście mimo wszystko miło nas zaskoczył. Nie było przesadnie głośno. W porównaniu z tym, co się działo dwa lata temu w Monte Carlo, dzisiejsze odgłosy możnaby nazwać przyjemnym buczeniem. Nawet inteligentnie domyśliłam się skąd różnica: Monte Carlo leży w dolinie i zbocza potęgują huk silników; do tego trasa prowadziła przez tunele. Tutaj dźwięk rozpraszał się od razu na wszystkie strony.
Grzesiek pojechał dopingować Kubicę na żywo, ja z Lisą, Niemcami i spółką zostałam na plaży. Kiedy wieczorem wyszliśmy do naszej przydomowej pralni, ulicą w dół przemknęło kilka wozów strażackich; każdy z naklejką Alonso / Button / Hamilton / itd. na przedniej szybie.
29 marca
Co kwitnie jesienią w Melbourne? Zaznaczam przy tym, że jesień charakteryzuje się na razie temperaturami w okolicach 23-28 st. i zdecydowanie słoneczną pogodą.
28 marca
Piątek rozpoczęliśmy od tai chi na Placu Southbank - tuż obok pracy Grześka. Sesje tai chi odbywają się tam co tydzień i są otwarte dla wszystkich zainteresowanych. O ósmej rano, kiedy ulice wypełniają się codziennym gwarem, a z podmiejskich pociągów zaczynają wylewać się fale ludzi w białych koszulach, kilkanaście osób na placu Southbank powtarza za instruktorką powolne ruchy. Z przenośnych głośników leci spokojna muzyka. Instruktorka ma około 65 lat i czarne sportowe spodnie, które budzą moją wielką zazdrość. Hej, gdzie je kupiłaś?
Ludzie, którzy przechodzą obok, są albo przyzwyczajeni do widoku ćwiczących, albo przyglądają się: obojętnie lub z sympatią. Co jakiś czas zbliża się poranny turysta z aparatem i robi zdjęcia.
- Powinieneś najpierw zapytać osobę, którą fotografujesz, o zgodę - zauważa politycznie poprawna instruktorka. Ale turysta nie rozumie albo nie słyszy i pstryka dalej.
Kiedy skoncentrować się na ruchach własnego ciała, można osiągnąć stan odprężenia, a jednocześnie przyjemnej ostrości umysłu. Skupić całą uwagę na własnych dłoniach przez pięć minut - polecam. Koncentracja na teraźniejszości, oddzielenie od spraw przeszłych i przyszłych jest elementem kultury Wschodu - ale okazuje się, że nie tylko. Ostatnio przeczytałam o rozmowie szwajcarskiego psychologa Carla Junga z wodzem plemienia Indian na początku XX wieku. Wódz, opisując powierzchowność i zachowanie białych ludzi, stwierdził: Oni cały czas czegoś szukają. Ciągle czegoś chcą. Są bez przerwy napięci i nerwowi. My nie rozumiemy, czego szukają i czego chcą. Według nas to szaleńcy*. W myśl różnych nurtów, przeważnie czerpiących z buddyzmu, szczęście można osiągnąć tylko poprzez świadome przeżywanie danej chwili. Liczy się to, co dzieje się teraz. Myśląc o przeszłości czy martwiąc się o przyszłość nie zaznamy spokoju ducha.
Na północy Australii ktoś rozmawiał kiedyś z członkami lokalnego plemienia Aborygenów, którzy pracowali dla Brytyjczyków przy hodowli krów. Aborygeni opowiadali o swoich pracodawcach: - Biały człowiek ciągle się martwić. Jest deszcz - on się martwić, nie ma deszczu - on się martwić tak samo. Po chwili zastanowienia - konkluzja: - Biały człowiek musieć się martwić, zawsze. Martwić się - to jego biznes. Urocze?
Parę lat temu ktoś wpadł na pomysł, żeby zmierzyć w mózgu człowieka poziom fal gamma. Fale gamma odpowiadają za świadome myślenie i tzw. wyższy poziom aktywności umysłowej. Badania były całkiem poważne i prowadziła je grupa naukowców z USA pod wodzą badacza o nazwisku Richard Davidson. Okazało się, że nieprzeciętnie wysoką aktywność fal gamma odnotowano u mnichów z Katmandu, którzy na co dzień praktykowali medytację. Poziom tych fal był przeciętnie 30-krotnie wyższy, niż u studentów wyższych uczelni. Jak twierdzą naukowcy zajmujący się tematem, medytowanie pozwala rozwijać i zmieniać strukturę mózgu. Podobno podnosi też w ciele poziom DHEA - hormonu długowieczności. A medytacja to właśnie nic innego, niż skupienie się na chwili obecnej. Obserwacja otoczenia i odcięcie się od abstrakcyjnych myśli. Ciekawe, że to taki prosty koncept; chyba najprostszy, jaki można sobie wyobrazić. Ciekawe też, że właściwie jeszcze nie zeksplorowany przez zachodnie społeczeństwa.
*Eckhart Tolle, The Power of Now
26 marca
Wiedziałam, że do tego dojdzie. Zostaliśmy nałogowymi chodziarzami. Chodzimy prawie codziennie wokół Ogrodów Botanicznych: jedna rundka to mniej więcej cztery kilometry. Chodzimy szybko, tak jak chodzi prawdziwy power walker. To nie jest sport dla mięczaków, tu nie ma miejsca na spacerek. Idziemy szybko, idziemy w takt, idziemy groźnie.
Power walking to odświeżająca alternatywa dla biegania. I tak samo jak bieganie popularna. Sportowy tłum na ścieżkach okalających nasze Ogrody mniej więcej w połowie składa się z chodziarzy, w połowie z biegających. Fakt, że chodzą częściej kobiety niż mężczyźni, ale każdy traktuje swój sport z najwyższą powagą. Na ramionach chodzących - opaski mierzące tętno, w rękach - stopery. Dla lepszego efektu treningowego można dociążyć się metalowymi ciężarkami. Chodzenie preferują też mamy z wózkami, choć zdarza się, że ścieżką przefrunie znienacka stado mam biegnących za swoim trójkołowymi joggerami.
Chodzenie jest miłe, bo pozwala przyglądać się światu wokół. W porównaniu z bieganiem, łatwiej się też rozmawia. W ogóle w czasie chodzenia, nie wiedzieć czemu, rozmawia się bardzo dobrze. Dodatkowo, co ciekawe, chodziarze doświadczają podobno tego samego zjawiska euforii, co biegacze. Po przynajmniej dwudziestu minutach chodzenia jest szansa na walker's high, czyli odmianę haju, który daje sport.
Jednym słowem, zostaliśmy fanami chodzenia. Ale bieganiu też nie powiedzieliśmy jeszcze stanowczego 'nie'. W maju, razem z Martinem i Nirali, wybieramy się na zawody biegowe na Great Ocean Road. Bieg wzdłuż oceanu zapowiada się sympatycznie.
Melbourne tymczasem przygotowuje się do wyścigów Formuły 1. Co wyraźnie słychać za oknami, bo trasa wyścigu biegnie wokół Albert Parku, od którego dzieli nas półtora kilometra. Już dziś na tor wchodzą pierwsze samochody jako przygrywka do weekendowych zawodów. Co rusz słychać huk silników. Pamiętając, co się działo w Monte Carlo, kiedy w trakcie podróży poślubnej wpadliśmy tam na jeden dzień zobaczyć rajd - boję się myśleć, co nasze uszy powiedzą w ten weekend.
22 marca
21 marca
Do pracy dojeżdżam rowerem w piętnaście minut. Tak dobrze jeszcze nie było. Szczerze mówiąc, sytuacja ustępuje miejsca tylko czasom podstawówki, kiedy dystans między domem a szkołą wynosił sto pięćdziesiąt metrów. Moja klatka należała do czołówki pod względem bliskości do SP nr 102. Bliżej miała tylko Kasia Smakosz z białego wieżowca: pięćdziesiąt metrów.
Wracając do Melbourne - co rano ścieżki rowerowe wzdłuż Yarry zapełniają się rowerzystami. Dominujący kierunek: city. Na bagażnikach - sakwy z zapakowanymi białymi koszulami. Na głowach - kaski. Rowerami jeżdżą wszyscy, bo jest szybko, zdrowo i wygodnie. Na większości ulic wydzielone są ścieżki dla rowerów, a na głównym skrzyżowaniu w mieście zielone światła dla rowerów zapalają się przed zielonym dla samochodów. O piątej po południu zaczyna się odwrót: fala rowerzystów wyjeżdża z city. Drrrrrńńń!
Swój codzienny rytm ma także zjawisko biegania. Najwięcej biegających pojawia się na ścieżkach wokół Ogrodów Botanicznych o trzech porach dnia: rano między szóstą i siódmą, wieczorem około szóstej oraz - uwaga - w porze lunchu. Bo z pracy można wyjść coś zjeść, a można też wyjść pobiegać. Na ulicach city w środku dnia, bankowcy i konsultanci w strojach sportowych to bardzo częsty widok.
Co do pracy. Pełen szacunek dla kadry zarządzającej wyższego szczebla. W Australii, i to jest nasza wspólna obserwacja, kompetencje ludzi rosną wprost proporcjonalnie do pozycji w firmie. To... jakby... logiczne? Tak, to właśnie jest logiczne. Do miłej specyfiki rynków rozwiniętych należy to, że partnerzy czy dyrektorzy w różnego rodzaju korporacjach posiadają imponującą wiedzę techniczną i faktycznie wnoszą ją na co dzień do projektów. David, dla którego pracuję w MCFS, jest Dyrektorem ds. Rozwoju. W Polsce mogłoby to oznaczać różne rzeczy, np. zajmowanie się wysyłką zaproszeń na konferencje czy projektowaniem ulotek. David oczywiście nadzoruje również takie sprawy, ale przede wszystkim udziela się merytorycznie w badaniach, które prowadzi nasze Centrum. Poziom wiedzy o rynku finansowym absolutnie oszałamiający. Respect.
Tymczasem w weekend miasto znów spowolniło. Na plaży atmosfera w pełni wakacyjna - boiska do siatkówki pełne graczy, zatoka biała od jachtów, mocne słońce, woda, kostiumy kąpielowe. Przy 33 stopniach Celsjusza odpadłam z gry po dwóch setach. Grzesiek grał przez ponad dwie godziny - i po tym, moi Drodzy, poznaje się prawdziwego siatkarza.
17 marca
Krótka aktualizacja wiadomości o drzewach. Na zdecydowanej większości drzew w Melbourne liście wciąż są zielone. Tylko w pojedynczych przypadkach korony zaczynają się przerzedzać; liście schną i opadają, ale bez zmiany koloru na żółty czy czerwony. Tak usycha kasztan w Royal Botanic Gardens. Delikatnie zażółciło się kilka brzóz. Na marginesie, brzoza to tutaj rzadkie drzewo i fakt posiadania jej w ogrodzie jest uzasadnionym powodem do dumy. Palmy niezmiennie w kolorze zielonym, choć przy silnych wiatrach tracą liście - jeżeli liść to tutaj odpowiednie słowo. Swoją drogą, nie życzę nikomu oberwać liściem palmy: końcówka od strony pnia to całkiem konkretny kawałek drewna.
Eukaliptusy - drzewa które zdecydowanie dominują w miejskich parkach i w ogóle w całej Wiktorii - wciąż mają gęste zielone korony. Tak będzie przez cały rok, bo tylko nieliczne gatunki eukaliptusów tracą liście. Jest to niechybnie efekt umowy z misiami koala, które przez całe życie odżywiają się wyłącznie liśćmi tego drzewa. Wiele eukaliptusów (ang. eucalyptus albo gum tree)
zrzuca za to korę. Zwisające pasy kory albo 'próchniejące' pnie, które wyglądają, jakby miały się rozsypać pod dotknięciem palca, to bardzo popularny widok.
Skąd zrzucanie kory? Eukaliptusy, jak się okazuje, potrzebują ognia, żeby żyć. Ogień otwiera dojrzałe owoce i uwalnia nasiona, które spadają na ziemię i rozpoczynają nowy cykl rozwoju. Aby zwiększyć szanse pożaru, drzewo pozbywa się kory, która w okresie suszy i wysokich temperatur jest bardzo łatwopalnym materiałem. W naturalnym środowisku eukaliptusa pożar to normalka. Taka specyfika rozwoju drzewa powoduje, że latem w Australii można oglądać masowe 'opadanie kory'. To zjawisko tak charakterystyczne dla tutejszego krajobrazu, jak na półkuli północnej zmiana koloru liści jesienią.
14 marca
Wczorajszy dzień obfitował w miłe wydarzenia. Po pierwsze, dostałam ofertę pracy w Melbourne Centre for Financial Studies. MCFS to mała fajna organizacja promująca wymianę wiedzy między rynkiem finansowym a środowiskami akademickimi. Mamy biuro w city, na 43 piętrze, z widokiem na zatokę. Będę pracować z Davidem, który w zasadzie prowadzi cały interes. Zapowiada się ciekawie.
Po drugie, byliśmy wczoraj w teatrze pod gwiazdami. Razem z Martinem (Niemcy) i Nirali (USA) oglądaliśmy w Ogrodach Botanicznych 'Poskromienie złośnicy'. To było jedno z ostatnich przedstawień w tym roku: 'Złośnicę' zaczęli grać w styczniu i prawie każdego dnia po zmroku można było usłyszeć, spacerując wokół Ogrodów, dobiegające zza płotu dialogi w wersji 100% Shakespeare.
Wczoraj było tak, jak powinno być w teatrze pod gwiazdami: ciemny park i mała oświetlona scena, melodie z XVI-wiecznej Anglii i uroczy humor. - Ofiaruję ci za to, Panie, dwadzieścia tysięcy dukatów. - Dwadzieścia tysięcy? Ależ Twoja hojność nie zna granic!... Zwłaszcza biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynkach finansowych.
Teatr to oczywiście jedna z wielu okazji do urządzenia pikniku. Rozlokowana na kocach i leżakach publiczność pożywiała się ciastkami i sączyła wino z plastikowych kieliszków. Przyroda dość naturalnie integrowała się z ludźmi. Nad naszymi głowami przelatywały co chwilę szarogłowe nietoperze, a spośród drzew dobiegał nas chichot nocnych stworzeń.
12 marca
Dziś moje włosy stylizowała Mariola z Bielska. Kiedy poznałam Mariolę w salonie w centrum miasta, poczułam się jak w książce Michała Paszkowskiego*. Mariola mieszka w Melbourne od czterech lat, jest fryzjerką i krawcową. Od razu wdałyśmy się w pogawędkę. Na wstępie parę szarmanckich pytań. Jak byś chciała, żeby cię ostrzyc? Może zrobię ci takie layers (cieniowanie), to będziesz miała więcej body (objętości) i takie bardziej, wiesz, soft (miękkie) włosy.
Potem już było o życiu. W Melbourne mieszka się dobrze, ludzie, ja wiem, mili. Mieszkanie kosztuje czterysta dolarów tygodniowo. Ze wszystkim. Wszystkie opłaty w tym, tak. Córce za katolicki high school (liceum) sześć tysięcy rocznie płacę. To jest prywatny high school, lepszy niż publiczny, łatwiej na studia się dostać. Dobrze się tu mieszka, tak. Chociaż jeszcze parę lat temu to tyle Hindusów tu nie było. Tylko Azjaci. A teraz tyle tych Hindusów. Skąd się tego tyle wzięło, naprzyjeżdżało. I do byle jakiej pracy to nie pójdzie, przynajmniej dwadzieścia dolarów za godzinę musi mieć. A ja mam szesnaście pięćdziesiąt. Miałam koleżankę tutaj z Polski, to ją mąż zabił. Ostatnio. Nożem zadźgał, drań. Byłam na pogrzebie, piękny pogrzeb, potem oglądałam na internecie drugi pogrzeb w Polsce. Bo tutaj spalili ciało, a w Polsce pochowali urnę.
A ty tutaj studiujesz czy pracujesz? Na razie studiujesz? To jak chcesz mieć permanent residency (status stałego rezydenta) to zobacz, ile to daje punktów. No ten zawód, co się uczysz. Jak tu przyjechałam, to najwięcej punktów dawali za hairdresser (fryzjera) i za... no, cook (kucharza). Ale teraz te punkty się zmieniają, to się ciągle zmienia. Musisz wziąć dobrego prawnika i on ci powie najlepiej. Ja ci nie chcę mówić, bo to się tak zmienia, że ci nie powiem. Aaa, ty masz wizę 457? A to nie musisz robić kursów, to wystarczy wiza. Tak. Te włosy ci tak trochę podwinę, zobacz, żeby miały więcej body. I możesz sobie robić na wax (wosk) albo żel, i albo tak na twarz, albo do tyłu za uszy. Jak chcesz. Możesz sobie tak stylizować. Dam ci card (wizytówkę) z moim imieniem, we wtorki mnie nie ma, tak to jestem. Tutaj możesz kupić nasze kosmetyki, masz 15 procent rabatu.
Mariola tnie bardzo fajnie i następnym razem też do niej pójdę.
* Michał Paszkowski, młody autor piszący o polskiej rzeczywistości i meksykańskich fajitach. Blog Michała z podróży dookoła świata można przeczytać na glob.blog.onet.pl. Polecam też jego książkę 'Warzywa i owoce we współczesnej epoce', choć nie mam pojęcia, gdzie ją kupić.
11 marca
Plemię Koori, które żyło na terenach dzisiejszego Melbourne, samo nazywało siebie również Kulin. Kulin oznacza człowieka. W ten sposób ludzie Koori dawali innym do zrozumienia, że ten, kto nie należy do ich plemienia, nie do końca będzie postrzegany przez nich jako istota ludzka.
Naukowcy zajmujący się współcześnie sprawami Aborygenów badali, jak wyglądał tryb życia starych plemion Australii. Poddawali analizie ich zwyczaje żywieniowe i codzienne zajęcia. Powszechnie wiadomo, że Aborygeni wiedli przede wszystkim wędrowny tryb życia. Zmieniali miejsce pobytu, kiedy w dotychczasowym miejscu wyczerpały się źródła żywności, czyli owoce, korzenie, orzechy - oraz zwierzęta, które można było upolować i zjeść. The indigenous people byli zbieraczami i myśliwymi, nigdy natomiast nie poszli dalej, w kierunku rolnictwa. Ale to im nie przeszkadzało zdrowo jeść. Badania dietetyków z ostatnich lat wskazują, że dieta plemion pierwotnych, w tym Aborygenów, jest jedną z najzdrowszych w historii człowieka. Dostarcza wszystkich potrzebnych elementów, w odpowiednich proporcjach. Do takich diet dzisiaj wracamy.
Aborygeni oswoili tylko jedno zwierzę i był to pies dingo. W zasadzie jedyne dzikie zwierzę, które nadawało się do oswojenia. Nic dziwnego: dla misiów koala i innych zrelaksowanych torbaczy, prowadzących nocny tryb życia, trudno wymyślić praktyczne zastosowanie*. Tymczasem okazuje się, że oswojony przez Aborygenów pies dingo mógł przyczynić się do wytrzebienia tygrysów tasmańskich. Tygrysy tasmańskie były torbaczami, które jeszcze w XX wieku żyły na kontynencie australijskim. Były to zwierzęta podobne do naszych kotów, ale oczywiście niespokrewnione z nimi genetycznie. Przyznam, że t y g r y s będący torbaczem jest dla mnie, jako prostego Europejczyka, dość onieśmielającym zjawiskiem, ale podobno takie były.
Wracając do naszych Aborygenów. Zdecydowanie najciekawsze dla mnie odkrycie dotyczy trybu ich pracy. Przy czym pod pojęciem 'praca' należy zasadniczo rozumieć aktywność łowiecką, zbieranie jadalnych roślin i przygotowywanie posiłków - to jest czynności niezbędne do utrzymania się przy życiu. Otóż, jak twierdza naukowcy - plemiona pierwotne, w tym nasze plemię Koori, pracowały średnio 30 godzin tygodniowo. Innymi słowy, tydzień pracy w Starej Australii trwał około 3.5 dnia. Resztę czasu ludzie spędzali na zajęciach towarzyskich, rytuałach i co tam kto lubił... Sekundę... ja i Grzesiek już dawno doszliśmy do wniosku, że w naszym idealnym świecie pracowalibyśmy od poniedziałku do czwartku, a nasz weekend trwałby trzy dni. To niesamowite, ale Aborygeni mieli więcej czasu wolnego niż my w naszym świecie ze snów. Co jak co, ale w tej kwestii byli naprawdę do przodu.
* choć nie dalej jak wczoraj, w radio Gold 104 dwóch prowadzących przekonywało słuchacza - świeżo zamieszkałego w Australii - że większość Ozzies posiada oswojonego kangura, który przynosi mu rano gazetę i małe zakupy w torbie.
10 marca
Zastanawia nas jedno: czy liście na drzewach zmienią jesienią kolor na żółty? Bo jesień formalnie już przyszła, ale pogoda wciąż letnia, a liście - jakby nie patrzeć - zielone. Zimą, od czerwca do sierpnia, średnia temperatura w dzień ma wynosić 14 stopni. Więc?
7 marca
Od wczoraj mamy w Melbourne Moomba Waterfest. Moomba to jeden z największych i najstarszych festiwali w Australii, zapoczątkowany w 1955 roku. Hasło festiwalu to Spotkajmy się i bawmy się razem - i jak już się zdążyliśmy przyzwyczaić, publiczna zabawa oznacza przede wszystkim zajęcia manualne i ruchowe dla dzieci w wieku od 3 do 10 lat. Pejzaż w centrum miasta już od czwartku zdominowały karuzele i instalacje w rodzaju 'wyrzucę cię w górę, a ty spadniesz'. Dla starszych mieszkańców przewidziano mecz siatkówki plażowej i pokaz akrobacji wodnych. Po Yarrze od wczoraj pływają narciarze wykonujący salta tuż nad powierzchnią wody lub ścigający się w wodnych slalomach.
Moomba jest z założenia festiwalem łączącym kultury. Na samym początku, w latach 50-tych promowanie wielokulturowości sprowadzało się głównie do pokazów strojów i tańców etnicznych z różnych krajów. W kolejnej dekadzie zaczęły pojawiać się akcenty związane z szeroko pojętą sztuką. Prym wiodła sztuka aborygeńska, żydowska, włoska i, co ciekawe, łotewska. Jak deklaruje na swoich stronach miasto Melbourne, idea łączenia kultur również dzisiaj jest ważnym elementem festiwalu. Jednak Moomba 2009 ma u mnie na razie pięknego minusa, ponieważ zapowiadany na dziś pokaz tańca aborygeńskiego został odwołany z powodu absencji tancerza.
Ale najciekawsza dla mnie jest sprawa pochodzenia nazwy imprezy. Według różnych źródeł, inicjatorzy Moomby, radni miasta Melbourne, zastanawiali się nad hasłem, które najlepiej oddałoby ideę festiwalu, na którym ludzie spotykają się i wspólnie dobrze bawią. Coś w stylu Let's get together and have fun. W tym celu zaprosili do współpracy przedstawiciela aborygeńskiej starszyzny z plemienia Koori. Zapytany, jak w krótkiej formie zawrzeć ideę wspólnej zabawy, starszy człowiek zaproponował: - Moomba. Nazwa, jako krótka i wdzięczna, łatwo się przyjęła. Dopiero kilka lat później, kiedy ktoś z lingwistycznym zacięciem zaczął analizować pochodzenie słowa moomba, okazało się, że nie jest to bynajmniej hasło nawołujące radośnie do wspólnego świętowania. Mum w językach lokalnych plemion znaczyło 'tyłek', a ba to przyimek używany w znaczeniu 'na', 'do' itp. W wolnym tłumaczeniu mum-ba oznacza ''rusz swoje cztery litery''. To mi się podoba. Piękny wkład starej Australii w kulturę nowego świata.
6 marca
To ciekawe. Myślałam, że koncepcja grzechu pierworodnego powstała na naszym, euroazjatyckim, kontynencie. Tymczasem Aborygeni też mają swoją opowieść o pierwszych ludziach, grzechu i śmierci. A mianowicie:
Dawno temu, kiedy świat był jeszcze bardzo młody, życie było wieczne i nie było śmierci. śmierć pojawiła się dopiero wtedy, gdy pierwsi ludzie na ziemi zaczęli czynić zło.
Bima, pierwsza kobieta, miała ze swoim mężem, Purukupali, synka o imieniu Jinini. Kiedy Bima wychodziła szukać pożywienia, zawsze zabierała Jininiego ze sobą. Pewnego dnia Bimę ujrzał Japar, samotny mężczyzna. Zaczął ją namawiać, żeby zostawiła synka w cieniu drzewa, a z nim poszła do dżungli. Bima, pod wpływem komplementów i długiego perswadowania, zgodziła się. Po dłuższym czasie, kiedy wyszła z dżugli, zobaczyła ku swojemu przerażeniu, że jej mały synek nie żyje. Cień drzewa przesunął się w inne miejsce i dziecko nie wytrzymało promieni gorącego słońca.
Kiedy o śmierci Jininiego dowiedział się jego ojciec, ogarnął go żal i gniew. Ukarał żonę, a potem wziął ciało syna i wszedł z nim do morza, żeby się utopić. Zanim to zrobił, zdecydował, że wszystkie stworzenia będą od tej pory dzielić los biednego Jininiego - i ustanowił, że wszystko co się urodzi, to także później umrze.
Na podstawie The Dreamtime, Charles P. Mountford, Rigby Limited 1965
4 marca
Od dziś przestaję narzekać na Unię Europejską. Na dopuszczalny kąt zakrzywienia bananów i urzędowe rozmiary jabłek. Regulowanie spraw związanych z żywnością to b a r d z o
d o b r a r z e c z. Przekonaliśmy się o tym w sklepie spożywczym w jednym z miasteczek Wiktorii. Po pierwsze, pośrodku sklepu stała paleta z przecenioną żywnością. Czemu przecenioną? Bo upłynęła jej data ważności. Come on, jak można sprzedawać przeterminowane jedzenie? To mniej więcej tak, jakbym usłyszała: - Chodź, zatruj się dziś, zapraszamy, to kosztuje u nas tylko A$ 0.99. Ciekawe, czy w aptekach też można kupić, w promocji, przeterminowane leki.
No dobra, sprzedaż papierosów to też poniekąd sprzedaż trucizny, ale kupujący jest ostrzegany o tym na 1/3 powierzchni pudełka. Przynajmniej w Unii Europejskiej. Ale mam jeszcze drugi, mocniejszy argument za UE. W tym samym sklepie w Wiktorii, w lodówce z jogurtami zobaczyłam pięknie wyglądający shake. Bananowy. Nazywał się mniej więcej Extremely Delicious Thick Banana Shake, a zdjęcie na opakowaniu przedstawiało puchar z gęstym koktajlem, na oko - trzy zmielone banany z kulką lodów waniliowych. Kupujemy. No i?... No i cóż. Pyszny gęsty koktajl okazał się słodkim mlekiem z dodatkiem syntetycznego aromatu bananów. Smak dołujący. Na swoją obronę miał tylko to, że był schłodzony. W UE na czym takim kontrolerzy jakości od razu położyliby swoją ciężką łapę.
A więc nie wierzyć. Nie wierzyć obrazkom i napisom. Czytać małe literki, zwłaszcza w sąsiedztwie słowa Ingredients. Bo reklama zawsze będzie głośniejsza i wytłoczona większym drukiem, niż faktyczny opis zawartości. Co ciekawe, ta reguła dotyczy nie tylko jedzenia, ale także różnego rodzaju usług w Australii. Zwłaszcza turystycznych. Nauczyliśmy się już traktować z przymrużeniem oka przymiotniki spectacular, grand i awesome. Pierwszym takim zderzeniem reklamy z rzeczywistością była dla mnie Parada Pingwinów na Phillip Island. Co prawda wychodzące z oceanu pingwiny były dla nas nowym i ciekawym zjawiskiem, ale marketing wokół tego wydarzenia był taki, jakiego spodziewałabym się raczej przy imprezie typu lot na księżyc albo odtworzenie Parku Jurajskiego.
Matthew Piscioneri, pracownik naukowy na Monash University, u którego zamówiłam sobie po przyjeździe kilka godzin konwersacji - żeby osłuchać się z lokalnym akcentem, sam wyraził ostatnio antypatię do 'wielkich' przymiotników, które słyszy na co dzień. Stwierdził, że przyszły one do Australii razem z serialem Beverly Hills 90210. Mniej więcej od tego czasu proste składniki życia codziennego systematycznie nabierały wymiaru jumbo.
- Co dziś jadłeś na obiad? - Ziemniaki. - Oh, that's wonderful!
- Cześć, co robisz? - A idę po papierosy. - Terrific!!!
A propos, Matthew uważał mnie za miłą i dobrze ułożoną dziewczynę, dopóki nie zaczęliśmy rozmawiać o Unii Europejskiej. - Wiesz co, Ewa, teraz mnie znienawidzisz, ale czy nie uważasz, że Unia Europejska ma trochę zbyt ociężałe struktury? - Oooo... mój konik. Przez godzinę rozmawialiśmy o niewydolności Unii Europejskiej, biurokracji w Europie, ale też w Australii i o tym, że na Monash University proporcja pracowników naukowych do administracji zmienia się coraz wyraźniej na korzyść tych ostatnich. Na koniec Matthew przedstawił mi swoją teorię postępującej kontroli umysłów ludzi przez współczesne rządy. Zgodnie stwierdziliśmy, że administrację publiczną należałoby totalnie zmienić, a przede wszystkim mocno zredukować liczbę urzędników. Ale myślę sobie teraz, że unijnych urzędników ds. żywności akurat bym zostawiła.
2 marca
Ten kraj jest nieźle zorganizowany. Dziś po południu dostałam smsa z informacją: Extreme weather in Victoria expected Mon night & Tues. High wind & fire risk. Listen to local ABC Radio for emergency updates. Podpisała się policja stanowa. Kiedy wróciłam do domu, okazało się, że prezenter w naszym radio Mix 101.1 też dostał tego smsa. Cała Wiktoria dostała. Po "Czarnej Niedzieli" temat pogody jest traktowany bardzo serio. Co prawda temperatury są sporo niższe, niż kilka tygodni temu, kiedy wybuchły największe w historii stanu pożary (30 stopni vs 40), ale stopień zagrożenia jest porównywalny - głównie ze względu na silne wiatry.
Jakiś czas temu w trakcie dyskusji publicznej pt 'Sustainable Melbourne' odbywającej się na Fed Square ktoś z publiczności zadał pytanie ekspertom: "Dlaczego jeszcze nikt nie zbudował systemu, który odprowadzałby nadmiar wody z Queensland, gdzie problemem są powodzie, do Wiktorii, gdzie problemem są pożary?" To rozwiązanie rzeczywiście wydaje się proste, ale nie jest funkcjonalne ze względu na bardzo wysokie koszty. I tak, północny wschód Australii regularnie zalewają deszcze, a południe cierpi na brak wody i jest zagrożone pożarami. Natura nie jest sprawiedliwa, przynajmniej z punktu widzenia człowieka.
1 marca
Weekend spędziliśmy na sprawach administracyjnych oraz na kręglach w Melbourne Bowling Center. Ale nie były to zwykłe kręgle, tylko coś przypominającego francuskie boules, ale z dużo większymi kulami. Graliśmy na krótko przykoszonym trawniku, w sobotę wieczorem, a okazją były urodziny Lisy. Lisa jest Australijką włoskiego pochodzenia, o stuprocentowym włoskim charakterze. Ma trzy miliony przyjaciół. To ona wymyśliła Grześkowi ksywkę "Krava". - It sounds tough, doesn't it, guys? Na urodziny Lisa dostała różne prezenty, w tym rozmówki polsko-angielskie, rozmówki niemiecko-angielskie oraz słownik języka niemieckiego. Bo wśród licznych przyjaciół Lisy dużą grupę stanowią Niemcy, którzy wczoraj pojawili się na przykład ubrani cali na biało.
Kręgle były połączone z BBQ, ale po godzinie imprezy grill służył już tylko do ogrzewania rąk, bo zapasy zostały zjedzone, a poza tym zrobiło się całkiem zimno. Wczoraj w Australii był ostatni dzień lata.
Grało się miło i - po paru rundach - polskiej reprezentacji szło całkiem nieźle. Bardzo sympatyczne w tym sporcie jest to, że człowiek traktuje kule jak żywe stworzenia i prowadzi z nimi dialog: mówi do nich, prosi, krzyczy oraz trochę przeklina. Kule w bowlingu na trawie nie turlają się prosto, tylko krzywo i cały dramat zaczyna się rozgrywać dopiero w połowie drogi, kiedy kula nagle zaczyna skręcać i, przykładowo, oddala się mimo próśb na sąsiedni tor. Albo kiedy właściwie wbrew zdrowemu rozsądkowi, kończy drogę tuż przy celu - małej żółtej kulce, co daje drużynie zwycięski punkt.
Centrum bowlingu zamknęli nam o dziewiątej, więc poszliśmy na najbliższy róg do pubu. Mam teorię, że w Melbourne nie ma rogu bez pubów i że w sobotę wieczorem połowa mieszkańców miasta siada w nich przy piwie lub tequili, a druga połowa staje przy kontuarach i konsumuje to samo na stojąco. W tej drugie grupie jest szansa na więcej wygłupów, bo za stolikiem trudniej się wygłupiać niż przy ladzie. W każdym razie wczorajszy wieczór zakończył się wesoło, a dziś nasza koleżanka Lisa zaczęła 32 rok życia.