27 lutego
Rozumiem, że nie ma teraz pracy w funduszach inwestycyjnych. Rozumiem nawet, że przy rekrutacji do konsultingu przebijają mnie lokalni kandydaci z doświadczeniem rynkowym. Ale że mam zbyt wysokie kwalifikacje do pracy w ubezpieczeniach, usłyszałam po raz pierwszy w życiu.
26 lutego
Kolejne miejsce w mieście, które nosi znamiona raju, to Melbourne's City Library. Biblioteka ukryta na wąskiej uliczce w samym centrum miasta. Po pierwsze, wchodząc do niej z rozgrzanej ulicy, opada nas miły chłód i to jest piękny początek. Po drugie, karta użytkownika jest darmowa i zakłada się ją w jedną minutę. Na kartę można wypożyczyć 30 książek/ audiobooków/ DVD. Kto jednocześnie czyta 30 książek lub czyta 15 książek i ogląda 15 filmów naraz? Nieważne...
Wnętrza biblioteki to mały labirynt z książkami i przeszklonymi salami do czytania i cichego uczenia się. Można przynieść swój lap i podłączyć do Internetu. Można przegladać katalogi z książkami, używając komputerów porozstawianych usłużnie po całej bibliotece. Można grać na pianinie. Tak. Na piętrze, przy korytarzach z książkami, stoi pianino, a na nim karteczka mniej więcej tej treści: Na tym pianinie można grać, pod warunkiem, że się umie. Zakładamy, że umiesz grać, jeśli skończyłeś piątą klasę jakiejśtam szkoły muzycznej. Pamiętaj tylko, że to pianino służy do grania,a nie do ćwiczeń. Możesz grać tylko całe utwory, od początku do końca, bez zatrzymywania się. Najlepiej, żeby były spokojne i relaksujące. Bo, rozumiesz, to jest biblioteka. Co najlepsze, ludzie siadają i grają. Niektórzy bardzo profesjonalnie, od czasu do czasu kto się zacina, ale autoselekcja wyznaczona przez karteczkę w jaki ciekawy sposób działa.
Książki oczywiście można zarezerwować z domu przez internet. Jeżeli interesującą nas książkę czyta akurat ktoś inny, system pokaże nam, kiedy możemy oczekiwać jej zwrotu i które mamy miejsce w kolejce. Kiedy książka powróci do zasobów, dostaniemy mejla z informacją, że możemy już po nią przyjść. Będzie na nas czekała na półce w głównym holu, pod literką K (albo jak tam się kto nazywa). Kiedy będziemy już mieć książkę w domu i zbliży się termin zwrotu, dostaniemy mejla z przypomnieniem oraz informacją, że każdy kolejny dzień przetrzymania książki kosztuje 25 centów australijskich. Ale tuż obok będzie widniała przyjazna podpowiedź "Przedłuż". Klik, przedłużamy. Kiedy już przeczytamy książkę i ją zwracamy, możemy ją wrzucić do dziury w ścianie. Wrzucamy i mamy z głowy.
I to, co lubię w Melbourne najbardziej: ławki, krzesła i fotele - w wielkich ilościach. Przy książkach, w korytarzach, wszędzie. Z a w s z e jest na czym usiąść. I na czym zasnąć. Bo dwa czerwone fotele przy salach cichego czytania są non-stop zajęte przez śpiących Azjatów. Dlaczego Azjatów, nie mam pojęcia.
24 lutego
Słońce zachodzi już po dwudziestej, poranki i wieczory bywają chłodne, a powietrze pachnie inaczej niż jeszcze dwa tygodnie temu. Znak, że idzie jesień.
22 lutego
Niniejszym informuję, że w meczu Kolumbia-Peru, rozegranym wczoraj w Avondale Heights, we wszystkich trzech konkurencjach siatkówki (kobieca, męska, mieszana) wygrała Kolumbia. Zaproszeni na to radosne, rodzinno-piknikowe wydarzenie przez kolegę Diego z Kolumbii, oczywiście graliśmy w barwach jego kraju. Viva Colombia!
21 lutego
Wczoraj przy naszych Ogrodach Botanicznych zobaczyłam coś uroczego. W pewnym momencie raźnym truchtem minęło mnie kilkanaście młodych kobiet w strojach sportowych: każda pchała przed sobą wózek z niemowlęciem. Wózki do biegania są trzykołowe i noszą nazwę joggers, a widok mam biegnących z wózkami jest przesympatyczny.
Dwa tygodnie wcześniej widziałam jeszcze ciekawszy obrazek: na zboczu pagórka stał taki mniej więcej Johny Bravo (mega rzeźba, złocisty połysk skóry, ciemne okulary), a wokół niego rozstawionych kilka wózków z niemowlakami w środku. Między wózkami kręciła się dodatkowa porcja maluchów w wieku 2-5 lat. Johny pilnował, żeby dzieci się nie rozłaziły. Moja pierwsza myśl brzmiała oczywiście ''To wszystko twoje?!'', ale chwilę później zobaczyłam grupkę kobiet zbiegających z góry. Więc to był trener drużyny młodych mam. Kiedy dziewczyny zbiegły na dół, Johny krzyknął coś do nich - i znów zawróciły pod górkę. Nice!
20 lutego
Co tu dużo mówić, jest kryzys. Kilka dni temu parlament zatwierdził pakiet pomocowy dla gospodarki w wysokości 27 mld AUD. Mimo, że Australia radzi sobie trochę lepiej, niż Europa Zachodnia czy Stany, jest i tak na krawędzi recesji. Ekonomiści coraz częściej mówią o zerowym albo lekko ujemnym tempie rozwoju w tym roku. Rośnie stopa bezrobocia. Niestety, w tym wszystkim nie pomaga nam (o, jak się utożsamiłam) wyraźne osłabienie gospodarki japońskiej, bo Japonia jest jednym z większych partnerów handlowych Australii. Nie ma dnia bez złych wiadomości gospodarczych, zresztą chyba podobnie jak w Polsce. A w Polsce jeszcze ta słabnąca złotówka.
Ostatnio splajtowała firma Nylex, której fabrykę widać z okien naszego mieszkania. Nylex produkuje słynne esky, czyli przenośne 'lodóweczki' - niezbędny sprzęt piknikowy każdej tutejszej rodziny. Coraz częściej słychać też o spadku konsumpcji: dotyka on zarówno sprzedaż detaliczną, jak i usługi. Australijczycy, którzy uwielbiają przesiadywać w barach i restauracjach, i bardzo często rozpoczynają dzień od kawy i muffina w kawiarni, ostatnio wyraźnie ograniczyli wydatki na jedzenie poza domem. Mówią o tym dane tutejszego 'GUSu', ale bardzo podobnie komentują sytuację sami właściciele restauracji. Co ciekawe, nie wszyscy na tym tracą. W wywiadzie dla news.com.au prezes Domino's Pizza zauważył, że jego biznes kręci się coraz lepiej, bo ludzie, którzy zazwyczaj jadali w bardziej ekskluzywnych restauracjach i płacili rachunki rzędu 100 dolarów, teraz przerzucają się na jedzenie z fast-foodów, w tym jego pizze, i kupują zestawy za 20 AUD. I stwierdził, że takich zmian na rynku nie widział od dwudziestu lat.
Osłabienie wielu firm australijskich przyciągnęło uwagę Chińczyków, którzy dostrzegli w tym okazję kupna ciekawych aktywów po atrakcyjnej cenie. Chiński gigant Chinalco zaoferował 30 miliardów AUD za 30 proc. udziałów w Rio Tinto, jednej z największych firm wydobywczych w Australii i na świecie. Ta transakcja budzi wiele kontrowersji - i mimo, że Rio potrzebuje gotówki na spłatę ogromnego zadłużenia - możliwe jest, że ostatecznie do sprzedaży udziałów nie dojdzie. Australia boi się zbyt dużej ingerencji obcego kapitału w strategiczne firmy, takie jak kopalnie. Tym bardziej, że sporą część ich produkcji eksportuje właśnie do Chin. Przejęcie kopalń przez Pekin oznaczałoby, że Chińczycy mogą zrobić sobie z Australii tanią bazę surowcową. Zgodę na przejęcie Rio Tinto musi wyrazić skarb państwa, który ma teraz spory dylemat, bo na szali waży się płynność finansowa jednej z największych firm w kraju i, dodatkowo, 3000 miejsc pracy. Inna duża transakcja, o której ostatnio zrobiło się głośno, to propozycja wejścia chińskiego MinMetal do OZ Minerals, trzeciej co do wielkości kopalni w Australii. MinMetal chce kupić udziały w OZ za 2.6 mld AUD.
Jak widać, na rynku dużo się dzieje i będzie się dziać przez najbliższe miesiące. To jest czas dużych przegrupowań i restrukturyzacji. Nie ma wątpliwości, że nie tylko rynek finansowy wyjdzie z tego kryzysu mocno zmieniony; jedyne pytanie, które sobie wszyscy zadają, to - kiedy to nastąpi.
18 lutego
Czy w Polsce też sprzedają już żółte wielkanocne kurczaczki?
17 lutego
Góry Tasmanii były dla nas miłym odświeżeniem po suchym krajobrazie Wiktorii. Co prawda niższe partie wyspy do złudzenia przypominały okolice Melbourne (busz, suche łąki, busz, busz), ale im wyżej, tym krajobraz był bardziej ożywiony. Rosło natężenie zieleni i drzew. Kiedy otoczyły nas góry, poczuliśmy się dobrze i bezpiecznie. To było ciekawe uczucie. Mamy teorię, że człowiek najlepiej odnajduje się w klimacie, który zna od urodzenia albo przynajmniej od wczesnej młodości. W każdym razie las strefy umiarkowanej zadziałał na nas kojąco.
Kiedy jechaliśmy samochodem w kierunku Gordon Dam - zapory wodnej na zachodzie Tasmanii, samochody z naprzeciwka mijały nas z częstotliwością 1 x na 20 minut. Poczuliśmy, że jesteśmy w Australii. Gordon Dam zbudowano w latach 60-tych, tworząc największy zbiornik słodkiej wody w kraju. Zapora, według moich amatorskich obserwacji, jest większa niż ta w Solinie i robi wrażenie.
Hobart, "stolica" Tasmanii, przypomina trochę miasteczko Cicely z Przystanku Alaska. Czas płynie powoli, kutry co dzień zwożą ryby do portu (w Cicely nie było kutrów, ale nieważne), a po południu w kilku pubach gromadzą się okoliczni mieszkańcy i, pijąc piwo, komentują wydarzenia dnia. życie skupia się wokół portu, gdzie w lokalnych restauracjach można zaserwować sobie codzienną porcję NNKT. Nam NNKT najbardziej smakowały pod postacią trevalli; od razu powiem, że nie mam pojęcia, co to za ryba, ale jeśli tak samo ładnie wygląda jak się nazywa, to od dziś należy do moich ulubionych. Nasze obiady kupowaliśmy prosto z knajp-barek przycumowanych w porcie. Torba fish & chips w wersji rodzinnej kosztowała 23 AUD.
Bardzo przyjemnym miejscem okazała się góra Mt Field, ze szczytu której przez dłuższą chwilę - zupełnie sami - oglądaliśmy zielone zbocza i pasma gór na horyzoncie. U stóp Mt Field rozciągało się jezioro w kształcie foki - Lake Seal.
Tasmanię tak naprawdę zdążyliśmy tylko musnąć kołami samochodu. Spędziliśmy tam cztery dni i obejrzeliśmy tylko południową część wyspy. Północna część, tasmańskie winnice i tasmańskie diabły poczekają na kolejną okazję.
11 lutego
Trwa zbiórka pieniędzy dla ofiar pożarów, trwają akcje gaszenia ognia - i trwa poszukiwanie sprawców podpaleń. Jesteśmy blisko tych spraw, bo dzieją się w sąsiedztwie Melbourne. Wielu ludzi dojeżdża do pracy w city z okolicznych miasteczek - i niestety można było usłyszeć o przypadkach, że po weekendzie ktoś nie pojawił się w firmie. Poza dramatem ludzi, pożary odcisną się na gospodarce: firmy ubezbieczeniowe oczekują w najbliższym czasie obciążeń rzędu 500 mln dolarów. Jest jeszcze jeden aspekt wydarzeń ostatnich dni, na który media zwracają uwagę: w lasach ucierpiało bardzo wiele zwierząt. Zdjęcia poparzonych koali i kangurów to bardzo przykry widok. Dużą część z nich ludzie muszą dobijać, bo poparzenia są zbyt duże, żeby można było pomóc. Ale wiele zwierząt jest też opatrywanych i zawożonych do stacji weterynaryjnych. Trudno będzie szybko zapomnieć o tym, co się działo w ostatnich dniach w Wiktorii, również dlatego, że będą o tym jeszcze długo przypominać wielkie obszary spalonego buszu.
9 lutego
Pożary w Wiktorii wprawiły ludzi w prawdziwe przygnębienie. W mediach mówi się tylko o tym. Zginęło ponad sto osób, ale liczba ofiar może przekroczyć dwieście. Premier Australii użył słów "masowe zabójstwo". Bo przypuszcza się, że pożary zostały wywołane przez podpalaczy. Przemawiają za tym m.in. doniesienia, że po ugaszeniu ognia i opuszczeniu miejsc akcji przez straż pożarną, widziano osoby, które rozniecały ogień na nowo. Coś, co można wytłumaczyć chyba tylko chorobą psychiczną. Stacje radiowe koordynują zbiórkę pieniędzy na ofiary pożarów i co parę minut podają aktualne dane i informacje. Reportaże z miejsc zniszczenia są mocno poruszające. Najwięcej szkody wyrządziły dwa pożary, które całkowicie zdewastowały miasteczka Kinglake i Maryville (na północny wschód od Melbourne) i niszczą piękny region Gippsland. Kawałek Gippsland udało się nam zobaczyć w styczniu na wakacjach.
Chyba każdy ucieszyłby się z deszczu. Od początku roku jest tu bardzo sucho. Pożary w Wiktorii w czasie lata nie są rzadkim zjawiskiem, ale ten z ostatniego weekendu został - już teraz - nazwany najgorszym pożarem w historii Australii. Na szczęście najbliższy tydzień ma przynieść trochę ochłody. W ostatnich dniach zrobiło się też głośno o Queensland (północno-wschodnia Australia), gdzie powodzie paraliżują życie mieszkańców, ale nie zbierają aż tak tragicznego żniwa, jak pożary na południu. Australia przeżywa chyba dość trudne dni.
7 lutego
Dziś mamy 44 stopnie. Co ciekawe, biuro prognoz zapowiedziało tę temperaturę bardzo precyzyjnie, z kilkudniowym wyprzedzeniem. I jest. 44, czyli o cztery stopnie więcej, niż w środku pustyni - w Alice Springs. Na pierwszej stronie The Age, czyli Gazety Wyborczej - ostrzeżenie o całkowitym zakazie rozpalania ognia w Wiktorii. Z pożarami mają tu poważny problem. Zwłaszcza, że pożary są często skutkiem podpaleń. Za umyślne podpalenie lasu, prowadzące do ofiar w ludziach, może grozić kara jak za ludobójstwo: 25 lat więzienia. Mimo to, strażacy latem mają pełne ręce roboty.
Miasto schowało się dziś do kin, kawiarni, bibliotek i do domów. My razem z nim. W lokalnej księgarnio-kawiarni czytamy, surfujemy i płacimy rachunki przez internet.
Ostatnio w czasie trzydniowej fali upałów Melbourne miało problemy z elektrycznością. Wszyscy zaczęli się chłodzić klimatyzacją i zużycie prądu skokowo wzrosło. Z powodu braku prądu ewakuowano miejskie kasyno. Roger Federer, który na ostatnim piętrze kasyna miał swój hotelowy pokój, oglądał rozgrywki tenisa w lobby na dole, bo przestały jeździć windy. W mieście zgasła sygnalizacja świetlna, a pociągi miały kilkugodzinne opóźnienia. Nic dziwnego, bo fala upałów była rekordowa od 1855 roku.
Za to jutro temperatura ma spaść o dwadzieścia stopni. We wtorek będzie już tylko 18. I taka jest właśnie pogoda w Melbourne.
5 lutego
Wczoraj siatkówka, dzisiaj siatkówka. Wczoraj wygraliśmy, dziś wygramy. Jest pięknie.
4 lutego
Odkrywcy Australii byli przekonani, że w środku gorącego kontynentu znajduje się morze. Takie wewnętrze morze, zasilane przez płynące do środka lądu rzeki. Wielu nowoprzybyłych Europejczyków podejmowało próby odnalezienia Wielkiej Wody, a wśród nich był John Oxley. Oxley w 1817 roku postanowił pójść wzdłuż Lachlan River, takiej większej rzeki w Nowej Południowej Walii (płd-wsch. Australia). No więc poszedł. Szedł dość długo, wypatrując morza, aż nagle zobaczył... że jego rzeka się kończy. Normalnie rozlewa się w bagno i kończy. Hm. To nie było fair. W Europie rzeki tak po prostu się nie kończyły; każda duża rzeka miała jakieś sensowne ujście. Oxley spróbował z inną rzeką - Macquarie. Rezultat był taki sam. To rozczarowało poszukiwacza wielkiej wody, ale nie zachwiało jego nadziei, że gdzieś pośrodku pustyni wewnętrzne morze rzeczywiście istnieje.
Poszukiwania nie przyniosły oczekiwanych efektów. Ani Oxley'owi, ani jego następcom (Edward Eyre, John Stuart) nie udało się znaleźć śródlądowego morza. Ich wyprawy zaowocowały za to całkiem przyzwoitą mapką Nowej Południowej Walii. Jak się na nią spojrzy, to trasy pokonane przez obu panów są imponujące. John Stuart dotarł niemal do serca kontynentu. Używając koni i wozu!!! Jeśli sobie zdać sprawę, że Australia jest wielkości Stanów Zjednoczonych, a jej znakomitą część pokrywa busz i pustynia - i tam naprawdę j e s t g o r ą c o - to robi wrażenie.
Inny ciekawy pomysł na podróże mieli Robert Burke i William Wills w 1860 r. Bo kolejnym tematem, który zainteresował Europejczyków, było przejście Australii z południa na północ (południe było zasiedlone na początku). Burke i Wills wzięli 16 mężczyzn, 20 wielbłądów i 20 koni, zapasy jedzenia na dwa lata, i ruszyli. Po 56 dniach pokonali 1/4 kontynentu, po czym połowa grupy postawiła obóz nad rzeką Darling i tam została, a druga połowa z Burkem na czele poszła dalej. Po dotarciu do potoku Coopers Creek w samym sercu kontynentu znów się podzielili. Burke z Willsem i dwoma kompanami poszli dalej na północ, reszta została w obozie nad potokiem, z zapasami żywności na 3 miesiące. Po dwóch miesiącach marszu dotarli wreszcie do północnego wybrzeża Australii: bardzo zmęczeni i z kończącymi się zapasami. Od razu ruszyli w drogę powrotną. Kiedy doszli do potoku Coopers Creek, (we trzech, bo czwarty towarzysz zmarł w drodze), drugiego obozu już nie było. Z pozostawionej kartki wynikało, że grupa, czekając bez skutku na kolegów, zabrała zapasy, zwinęła obóz i ruszyła do domu. Co ciekawe, wyruszyli jeszcze tego samego dnia, tylko parę godzin wcześniej! Wills chciał ich gonić, ale Burke jako kapitan wyprawy zadecydował, że powinni wrócić do domu inną drogą. Teoretycznie krótszą, ale przez górę. Góra nazywała się Mount Hopeless i taka też okazała się decyzja Burkego. On i Wills, nie umiejąc zdobyć żywności, zmarli z głodu. Ich trzeciemu koledze udało się przeżyć: pomogli mu żyjący w okolicy Aborygeni. Potem okazało się, że ci sami Aborygeni proponowali też jedzenie Burkemu i Willsowi, ale Burke odstraszył ich strzelając z pistoletu.
Na podstawie Nicolas Brasch, Exploring the Inland, Macmillan Library 2003
1 lutego
Roger od Moniki z Polski zapytał nas kiedyś: - Dlaczego polskie jamniki są takie grube? - Kiedy Roger był w Polsce, widok naszych jamników wyraźnie go zaskoczył. Co tu odpowiedzieć? - No idea, Roger. Może dlatego, że dostają dużo jedzenia? - Roger nie był usatysfakcjonowany. - Jamniki w Australii są normalne. Dlaczego w Polsce prawie każdy jamnik, jakiego widziałem, był tak okropnie spasiony?
Przesadzał, co? W Polsce są różne jamniki. Powiedziałabym, że połowa jest OK, połowie rzeczywiście nie można odmówić p e w n e j nadwagi.
Za to mnie zdziwiło, że przewodnik Lonely Planet znowu nie miał racji. Australia, według Lonely Planet, jest drugim po Stanach krajem ludzi otyłych. Tymczasem za bardzo tego nie widać. Fakt, że po ulicy chodzą różni ludzie - i ekstrema się zdarzają, ale do skali Stanów jest stąd jeszcze bardzo daleko. Albo może nie jesteśmy w reprezentatywnej części kontynentu? Jakby nie było, nasza Australia to jak na razie tylko Melbourne.
Ale tak na oko przeciętny Australijczyk waży trochę więcej, niż Polak. W sklepach z ubraniami wcale nie jest rzadki rozmiar 16 (nasze 44), a 14-stka jest już bardzo popularna. Nasze 38 tutaj nazywa się ''Small'' i przyznam, że jest to całkiem miłe.
Za to ludzie nie mają raczej kompleksów na punkcie wagi. Często można zobaczyć ''apetyczne'', a nawet ''mocno apetyczne'' dziewczyny w spódniczkach do połowy uda albo krótszych. Oczywiście krój zgodny z obowiązującą modą: falbaneczki, wzorki, wszystko gra. Co do mody ulicznej - jest inspirująca i jej różnorodność mi się podoba. Podobają mi się też długie offowe brody i kowbojskie kapelusze u mężczyzn, rockowy styl u dojrzałych pań, różowe i fioletowe turbany u Hindusów, kozaczki latem do sukienek, kombinacje kolorów i krojów.
Ciekawe, kto jest bardziej ''do przodu'' pod względem mody: Australia czy Europa. To znaczy, czy teraz w Melbourne nosi się to, co się nosiło w Europie w 2008, czy to jest już może nowe lato i nowa moda. Który kraj zaczyna sezon na świecie? Kroje sukienek i bluzek w sklepach Melbourne są mi znane, co by znaczyło, że tu jest powtórka z rozrywki. Ale spotykam też nieznane mi albo bardziej odważne style. Buty na kosmicznie wysokich obcasach albo zupełnie płaskie (a wszystko co pośrodku: absolutnie passé). U nas to było?