28 lutego

W urodziny Babci też nie. Na osłodę poszliśmy na Invictusa o Nelsonie Mandeli; muszę powiedzieć, że rugby to całkiem ciekawy sport.

Dzisiaj zgadują: Sylwia z Melbourne, Zosia oraz rzutem na taśmę - Sebastian.


27 lutego

Cóż, idziemy dalej. Dziś szansę na wygraną maja Babcia oraz koleżanka Birgitte. I jeżeli nie 91-letnie doświadczenie, to naprawdę nie wiem, co innego może zadziałać w tej grze.
Babciu, z okazji urodzin wszystkiego najlepszego i uściski.


26 lutego

Robi się naprawdę emocjonująco. Codziennie ktoś wypada z gry. Zupełnie jak w Dziesięciu Małych Murzyniątkach.
Dzisiejszy dzień obstawia Agnieszka C. Agnieszka, wierzę w Twoje doświadczenie i intuicję. 


25 lutego

Nirali odpadła. Szanse w rękach Kerstin i Grześka.


24 lutego

No dobra, kończą mi się ubrania ciążowe. Dzisiejszą datę obstawia Nirali.


23 lutego

Wyścig trwa. Dziś szansę na wygraną mają Agnieszka K. i moja kuzynka Kasia.
Obie oczekujące. Czy to przypadek?


22 lutego

Na razie newsów brak. Dzisiejszą datę obstawiają: Mama oraz koleżanka Alison.
Mamusiu, trzymam kciuki.


20 lutego

Mariola (6 - ost.)

Marioli niestety już nie ma. Przeniosła się do jakiegoś salonu bliżej siebie. Dojazd do centrum zajmował jej godzinę w jedną stronę, no i koszty. Ale może umówiłabyś się z nią na przyszły tydzień, bo ona raz w tygodniu będzie tu wpadać. Hm, to kuszące, ale w niedzielę mam termin. A, termin...o,  to gratulacje!!! W takim razie mamy tu dziś Sarę, może ona cię obetnie?

I choć serce mówiło "nie", to rozum zadecydował, że jednak tak i usiadłam w fotelu, a Sara okryła moje ramiona czarnym fryzjerskim płaszczem: How are you going?

Sara jest z Tennessee. Przyjechała do Melbourne, żeby coś zmienić w życiu oraz zabawić się. W Stanach dobra zabawa skończyła się, od kiedy rozstała się z mężem, a to było już jakiś czas temu. Dzieci, trzech dorosłych synów, wspierały ją mocno w decyzji wyjazdu. Jako jedyni, bo pozostali nie wykazywali zrozumienia. A synowie rozumieją matkę. Kochają ją. I kochają jej kuchnię. A Sara, by the way, gotuje naprawdę dobrze.

Sara ma około pięćdziesiątki, piękny amerykański akcent i dość nierówną cerę; przykrywa ją bardzo grubą warstwą pudru. Ale wszystkie niedoskonałości znikają, kiedy Sara zaczyna mówić, bo jedną ze wspaniałych cech Amerykanów, może nie wszystkich, ale wiekszości Amerykanów, jest ich jednostajny akcent i głośna, wyraźna wymowa. Cudowne. Mózg relaksuje się i słucha.

Ostatnio na dyskotece Sara poznała faceta. Spotyka się z nim. Grek z pochodzenia, a Grecy są tacy przyjemni, wiesz, wkręcają cię, czułe słowa, komplementy, ona to na przykład uwielbia. Trochę jak Włosi? Włosi... Sara nachyla się do mojego ucha i mówi bardzo głośnym szeptem: nie, Włochom dużo brakuje. Są znacznie bardziej aroganccy. Myślą, że co to nie oni, wiesz? Grecy mają więcej uroku. Ten mój jest taki słodki.

Trwający od pół godziny monolog zaczął w pewnym momencie budzić moje podejrzenia, że Sara nie koncentruje się na cięciu i że nie wyjdzie dobrze, ale Sara udowodniła, że wielozadaniowosć leży w jej naturze, więc na sam koniec wizyty PIN w terminalu wstukałam z poczuciem dobrze wydanych pieniędzy. Powodzenia, Saro. Trzymaj się, Ewo, good luck.


18 lutego

W Ogrodach

Czy może być coś lepszego, niż ósma rano latem w Ogrodach Botanicznych. Park się budzi. Park ćwierka i kuka. Tak naprawdę to nie ćwierka i nie kuka, bo w Australii ptaki śpiewają inaczej niż w Polsce, ale park mówi. W jeszcze wilgotnym powietrzu unoszą się roje muszek. Kury błotne spokojnie pływają w wodzie, na razie za wcześnie, żeby się bić.  Każdy potrzebuje czasu na rozruch, na spokojne, leniwe wejście w dzień. Małe kaczki grupowo ćwiczą nurkowanie. Ćwiczą bardzo sumiennie, bo o ile ich rodzice w poszukiwaniu pokarmu zanurzają się tylko do połowy, małe kaczki wskakują pod wodę całe. Plum. Kaczka znika. Plum, plum. Znika rodzeństwo. A potem, kolejno, wyplum.

Na niskich gałęziach drzew siedzą w słońcu kormorany. Siedzą z rozpostartymi skrzydłami, w związku z czym przypominają trochę księdza w czasie nabożeństwa. Rozkładają skrzydła, bo je suszą. Dlaczego akurat tylko one? Kormoran, szukając ryb, dużo nurkuje. żeby złapać rybę, musi być zwrotny i szybki. Dlatego jego pióra ulegają zmoczeniu - to pomaga przybrać opływowy kształt i zwiększyć prędkość pod wodą. Normalnie pióra ptaków są chronione przed zmoczeniem - po pierwsze strukturą, po drugie warstwą łoju. Ale kormoran ma taką strukturę piór, żeby właśnie dać się zmoczyć. Więc potem wychodzi z wody i suszy.

Czasem na ogrodowych jeziorkach można zobaczyć pelikany. Zawsze tylko dwa, zawsze te same. Pelikany australijskie. Duże ptaki, robią wrażenie. Zwłaszcza te dzioby.

Dzień powoli nabiera rytmu, słońce świeci coraz mocniej, kury błotne zaczynają się rozglądać za okazją do bójki. Na ścieżkach ogrodów coraz więcej azjatyckich turystów. Turyści z Azji z równie dużą uwagą przyglądają się tutejszym roślinom i ptakom, co ludziom. Odwzajemniam wnikliwe spojrzenia i patrzę na nich długo, z ciekawością. Są trochę zdziwieni. W końcu to ich wycieczka, to oni odkrywają nowe nieznane miejsce.


15 lutego

Expecting

Pan Krzysztof napisał, żeby zaufać instynktowi. I chociaż najczęściej rady wywołują we mnie odruch obronny, to ta mi się podoba. Bo ja ufam instynktowi, chyba nawet zbyt mocno: jeszcze nie zaczęłam się na dobre bać. Co mnie odrobinę stresuje. Więc rada o instynkcie działa trochę uspokajająco. Nie żebym w ogóle nie myślała o porodzie i o tym, co dalej. Myślę. Ostatnio nawet przyłapuję się na wyrywkowym sprawdzaniu, czy pamiętam poszczególne fazy. Co, jak i kiedy. Jak przed egzaminem. Notatki leżą na stole, pozakreślane zakreślaczem. Wszystko trochę się myli. Ale jak się zaczyna mylić, to nagle zapala się taka mała diabelska iskierka - 'Who cares?' - i dalej nie myślę. Dlaczego to samo nie włączało się przed egzaminami? Takie podejście zdecydowanie sporo ułatwia.

Podobała mi się ostatnia rozmowa z Amber, naszą lekarz prowadzącą. Tematem były środki przeciwbólowe. 
- To na początku mam wziąć jakiś panadol?
- Panadol będzie za słaby, nie zadziała. Zaraz wypiszę ci receptę na "panadeine forte". To mocniejszy lek. Weźmiesz dwie tabletki i jeżeli ból przejdzie, to znaczy, że tak naprawdę nic się jeszcze nie dzieje, że to falstart. Ale jeśli ból nie minie, to znaczy, że się zaczęło i masz jechać do szpitala.

Aha. Czyli  m o c n i e j s z a  panadeina "forte"  t e ż  nie zadziała. Lek przeciwbólowy, który tylko wykrywa, czy jechać do szpitala, czy nie. Sweet.  OK, Amber, do zobaczenia wkrótce.


13 lutego

Jedziemy!

Co lubię na tutejszych ulicach? że kierowcy nie przekraczają limitu prędkości. Pięćdziesiąt - jedziemy  pięćdziesiąt. Osiemdziesiąt - osiemdziesiąt, jasne. W Polsce często mnie zastanawiał sens ograniczeń. Nigdy do końca nie rozumiałam, po co są, skoro i tak wszyscy jechali średnio dwadzieścia ponad limit i ja też. Co jeszcze mi się podoba? że nie wjeżdża się na skrzyżowanie, jeśli widać, że za skrzyżowaniem nie ma miejsca. Taki miły gest wobec jadących w poprzek. Czy mogę poprosić o to samo kierowców na Czerniakowskiej róg Nehru?  Niekoniecznie od razu i od dziś, ale właściwie można już zacząć ćwiczyć, żeby tak za rok - półtora wszyscy jeździli grzecznie i z wyobraźnią, dając przejechać tym z Nehru do miasta. Tutaj do takich zachowań zachęcają znaki "Keep clear" wyrysowane na skrzyżowaniach, czyli nie wjeżdżaj, jeśli dalej nie ma miejsca.

Co mi się nie podoba? że limit poza miastem wynosi sto na godzinę i nie ma przebacz. Zwłaszcza na czteropasmowych autostradach nie jest to zupełnie ciekawe. Ale cóż, każdy jedzie stówę, nikt nie przekracza. Za sto trzy można już zapłacić mandat. Co jeszcze denerwuje kierowcę z kraju Polska? Dziwna ślamazarność tutejszych posiadaczy aut. Bo polscy kierowcy to jest dynamizm, rzutkość, spryt, tu wyprzedzimy na trzeciego, tam wyminiemy po poboczu, strąbimy, pogrozimy światłami. Tutaj jakos nikt się nie spieszy. Trąbić czasem trąbią, ale bez przesady. Dlaczego to może irytować? Bo w efekcie nikt nie przejmuje się dynamiką jazdy. Jesli samochód z boku zmienia pas na nasz, to najczęściej bez przyspieszania, zajeżdżając nam drogę. Czasem nawet nas spowolni. Bo po co tak gnać? Zresztą jeżeli jedziemy sto, to nie powinniśmy mieć pretensji - i tak szybciej nie wolno. Ale jednak takie zajeżdżanie nie jest miłe, a nawet czasem rzutkiemu i dynamicznemu kierowcy z kraju na pe wydaje się niebezpieczne.

No i te automatyczne skrzynie biegów. Tak, z automatem jest łatwo, miło. Samo się zmienia, redukuje. Ale uważam, że nie jest to do końca w porządku, jeżeli po naciśnięciu hamulca samochód zatrzymuje się i nie gaśnie. To za proste. Jak wrócimy do Polski, będzie gasł na każdym skrzyżowaniu. Zostaniemy strąbieni i zamrugani światłami. I wtedy poczujemy, że jesteśmy w domu.


10 lutego

Baby shower

Tak, kobiety potrafią być okrutne. Do standardowych zabaw towarzyskich na baby shower należą zakłady o datę urodzin dziecka. Wraz z innymi parametrami w rodzaju: długość, waga i imię dziecka, obstawiane daty są skrupulatnie zapisywane na kartce przez zgromadzone koleżanki i przekazywane przyszłej mamie.

Tytułem wstępu - tylko kilka procent dzieci rodzi się dokładnie w terminie. Dziewięćdziesiąt przychodzi na świat w ciągu tygodnia poprzedzającego szacunkową datę lub tygodnia po niej. Przy czym tydzień przed i tydzień po są równie prawdopodobne.

Otóż przy naszej oczekiwanej dacie 21 lutego, wszystkie "strzały" koleżanek na niedzielnym baby shower padły w przedziale od 23 lutego do 3 marca. Pięknie. Wiadomo nie od dziś, że w ostatnich tygodniach ciąży kobieta prowadzi potajemne pertraktacje z brzuchem, które wyglądają mniej więcej tak: - OK., jeszcze XX dni i bardzo proszę ani dnia dłużej. Termin to termin... Halo, odbiór?  W ostatnich tygodniach  j e s t  ciężko. Może pomijając godziny spędzone na basenie. Na finał czeka się z niecierpliwością.

Ale rozumiem je. "Przyspieszać" poród jest trochę niepolitycznie. Już lepiej dodać dwa czy trzy dni. Ale ja będę niepolityczna i oczekującym koleżankom będę odtąd życzyć "tygodnia przed". Zakładam się, że zdobędę ich sympatię.

Na baby shower zauroczył mnie kolorowy chleb, który przyniosła Lisa. Chleb tostowy z masłem, posypany kolorowymi kuleczkami z cukru. Fairy bread. Czasem daje się go na śniadanie dzieciom. Australijczycy są bardzo śmieszni.

Fairy bread
Girls
Lilya i Nirali


6 lutego

Po kilku dniach upałów z tęsknotą pomyśleliśmy o zimie. Jeden dzień w Polsce. Ze śniegiem i parostopniowym mrozem. Jeśli można, słoneczny. Gdzie spędzić taki dzień? W Mazowieckim Parku Krajobrazowym. Przemiłe miejsce. Albo w Powsinie, ale tam to pół dnia - trochę siatkówki w rękawiczkach, z dziadkami, bo tylko dziadki grają systematycznie zimą, a potem może Park Ujazdowski. Kaczki chodzące po lodzie w słońcu. Wieczorem obiad w jakiejś przyjemnej knajpie. I żeby były Sebki, Wiktory, i wszyscy. Na koniec dnia wrócilibyśmy na Bluszczańską, do naszej ulubionej  pomarańczowej ściany w salonie i do zielonej w przedpokoju. Na zielonej - zdjęcie Harbour Bridge w Sydney. Dlaczego Sydney? Przecież naszym domem jest Melbourne i wiedzieliśmy o tym na długo przed wyjazdem. Teraz trudno sobie nawet wyobrazić, żeby mogło być inaczej. Już na Yarrę czasem z rozpędu mówimy Wisła. Ale Sydney to taki symbol Australii, pierwsze skojarzenie. Ciekawe, jakby było w Sydney. Jacy ludzie, co by się działo. Dużo przypadku we wszystkim. 


2 lutego

Chłopaki płaczą

Australian Open pozostawiło po sobie pytanie: dlaczego zdobywcy drugiego miejsca płaczą przy wręczaniu nagród? I dlaczego akurat są to mężczyźni? W zeszłym roku płakał Roger Federer, w tym roku Andy Murray. Murray, co interesujące, w czasie meczu nie pokazywał emocji: typowy chłodny, trochę cyniczny Szkot. Ale przy przemowie emocje wzięły górę - pojawiły się łzy. Po kilku próbach przełamania impasu Andy zrezygnował - I'm done - powiedział i odszedł od mikrofonu, ustępując miejsca zwycięskiemu Federerowi. Który w zeszłym roku przegrał tutaj finał z Nadalem. I jeśli wierzyć prasie, przy mikrofonie płakał jak dziecko.

Z logicznego punktu widzenia to całkowicie racjonalne, bo kto ma płakać jeśli nie przegrany. Ale w praktyce częściej widzi się łzy u złotych medalistów. Ogrom wygranej przytłacza. Jednak w tenisie męskim na Rod Laver Arena bardziej przytłaczający okazuje się ogrom przegranej. Murray nie był tak daleki od przełamania Federera, trzeci set skończył się tie-breakiem, bardzo długim, finaliści szli równo i grali punkt za punkt. Więc może fakt, że był tak blisko potencjalnego zwycięstwa. A może to, że tenis to sport samotniczy, w którym grający nie mają możliwości wyładować emocji na innych członkach drużyny, na trenerze. Federer wskazał w wywiadzie jeszcze inną ciekawą rzecz - podobno turnieje w Melbourne, podobnie jak na Wimbledonie, mają szczególną atmosferę. Na US Open jest głośno, wszyscy krzyczą, ceremonia przebiega w ogólnym hałasie. Nie ma czasu na refleksję. W Australii, jak skomentował, klimat jest inny. Jest cisza i respekt. Owacje dla graczy na stojąco. W miarę, jak ceremonia rozwija się i zbliża się moment wręczenia nagród, emocje rosną. Jest trochę czasu, żeby zdać sobie sprawę z tego, co dzieje się w głowie i dopuścić własne myśli do głosu.

Zjawisko w każdym razie interesujące. Wszelcy srebrni medaliści proszeni są o uprzejmy komentarz.



Wrzesień i pazdziernik 2010
Sierpień 2010
Lipiec 2010
Czerwiec 2010
Maj 2010
Kwiecień 2010
Marzec 2010
Luty 2010
Styczeń 2010
Grudzień 2009
Listopad 2009
Październik 2009
Wrzesień 2009
Sierpień 2009
Lipiec 2009
Czerwiec 2009
Maj 2009
Kwiecień 2009
Marzec 2009
Luty 2009
Styczeń 2009
Grudzień 2008


      Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
Luty'10
Copyright Ewa & Grzegorz Krawiec
< Archiwum  Dziennik >