31 maja
Nasza sąsiadka śpiewa. śpiewa całkiem profesjonalnie, trochę w klimacie musicali. Ma mocny, czysty głos. Zawsze zastanawia nas, czy śpiewa sobie tak dla przyjemności, czy ćwiczy do jakichś występów. Ponieważ rzadko się widujemy, a sąsiadka, podobnie jak my, nie jest osobą narzucającą się, nigdy o to nie pytaliśmy. W każdym razie sąsiadka ma około dwudziestu lat i śpiewa.
Dlatego ostatnio zdziwiło nas, że sąsiadka nie śpiewa. Z mieszkania obok przestały nas dobiegać musicalowe arie. Jest cicho i w związku z tym czegoś nam brakuje. Sąsiadka na pewno ma się dobrze, bo od czasu do czasu widujemy ją gdzieś okolicach naszego domu, ale śpiew ewidentnie ucichł. Ponieważ, podobnie jak ona, nie jesteśmy osobami narzucającymi się, nie zapytaliśmy dlaczego. Od pewnego czasu trwamy w lekkim zawieszeniu.
South Yarra jest przyjemną dzielnicą ze względu na bliskość przepięknych Ogrodów Botanicznych i klimatycznych willowych uliczek, ale jest to dzielnica zróżnicowana. Można tu zobaczyć zarówno ładne domy, jak i podniszczone kamienice. W naturalny sposób przekłada się to na różnorodność mieszkających tutaj ludzi. Latem, oprócz śpiewu sąsiadki, dobiegały nas często dyskusje rodziny z domu nieopodal i właściwie trudno powiedzieć, czy były to kłótnie, czy tylko głośne, ożywione rozmowy. Ponieważ teraz zrobiło się chłodniej, rodzina schowała się do domu i jej nie słychać.
Podobno South Yarra charakteryzuje się wyższym niż przeciętnie odsetkiem transwestytów oraz generalnie dużą swobodą w obyczajach seksualnych. Potwierdził to Mike, nasz przewodnik w Alice Springs, który przez jakiś czas pracował w Melbourne na stacji benzynowej przy Punt Road. Nas samych sporo ciekawych obserwacji socjologicznych chyba omija, bo w ciągu dnia zazwyczaj jesteśmy w pracy, a w nocy też niespecjalnie się kręcimy po okolicach. Sztandarową ulicą gejów w South Yarra jest Chapel Street, ulica przy której najczęściej robimy nasze cotygodniowe zakupy, a w tygodniu gramy też w siatkówkę. Chapel to ulica zorientowana na najnowszą modę, pełna butików i sklepów odzieżowych. Ma swój styl i swoją atmosferę, którą warto poznać.
W każdym razie zimą w naszej dzielnicy zrobiło się ciszej. Rano, zamiast śpiewów sąsiadki i dyskusji naszej dynamicznej rodziny, za oknem słychać ptaki. Niezmienny pozostał tylko szum samochodów na Punt Road. Ożywienia atmosfery i powrotu głośniejszych klimatów oczekujemy na wiosnę.
28 maja
W czym do pracy? W kozakach? W butach na obcasie?.. Wyluzuj, koleżanko. Załóż adidasy.
OK, może w biurze adidasów się nie nosi, ale do pracy pół miasta idzie w butach sportowych. Dlaczego? Bo idzie na piechotę. Dwadzieścia minut spaceru o poranku to czysta przyjemność: zwłaszcza, jeśli idzie się nad rzeką. A więc - wąska spódniczka, żakiet, profesjonalny makijaż, laptop, a do tego - adidasy. To widok pod tytułem ''no worries'' - chodzi o to, żeby było miło i wygodnie. Wersji ''no worries'' jest przynajmniej kilka. Jedna z moich ulubionych to: spódniczka, żakiet, makijaż i... klapki! Różowe, niebieskie, dowolne. W biurze się zmieni, luz. Kobieta biznesu w klapkach to uroczy widok, zwłaszcza w jesienno-zimowych miesiącach, kiedy na ulicy coraz częściej można zobaczyć ludzi w płaszczach i szalikach.
Poza ludźmi chodzącymi do pracy w adidasach lub jeżdżącymi do pracy na rowerach, istnieje jeszcze kategoria ludzi do pracy biegających. Codziennie na ścieżce rowerowej mijam przynajmniej jednego biegacza z biurowym ''ekwipunkiem'' w plecaku, zmierzającego - raz dwa! raz dwa! w kierunku city. Wieczorem czeka go bieg do domu. Oczywiście oprócz wyżej wymienionych kategorii sportowych istnieją jeszcze kategorie najbardziej popularne, czyli ludzie jeżdżący do pracy samochodem lub pociągiem. Ale akurat z tymi grupami nie mamy kontaktu.
Australijczycy to naród tolerancyjny i egalitarny. Tutaj możesz nosić klapki, możesz mieć różowe włosy, możesz iść ulicą i śpiewać do wyjętego z kieszeni grzebienia, a ludzie i tak ocenią cię po tym, co mówisz i co wiesz. Otwartość na niekonwencjonalny strój, zachowanie czy skrajne punkty widzenia należy do najlepszych cech tego społeczeństwa. Nic dziwnego: ludność Australii jest tak zróżnicowana etnicznie i kulturowo, że podejście zakładające otwartość wydaje się najzdrowszym rozwiązaniem. Przy czym jest to otwartość przyjazna, nie obojętna. Jeśli zwiedzasz Melbourne, na sto procent już pierwszego dnia zagadnie cię ktoś parku, w tramwaju albo w barze. Skąd jesteś, co tu robisz? Jak ci się podoba? Ładny dzień, co? Przykładem pozytywnego stosunku do ludzi i otoczenia może być na przykład taka scenka: Na zatłoczonej ulicy Melbourne zderzyło się dwóch przechodniów - obaj pochłonięci rozmową ze swoimi znajomymi i zbyt zajęci, żeby obserwować co się dzieje wokół. Zderzenie było energiczne i wyglądało na bolesne, a reakcją obydwu osób był? Szczery śmiech! O rany, jak to się stało, że na siebie wpadliśmy? Ale zderzenie! Hehehe!!!
Podobno Sydney jest trochę inne: żyjące szybciej , bardziej niecierpliwe, bardziej podobne do Nowego Jorku. Jeszcze przed przyjazdem tutaj spotkaliśmy się z uroczym określeniem: "fuck-off attitude" - tak użytkownik jakiegoś forum podsumował swoje wrażenia z Sydney. Jak sądzę, mógł to być ktoś z Melbourne (te miasta ze sobą trochę konkurują) i, jak się domyślam, odrobinę przesadzał. Ale przyznam, że w naszym procesie decyzyjnym ta opinia i jeszcze parę innych wpłynęły na wybór naszego miejsca zamieszkania. W każdym razie Sydney na pewno będzie celem jednej z naszych wycieczek. Ciekawe, czy tam też chodzą w klapkach do pracy. Jak pojedziemy, niezawodnie podzielimy się wrażeniami.
25 maja
Mieszkania w Melbourne z reguły wynajmuje się nieumeblowane. Założenie jest takie, że lokator wprowadzi się z własnymi meblami albo że wkrótce po wprowadzeniu się nabędzie łóżko, stół, kanapę i inne drobiazgi. Natomiast zdjęcia zamieszczane w ogłoszeniach pokazują mieszkania pod tytułem "'Zobacz, jak mogłoby być". Czyli oglądamy w pełni wyposażone wnętrza, przyjemnie umeblowane i urozmaicone różnymi drobiazgami - na ścianie obraz, na stole zapalone świece i błyszczące kieliszki. Naszym zadaniem jest wyobrazić sobie, jak to samo wnętrze będzie wyglądało puste.
To samo przy kupnie domu czy mieszkania. Tu zadanie jest jednak podwójnie trudne, bo wyobraźnię musimy uruchomić nie tylko przy oglądaniu zdjęć, ale także przy zwiedzaniu lokalu. Do standardów rynkowych należy bowiem meblowanie mieszkania "na chwilę"', to znaczy na czas oględzin przez potencjalnych zainteresowanych. Jak to się robi? Bardzo łatwo - wypożycza się, co trzeba. Usługi wypożyczania mebli oferuje wiele firm. Nie zdziwiłabym się, gdyby dodatkowo takie firmy zajmowały się projektowaniem wnętrz i sprzedawały wszystko razem w pakiecie.
Ostatnio temat oglądania mieszkań miał przyjemność zgłębiać kolega Grześka z pracy, który razem z żoną szukał domu na przedmieściach Melbourne. Dom w dniu oględzin był umeblowany i wyposażony, wszędzie jasno, ciepło, ślicznie. Kupili. Kiedy weszli do tego samego domu już jako właściciele, przeżyli mały zawód, bo nagle mieszkanie zrobiło się ciemne i wyjątkowy klimat gdzieś wyparował. Ale zakładam, że w takim momencie firma wypożyczająca meble wyciąga pomocną dłoń i oferuje usługę zaprojektowania i wyposażenia wnętrz, żeby wyglądały jak w ogłoszeniu.
Co do nas, szukając mieszkania po przyjeździe do Melbourne, mieliśmy (miał Grzesiek) dość trudne zadanie: szukaliśmy lokalu z meblami (rzadkość), blisko centrum i w sensownym przedziale cenowym. Więc możemy mówić o szczęściu, bo lokum udało się znaleźć w niecałe dwa tygodnie.
O wypożyczaniu mebli przypomniałam sobie dzisiaj, kiedy na moście minęła mnie półciężarówka firmy oferującej meble na wynajem. Z hasłem reklamowym: 'We Set Hire Standards'.
22 maja
A Australia ma największy deficyt budżetowy w historii. Teraz o budżecie jest głośno, bo w czerwcu kończy się rok budżetowy. Tak, tak, przecież zima to czas rozliczeń, zamykanie starych spraw i rozpoczynanie nowych. Rząd właśnie przedstawił plany na przyszły rok i wychodzi, że deficyt wyniesie 57 miliardów dolarów: najwięcej w historii. W stosunku do PKB to i tak niedużo, mniej niż dziesięć procent, ale rekord jest. Bo trwa walka z recesją i rząd pompuje pieniądze do gospodarki. Kasa pójdzie na infrastrukturę, szerokopasmowy Internet, ulgi podatkowe dla firm, dopłaty do emerytur i płatny urlop macierzyński.
Co do emerytur, niedługo ma być niezły przełom. To znaczy przełom nie będzie obiektywnie bardzo duży, bo chodzi po prostu o podniesienie wieku emerytalnego z 65 do 67 lat. Ale w gazetach zmiana nazywa się "historyczna" i "wielka". Dlaczego? Bo to pierwsza zmiana w systemie od stu lat. Cóż. Australijczycy to konserwatywny naród. Zmiana w każdym razie wzięła się z tego, że według prognoz demograficznych za czterdzieści lat liczba ludzi w wieku produkcyjnym w Australii spadnie o połowę w stosunku do liczby osób powyżej 65-ego roku życia. Więc coś z tym trzeba zrobić. Jak dla mnie decyzja jest w dobrym kierunku, ale i tak zawsze przy takich okazjach zastanawiam się, jaką wartość mają takie długoterminowe prognozy. Bo na przykład dziesięć lat temu nikt nie przypuszczał, że Australię zaleje fala Hindusów. Więc jak świat będzie wyglądał za lat czterdzieści, to dla mnie dziś całkowity kosmos. Chociaż, co do kosmosu, na przykład Lemowi prognozy długoterminowe wychodziły całkiem dobrze.
Z emeryturami wiąże się jeszcze jedna rzecz, która stanowi pewną słabość systemu. Otóż Australia jest jednym z nielicznych krajów, a może jedynym na świecie, w którym po osiągnięciu wieku emerytalnego można dostać emeryturę w formie jednorazowej płatności. Kiedy stuknie nam 65, idziemy do naszego funduszu emerytalnego i wychodzimy z teczką pieniędzy. Co z nimi zrobimy potem, to już nasza sprawa. Okazuje się, że sporo ludzi albo przepuszcza kasę już na początku, albo inwestuje w coś dziwnego i nagle budżet na najbliższe lata drastycznie się zmniejsza. W związku z tym Australię czeka prawdopodobnie dyskusja o nowym kształcie systemu. Jeśli model wypłat emerytur też by się zmienił, to australijski system emerytalny przeszedłby prawdziwą burzę zmian. Zważywszy, że od stu lat trwa w niezmienionym kształcie.
18 maja
Niebezpiecznie jest rozmawiać z Johnem o pogodzie. Było ładnie w weekend? Za ładnie. W Australii jest za ładnie. Za sucho. Potrzebujemy więcej deszczu. Kilka takich rozmów po paru słonecznych weekendach i nauczyłam się, żeby w dialogach z Johnem unikać ekscytacji piękną pogodą. John, dla wyjaśnienia, pracuje ze mną w Melbourne Centre for Financial Studies. Jakiś czas temu przekroczył wiek emerytalny. Troskę o małą ilość wody w Australii wykazują głównie ludzie starsi - albo przynajmniej dojrzali. Jedno z moich pierwszych wspomnień z Melbourne to spotkanie w kawiarni z około pięćdziesięcioletnią szefową ACSI (stowarzyszenie australijskich funduszy emerytalnych) i jej szczera radość z powodu ulewy, która w trakcie naszej rozmowy przeszła nad miastem.
Tak że niebezpiecznie jest rozmawiać z Johnem o pogodzie. Z tego powodu, po przemiłym weekendzie, który spędziliśmy razem z Martinem i Nirali nad oceanem, bijąc nasze rekordy na 6.5 km i 14 km, w poniedziałek w pracy nie wspomniałam ani słowa o słońcu, które towarzyszyło nam przez znaczną część soboty i połowę niedzieli. Ale w ramach porannych "rozmów aktualizacyjnych"' opowiedziałam Johnowi, że weekend był wspaniały, że Apollo Bay to piękny zakątek Wiktorii, który miejscami przypomina Irlandię (pagórki! owce!), że przebiec sobie parę kilometrów w takiej kolektywnej imprezie to niezła zabawa i że ogólnie było w dechę. John słuchał z zainteresowaniem, kiwał głową, a potem zapytał - i według mnie był to podstęp: - A jaką mieliście pogodę? - ja jednak zachowałam ostrożność i przekazałam suche fakty: czasem mżyło, czasem padało, a czasem świeciło słońce. I widzieliśmy chyba ze cztery tęcze.
Weekend w Apollo Bay był przemiły.
14 maja
Melbourne to wspaniałe miasto, ale nie ma jednej rzeczy: centralnego ogrzewania. Nie istnieje tu coś takiego jak elektrociepłownie i rury rozprowadzające gorącą wodę. Jest za to dużo gazu ziemnego, który w naturalny sposób stał się w Australii głównym paliwem grzewczym. Więc wodę podgrzewają gazowe bojlery. Zazwyczaj każdy budynek ma swój bojler, a jeżeli nie - w poszczególnych mieszkaniach instaluje się mniejsze indywidualne podgrzewacze. Dla lokatorów centralne bojlery to lepsza opcja, bo oprócz wody ogrzewają też powietrze. Ogrzane powietrze jest pompowane później do pomieszczeń. Jednym słowem, z centralnym bojlerem w mieszkaniu jest ciepło.
Problem w tym, że większość budynków budowanych na wynajem nie posiada centralnych bojlerów. Postawić taki bojler razem z towarzyszącą infrastrukturą to dla dewelopera większa inwestycja, więc jeśli można jej uniknąć, to czemu nie. Rezultat tego jest taki, że ci, którzy w Melbourne wynajmują mieszkania, na przełomie kwietnia i maja zaczynają narzekać na chłód. Temat "'u mnie w domu jest zimno"' to bardzo popularny wątek rozmów w pracy, zwłaszcza w większych korporacjach, gdzie pracuje dużo przyjezdnych. Przyjezdni, wiadomo, to zazwyczaj lokatorzy mieszkań na wynajem.
My ratujemy się dwoma elektrycznymi grzejnikami i kominkiem w którym ostatnio palimy codziennie. O ile w ciągu dnia na dworze jest wciąż przyjemne plus osiemnaście, o tyle wieczorami temperatura spada do jesiennych plus kilku i ogrzewanie zdecydowanie się przydaje.
Jeszcze coś z osobliwości tutejszej infrastruktury. Zagadka: gdzie normalnie w budynku biegną rury z wodą? - No chyba w ścianach powinny przyzwoicie? Może i powinny. Ale nie tutaj. Tu rury biegną n a z e w n ą t r z budynków. Zazwyczaj jedną ścianę standardowego budynku mieszkalnego od góry do dołu oplata piękna sieć rur. Wygląda to dość abstrakcyjnie i przywodzi na myśl Centrum Pompidou w Paryżu, ale domyślamy się, że bardziej niż o sztukę autorom chodziło o zmniejszenie kosztów. Wbudowanie rur w mury jest pewnie trudniejsze, niż puszczenie ich po ścianach (Co Ty na to, Mamusiu?). Od razu jednak dodam, że takie zewnętrzne systemy kanalizacji widoczne są najczęściej na starszych budynkach, nowe buduje się już z rurami wewnątrz. Nasz budynek należy do budynków starszych, więc od strony 'podwórka' rury fantazyjnie pną się po murze.
13 maja
Księgarnia. Dialog mamy z 5-letnim synkiem: najwyraźniej o sprawie dla niego istotnej.
M: - Allright, honey, but when do you think we could do it?
S: - Oh, we can do it at whatever o'clock!!!
11 maja
Jesień pod palmą.
9 maja
W środę, szóstego maja, o dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt wszystko stało się jasne: drużyna Niches w składzie Kolumbia - Polska - Węgry - Niemcy wygrała finał turnieju South Yarra Wednesday Social. W pięknych czerwonych koszulkach, z uśmiechami na twarzach, ze swobodną pewnością siebie, Niches skasowali najpierw drużynę Muiscas, potem Kaos. Bajeczne zagrywki i sprawne akcje pod siatką. Sześć setów bez jednej przegranej. To był wieczór zwycięzców.
Takiej okazji nie można było nie uczcić. W piątek wieczorem przy Dandenong Street u kolegi Diego odbyła się retransmisja finałowych meczów. W kameralnym gronie, przy kurczaku i frytkach oglądaliśmy rozgrywki, które Diego nagrał kamerą ustawioną na statywie. Okazało się nawet, że mieliśmy komentatora. Co prawda był nim nieznajomy trener fitness, który w siłowni obok prowadził zajęcia - a jako że kamera stała blisko siłowni, po prostu nagrało się wszystko, co krzyczał do swojej grupy - ale to nieważne. Komentarz, choć niezamierzony, jest. Pełnym napięcia obrazom z boiska towarzyszy rytmiczne: One - two - three - four - five! Arms up, arms down! Prawie jak siatkówka.
U Diego rozmawialiśmy między innymi o tym, jak ludzie aklimatyzują się w Australii. Diego przyjechał do Melbourne osiem lat temu. Później dojechała do niego żona Monica. Diego z Monicą to jedna z najbardziej pozytywnych par, jakie znam. Ferdinand, z pochodzenia Węgier - jednak w wyniku silnej integracji ze środowiskiem kolumbijskim - już prawie Kolumbijczyk, przyjechał tutaj w wieku osiemnastu lat. Pouczył się angielskiego, a potem zaczął pracować przy wykończeniach domów i już tak zostało. Miesiąc temu założył własny biznes - polerowanie kamieni. W związku z tym rozdał nam wczoraj swoje pierwsze wizytówki. Przy okazji rozmowy wyszły na jaw różne smaczki. My się podzieliliśmy wrażeniem robienia zakupów na motorze i transportowania hurtowych ilości nektarynek i bananów w motorowej sakwie. Ferdinand, który kiedyś mieszkał na przedmieściach Melbourne i jeździł tylko pociągami, miał lepsze story: woził dziesięciokilogramowe worki ziemniaków pociągiem. Najciekawiej było biec przez miasto z workiem ziemniaków na ramieniu, żeby zdążyć na odjeżdżający pociąg. Kto by pomyślał, że takie wspomnienia potem są najlepsze.
W każdym razie miło było obejrzeć retransmisję własnych meczów. Doszliśmy do wniosku, że w czerwonym jest nam bardzo do twarzy i że jest to kolor zwycięstwa, który będzie nam towarzyszył w kolejnych finałach. A te za parę miesięcy.
8 maja
Łatwo jest zarządzać takim krajem, jak Australia. Wszystko daje się prosto wytłumaczyć. świńska grypa? Może na świecie jest coś takiego, ale My Tu Pod Spodem jesteśmy izolowani od tych globalnych wirusów. Zresztą, jakby co, mamy sprzęt do prześwietlania, wystarczy postawić na lotniskach, będzie OK - uśmiecha się Kevin Rudd. Kryzys finansowy? Wiadomo, że nie uda się nam zupełnie od niego wykręcić, ale Tu Pod Spodem jesteśmy w miarę bezpieczni. Nasze banki były konserwatywne, nie mamy takich problemów jak USA. Recesja - jasne, w tym roku będzie, ale lżejsza niż na świecie. Zresztą w kwietniu bezrobocie nam spadło. I w Chinach się poprawia. My Tu Pod Spodem jesteśmy w stosunkowo dobrej sytuacji. No worries.
7 maja
No dobrze, a skąd w Australii wzięli się ludzie?
Prosta sprawa: przyszli. Z Azji. Przyszli mniej więcej pięćdziesiąt tysięcy lat temu, a udało im się to dzięki epoce lodowcowej. Kiedy na ziemi zamarzły duże ilości wody, obniżył się poziom mórz. Wybrzeża Południowo-Wschodniej Azji przybliżyły się do brzegów Australii. To ułatwiło ludziom pokonywanie mórz łodziami. Pierwsi ludzie, którzy zasiedlili północ Australii, stopniowo zaczęli wędrować na południowy wschód i zachód kontynentu. Warunki do osiedlania się były OK: drapieżników grasowało niewiele, a po buszu biegały wielkie, ufne roślinożerne torbacze, które dawały się dość łatwo upolować. Dwadzieścia tysięcy lat temu cały kontynent był już zamieszkały przez przodków dzisiejszych Aborygenów.
Co ciekawe, w czasie epoki lodowcowej Australia razem z Tasmanią i Papuą Nową Gwineą stanowiły jeden kawałek lądu. Ale kiedy lód zaczął topnieć, morza podniosły się i oddzieliły od siebie poszczególne ziemie; od tego czasu Tasmania jest wyspą, a Papua Nowa Gwinea archipelagiem wysp. Odcięcie Tasmanii od głównego kontynentu spowodowało, że jej życie zaczęło biec własnym torem. A to z kolei jest przyczyna, dla której kultury Aborygenów australijskich i tasmańskich dość wyraźnie się różnią. Bumerangi, tak charakterystyczne dla Australii, w Tasmanii nie były znane w ogóle. Na głównym kontynencie wymyślono je dopiero dziesięć tysięcy lat temu, czyli już po odseparowaniu Tasmanii przez wodę. Do Tasmanii nie dotarł też pies dingo. A najciekawsze jest to, że w wyniku 'uwyspienia' Tasmanii, tasmańscy Aborygeni zyskali tytuł najdłużej izolowanego społeczeństwa na świecie. Przez dziesięć tysięcy lat żyli sobie na wyspie wielkości Irlandii, nie niepokojeni przez żadne inne ludy. Ich spokój zakłócili dopiero pierwsi Europejczycy.
Co do rdzennej ludności tasmańskiej, jest jeszcze jeden pikantny szczegół: mimo, że była to ludność do szpiku kości wyspiarska, w jej jadłospisie brakowało... ryb. A dokładnie - Tasmańczycy zrezygnowali z ryb około trzech tysięcy lat temu, przerzucając się na mięso fok i ptaków morskich. Dlaczego? Otóż mięso tych zwierząt dostarcza więcej energii, niż ryby. W klimacie Tasmanii, który należy już do klimatów umiarkowanych, a jest zaostrzony przez obecność pasm górskich, taka zmiana diety była całkiem rozsądna. Pewien badacz zajmujący się historią Tasmanii stwierdził, że gdyby parę tysięcy lat temu pierwotni Tasmańczycy odwiedzili specjalistów ds. żywienia, dowiedzieliby się, że w ich warunkach klimatycznych powinni pomysleć o zamianie ryb na bardziej kaloryczne źródła pokarmu. Okazuje się, że właśnie taką zmianę sobie zafundowali.
Tymczasem my w Tasmanii jedliśmy głównie owoce morza. Ale jesteśmy usprawiedliwieni, bo jako przedstawiciele cywilizowanego świata dawno zatraciliśmy instynkt samozachowawczy. Torba ryb i frytek - i byliśmy szczęśliwi; a co by na to powiedzieli rdzenni Tasmańczycy, to już inna sprawa.