27 listopada
Number eight is great
Badania australijskiej firmy Galaxy wykazały, że najszczęśliwszymi pracownikami są rzeźnicy. Deklarują oni największe zadowolenie z wykonywanej pracy i najwyższy poziom szczęścia. Tak mówiły wyniki ankiety z 2009 roku. Ja bym jednak powiedziała, że najszczęśliwsi w Australii są Asystenci Tramwajowi. Asystent Tramwajowy to ktoś, kto stoi na przystanku i informuje o nadjeżdżających tramwajach. Po pierwsze informuje tych, którzy nie mogą dojrzeć jaki tramwaj jedzie, bo na przykład są niscy albo siedzą na ławce, a po drugie - pasażerów niewidomych. Asystent Tramwajowy pomaga ludziom wchodzić do wagonów, mówi, jaką trasą jedzie dany tramwaj, a czasem wdaje się w krótkie rozmowy o pogodzie i o życiu, jednym słowem, funkcja bardzo społeczna.
- Number ONE! Number ONE to South Melbourne!... zakrzyknął radośnie Tramwajowy Asystent stojący wczoraj na przystanku przy Fed Square. I dodał:- How does that sound? Any takers?*
Następna przyjechała ósemka.
- Number EIGHT. Number EIGHT is great.
Potem podszedł do stojącej na przystanku Azjatki - i tu już będzie po polsku, bo nie musi się rymować.
- A ty wiesz, gdzie jedziesz?
- Wiem. Do St Kildy.
- A wiesz czym?
- Wiem. Szesnastką.
- W takim razie wiesz wszystko. Powodzenia.
Weseli są także sami tramwajarze. Ostatnio po wejściu do tramwaju przy ulicy Collins pasażerowie usłyszeli:
- Witam wszystkich, mam na imię Danny i będę dziś waszym kierowcą. Teraz pojedziemy na Uniwersytet. życzę wszystkim przyjemnej podróży i miłego dnia.
Może to zabrzmi niecodziennie, ale jeśli chcesz poprawić sobie nastrój, wsiądź do środka komunikacji miejskiej w Melbourne. Szansa na jakąś miłą interakcję jest duża.
--------
* Numer jeden! Numer jeden do South Melbourne!... I co, jak to brzmi? Ktoś chętny?
20 listopada
Little things
Rosjanie wymyślili, że będą przechowywać żywność w wiecznej zmarzlinie. Bo ekologicznie i zgodnie z trendem wykorzystywania sił natury w gospodarce człowieka. Zamarznięta ziemia z powodzeniem zastąpi chłodnie, które zużywają prąd, a do tego sporo kosztują. Wieczna zmarzlina nie kosztuje nic i jest jej dużo. Pomysł jest interesujący, ciekawe co z niego wyjdzie; w każdym razie podoba się rosyjskiej armii, która rozważa wdrożenie koncepcji w życie.
Temat ekologii chodzi mi dziś po głowie, bo kupiłam klapki, które po zużyciu można przetworzyć na coś innego. '100% recyclable', głosi metka. Sympatyczny pomysł i dobrze wpasowany w lokalne realia, bo klapki to podstawowy but Australijczyków. Utylizacja bardzo wysoka; co sezon kupuje się nowe.
Kolejna rzecz modna od niedawno w Melbourne to kubki do kawy wielorazowego użytku. Zamiast kupować kawę na wynos w kubkach jednorazowych i potem wyrzucać kubki do kosza, można nabyć w sklepach specjalny, izolowany kubek z plastkiu. Taki kubek nazywa się Keep Cup. Zabiera się go ze sobą do kawiarni i zamawia w nim 'take-awaya'. Potem myje się i znowu. Pomysł równie miły jak przetwarzalne klapki. Serdecznie popieramy i czekamy na więcej.
16 listopada
Kawałek Polski
Gulasz i kopytka. Tylko taki ślad pozostał po Cichych, którzy wylecieli z Melbourne w sobotę wieczorem, a przedtem przygotowali nam świetny polski obiad. Obiad częściowo został na niedzielę, jednak w niedzielę zniknął bardzo szybko. Tym samym po naszych znajomych nie pozostał już żaden ślad, oprócz dobrych wspomnień oraz dwóch nakręcanych szczęk z plastiku, które kupili sobie na targu Jeremi z Miłoszem. Choć nie, przepraszam. Zostały jeszcze przemiłe kubki z łowickim wzorem - prezent dla mnie i Grześka. Oraz książki z obrazkami przywiezione dla Martuni.
Miło jest mieć w Australii kawałek Polski, i to takiej sympatycznej. Byłoby świetnie, gdyby Polska trafiła jeszcze na dobrą pogodę, jednak udało się to tylko w części. Tak czy inaczej było git i bardzo rodzinnie.
Teraz główny temat to święta, prezenty, przedwakacyjne spotkania ze znajomymi, doroczne White Elephant Christmas Party*, a w Grupie Mam - Kris Kringle, czyli Mikołajki z losowaniem. Tak, takie jak kiedyś w szkole, limit piętnaście złotych i nikt nie chce wylosować nauczyciela. Czy coś takiego. Choć tu nauczyciela nie będzie.
Ze względu na wydłużający się dzień i coraz wyższe temperatury, znowu zupełnie nie czujemy atmosfery świąt. Jest jednak trochę nostalgicznie, bo to nasze ostatnie Boże Narodzenie w Australii. Gwiazdkowe dekoracje na ulicach przy trzydziestostopniowym upale, BBQ i grillowanie, pełne plaże. Czas iść po prezenty.
--------------------------------
*White Elephant Christmas Party to, przypominam, spotkanie, w czasie którego losuje się kolejno prezenty, przy czym każda kolejna osoba może ukraść prezent każdej poprzedniej, jeśli jej się coś podoba. Na końcu ktoś zawsze zostaje z Białym Słoniem, czyli prezentem, którego nikt nie chciał mieć.
10 listopada
M.
Martunia czasem spojrzy tak, że wygląda na iloraz 160. Ale jak się potem szeroko uśmiechnie i pokaże bezzębne dziąsełka, to znów staje się małym misiem koala. No dobrze, dziąsełka nie są takie bezzębne, dwie jedynki rosną od jakiegoś czasu wesoło, w każdym razie chodzi o to, że miny Martuni zmieniają się jak pogoda w Melbourne, a pogoda w Melbourne zmienia się jak w kalejdoskopie, więc buzia Martuni to nieustanna zmiana i panta rei.
Poza tym Martunia nas testuje. Krzyczy i patrzy: co z tego wyniknie. Przyjdziemy - nie przyjdziemy? My też ją testujemy. Nie przychodzimy od razu. Martunia głośno komentuje, że nie jest zadowolona i że chciałaby się z nami pobawić, podaj mi mamusiu ten klocek, bo nie dosięgam, ale potem nagle królik od cioci Gosi staje się bardziej interesujący i rodzice przez chwilę znowu nie są potrzebni.
Do ulubionych rozrywek Martuni należy obserwowanie mikrofalówki. Najpierw trzaskają drzwiczki, potem się w środku podświetla i zaczyna szumieć, na wyświetlaczu zmieniają się cyferki, a na koniec jeszcze piszczy. Nie pomyślałabym nigdy, że można się uśmiechać do mikrofalówki, ale Martunia nauczyła mnie, że można i to trzy razy dziennie.
Martunia ma osiem miesięcy i jest to już zupełnie inna Martunia niż ta z marca, a nawet z czerwca, a nawet niż Martunia sprzed miesiąca. Za to niezmiennie z wielką wnikliwością obserwuje otoczenie i niezmiennie ma śliczne oczy.
4 listopada
Odwiedziny
Cisi pojechali na wschodnie wybrzeże i zrobiło się pusto. Byli w Melbourne przez dziesięć dni. Kangury zaliczone, misie koala zaliczone, papugi i kolczatka zaliczone. Dzięki nim zwiedziliśmy Ballarat, miasteczko złota w okolicach Melbourne, bo sami byśmy pewnie nie pojechali, a tak razem z Jeremim i Miłoszem chodziliśmy po Ballaracie i szukalismy złota.
Sebastian dzielnie prowadził po lewej stronie jezdni. W drodze do Ballaratu uszczypliwie zwróciliśmy mu uwagę, to w naszym stylu jest, że widzieliśmy, jak chciał zmienić pas, bo włączył wycieraczki. Wszyscy, którzy przyjeżdżają do Australii, włączają wycieraczki zamiast kierunkowskazów. Są po lewej stronie kierownicy. My też jeszcze czasem włączamy.
Z dziećmi zwiedza się inaczej, ale też ciekawie. Można zobaczyć zupełnie inne miejsca niż by się zobaczyło zwiedzając ten sam kraj samemu. Kolejka górska, miasteczko złota, zoo.
Miłosz lat trzy w Australii odkrył humus, w związku z czym rodzice zamierzają się zaopatrzyć przed wyjazdem w trzy wiaderka humusu. Podobno w Polsce nie ma humusu. Jak to nie ma humusu? To jest luka. Nisza jest. Proszę o humus.
Z Jeremim lat pięć fajnie się rozmawiało o nieskończoności.
- Jak będę duży, to będę pisał książki.
- Aha. A o czym?
- O Chinach.
- O Chinach to chyba będą długie, bo to duży kraj.
- Będą strasznie długie. Będą miały ze sto stron. - stwierdził Jeremi
- Albo z dwieście - mówię.
- Albo nieskończoność - powiedział Jeremi.
- Ale jak będą miały nieskończoność, to nikt ich nie przeczyta do końca.
- No - uśmiechnął się Jeremi.
- I nikt nie dowie się, jak się skończyły.
- No.
- I ten kto bedzie czytał, bedzie musiał potem dać książkę swojemu synowi, żeby czytał dalej.
- A ten syn swojemu synowi, a ten swojemu synowi - stwierdził Jeremi.
Plus nieskończoność zaliczona.
No więc Cisi pojechali i zrobiło się pusto, nikt nie buduje namiotów z książek, nikt nie kręci się dookoła na naszym obrotowym krześle. Wrócą za tydzień, spędzą z nami jeszcze trzy dni i polecą do Warszawy.