27 listopada

Nocne liczenie

Wczoraj liczyliśmy nietoperze. Nietoperze liczy się w Melbourne co miesiąc, po zachodzie słońca, na terenach pól golfowych wzdłuż Yarry. Liczą ochotnicy. Celem comiesięcznych akcji jest oszacowanie liczebności populacji latających lisów* w Melbourne. Liczenie odbywa się, gdy nietoperze przelatują z jednej strony rzeki na drugą na nocne żerowanie.

Krótki trening liczenia prowadzi Ian, pracownik centrum badań przyrodniczych. Ian ma wąsy, które zakrywają prawie całe usta i w związku z tym przypomina morsa. Poza tym jest bardzo rzeczowy. - Bierzecie w rękę ten mały licznik i jak nietoperze zaczynają przelatywać, klikacie. Jeden klik to dziesięć nietoperzy. Jak któryś nietoperz wróci, to go odejmujecie. Na początku one będą trochę krążyć, latać tu i tam, wtedy jest najwięcej odejmowania. Jasne? Pamiętajcie, żeby wyzerować liczniki. Ustawimy się w dziesięciu punktach obserwacyjnych, w każdym po dwie-trzy osoby, a po liczeniu będziemy wracać od punktu do punktu i po drodze wszystkich zbierać.

Nasz punkt obserwacyjny miał numer cztery i mieścił się na małym wzniesieniu. Kiedy dotarliśmy na miejsce, ostatnie promienie słońca padały jeszcze na przeciwległy brzeg rzeki. Na drzewach eukaliptusa siedziały ogromne stada nietoperzy. Ogromne i głośne. W zasadzie można by je wziąć za stada ptaków, gdyby nie ten trochę niepokojący rodzaj dźwięków, które wydawały. Było tam coś nieptasiego. Kiedy nietoperze zaczęły krążyć, nasza trójka w składzie Grzesiek, Martin i ja rozdzieliła się i usiadła na trawie ze stoperami w dłoniach.

Długo, długo nic. O jest. Jeden. Pokrążył i wrócił. Drugi. Przeleciał nad nami. Wrócił. Dziesięć minut. Piętnaście. Trzeci z czwartym. Przeleciały i usiadły w drzewach za nami. Hm. W polskich filmach, panie, to nic się nie dzieje... Nuda. Nic. Leżeliśmy na trawie i patrzyliśmy na księżyc. Przeleciało kilka następnych. Ale nie tak jak miały lecieć z północy na południe, tylko ze wschodu na zachód. Czy to się liczy? Oceniam, że tak i klikam. Potem znów trawa, niebo, księżyc i w zasadzie jest przyjemnie. Park nocą. Spokój. Cykady. Po drugiej stronie rzeki coraz ciszej. Może 'lisy' przygotowują się do zmasowanego transferu, takiego na trzy cztery, i to jest chwila ciszy przed burzą? Czekamy. W ciągu następnej pół godziny przeleciało jeszcze z dziesięć. Kiedy się zacznie?

Dziesięć minut później zobaczyliśmy światła latarek. To koledzy z punktu trzeciego szli w naszą stronę. Już? Koniec? - Hello, ile naliczyliście? - Dwadzieścia. - A my osiem tysięcy. Ogarnęła nas zazdrość. Jak to możliwe? Osiem tysięcy... Farciarze.  

Na zebraniu podsumowującym wyniki, poszczególne punkty obserwacyjne odnotowały skrajnie różne wyniki: 8000, 29, 550, 29, 1000, etc. Dlaczego? Okazało się, że nietoperze przelatując na drugą stronę rzeki, wybierają różne trasy. Tej nocy wybrały drogę omijającą między innymi nasz punkt. Podejrzewamy, że nasz punkt co do zasady nie należał do najlepszych - był na wzgórzu, a nietoperze wybrały transfer niższymi partiami terenu. W sumie cała grupa obserwatorów doliczyła się czternastu tysięcy sztuk latających lisów. Ian-mors uznał wynik za prawdopodobny. Liczebność całej kolonii w Melbourne waha się między 10,000 a 20,000. Po dziesiątej wróciliśmy do domu. Wyspać się przed kolejnym dniem pracy.

------------
* Grey-headed flying foxes - nietoperze żyjące na południowo-wschodnim wybrzeżu Australii, w tym na przedmieściach Melbourne. żywią się nektarem, owocami i liśćmi drzew.


23 listopada

...ogłaszam was mężem i żoną

ślub w Melbourne można wziąć w parku, w kościele, w restauracji. Można też w domu. W zamku. Na plaży. Parki znajdują się w ścisłej czołówce, zwłaszcza wiosną i latem, bo w parkach jest zielono i miło. Rozstawia się stół pod drzewem, obok parasole i krzesła - niedużo, zwykle dwadzieścia, trzydzieści. W Ogrodach Botanicznych w każdy weekend można teraz zobaczyć młode pary. Choć ślub nie musi odbywać się koniecznie w sobotę czy w niedzielę, równie dobry jest piątek po południu albo każdy inny dzień. W czasie takich cywilnych ceremonii ślubu udziela marriage celebrant, osoba akredytowana przez rząd i posiadająca odpowiednie kwalifikacje. Kwalifikacje można zdobyć już za 495 dolarów na specjalnym kursie. W zeszłym roku 65 procent ślubów w Australii zostało udzielonych przez celebrantów, tylko jedna trzecia przez urzędników religijnych. Rejestr celebrantów liczy około sto dwadzieścia tysięcy osób. Pół procenta populacji, całkiem konkretny odsetek. Zawód może chyba dostarczyć sporo satysfakcji, bo mąż Joe, koleżanki z moich studiów life-coachingowych, postanowił zmienić pracę i z roli Project Managera w większej korporacji przerzuci się już wkrótce na celebrowanie ślubów. Czego wymaga się od kandydata na celebranta? Przede wszystkim znajomości odpowiednich przepisów prawa, ale także nieposzlakowanej opinia oraz, uwaga, wiary w sens małżeństwa i wewnętrznego przekonania o roli tolerancji, zaufania i miłości w związku. Agencje, które prowadzą takie kursy, często oferują równolegle kursy na 'celebrantów pogrzebowych'. Poza tym można zapisać się w nich na przykład na lekcje doradztwa psychologicznego albo lekcje wygłaszania publicznych przemówień; te ostatnie przydatne dla celebrantów każdej kategorii.

Pary homoseksualne mogą sobie publicznie przyrzec miłość i wierność, ale z punktu widzenia prawa nie staną się małżeństwem: Australia nie zalegalizowała związków homoseksualnych. Według przepisów prawa małżeństwo to 'dobrowolny związek mężczyzny i kobiety'. Za to na przykład w 2003 roku sąd uznał prawo do zawarcia związku małżeńskiego przez parę, w której jedna osoba przeszła operację zmiany płci. Kevin, uprzednio będący kobietą, otrzymał po operacji nowy akt urodzenia, co pozwoliło mu wejść w związek małżeński jako pełnoprawny mężczyzna.

Park, zamek, plaża. Miejsc, gdzie można zawrzeć ślub, jest dużo. Do innych popularnych kategorii należą  winnice albo pola golfowe. 'Dodaj klasy temu wyjątkowemu dniu', 'Wyobraź sobie jak romantycznie będziesz wyglądać z nią wsród zielonych winorośli'. Społeczeństwo na pewno jest tu nastawione bardziej utylitarnie i konsumpcyjnie. W zasadzie w kraju o tak krótkiej historii i tak zróżnicowanym pod względem etnicznym, wcale to nie dziwi.


20 listopada

Goście

Byli u nas pierwsi egzotyczni goście. Jaś z Dominiką*. Zwiedzają Australię w ramach swojej podróży poślubnej. Podobno na ich półkuli jest teraz  c i e m  n o  i  z i m n o. Szczerze mówiąc, trochę w to nie wierzymy. Ale OK.

Jaś z Dominiką robią bardzo fajną wycieczkę, bo od Nowej Zelandii przez Melbourne, Sydney, Uluru i Alice Springs, do rafy koralowej w Cairns. To jest taka mniej więcej Australia w pigułce. W Wiktorii zobaczyli kilka rzeczy, których my sami nie widzieliśmy, między innymi misie koala. Jedyny do tej pory uświadczony przez nas koala był do nas odwrócony tyłem i uciekał, więc w zasadzie żadnej gwarancji, że to było  t o.  Poza tym oni  s ł y s z e l i  koale, a to podobno jest niezwykłe przeżycie. Misie koala wrzeszczą, i to wrzeszczą gorzej niż białe papugi. W co mnie jest osobiście trudno uwierzyć. Białe papugi mają naprawdę tragiczny głos. Ale OK.

Wieczorem w piątek oglądaliśmy pingwiny w St Kildzie. Pingwiny przypływają do swoich naskalnych gniazd po całodziennym połowie. Jak się na nie świeci czerwonym światłem, to tego nie widzą, więc z czerwono świecącą latarką można im się bezkarnie przyglądać. W niedzielę poszliśmy do dzielnicy włoskiej na obiad i mimo, że to była podróż poślubna Jasia i Dominiki, na obiad zaproszeni zostaliśmy my. Ale tu są antypody i wszystko jest na odwrót. Do restauracji nagonił nas naganiacz, jak to w dzielnicy włoskiej, a był nim 75-letni na oko właściciel, który obiecał nam darmowe bruschetty, bo u Włochów zawsze musi być coś gratis. Wieczór był bardzo miły i urozmaicony dialogami w rodzaju: 
- Dominika, zrobisz się za męska od tych ostryg. To tak działa... Ty już zresztą jesteś męska, no popatrz... [Dominika to drobna i bardzo ładna dziewczyna]
- No to się świetnie uzupełniamy, Jasiu.

Aby zmniejszyć naszą tęsknotę za krajem, Jaś z Dominiką przywieźli nam ptasie mleczko i Pana Tadeusza. Pan Tadeusz był w płynie. My w zamian poczęstowalismy ich tradycyjnym australisjkim vegemite**. Dominika zareagowała poprawnie: okrzyk obrzydzenia był na tyle głośny, że usłyszałam go z sypialni. Jaś stwierdził, że nie takie złe. Jasiu, jeszcze raz szacunek.

We wtorek nasi goście wylecieli do Sydney kontynuować podróż, a my zostaliśmy w naszym upalnym Melbourne. Dzisiaj 36 stopni.

----------
* Jaś to mój kuzyn, a Dominika to jego żona
**vegemite - słono-gorzka pasta na bazie drożdży, wymyślona w Australii w 1922 roku



17 listopada

Wieczorne upały

Zrobiło się gorąco. Przez cały tydzień temperatury utrzymywały się w okolicach trzydziestu stopni. Ale pogoda w Melbourne jest nieprzewidywalna. Jeśli w połowie upalnego dnia temperatura ni stąd ni zowąd spadnie o piętnaście stopni, a do tego zaczynie na przykład sypać grad, mieszkańcy patrzą w okno bez zdziwienia i spokojnie komentują: - It's Melbourne, you know...  W związku z tym nie przywiązujemy się do chwilowych warunków atmosferycznych. Za parę dni znów możemy wrócić do spokojnych plus osiemnastu. Ale na razie jest bardzo ciepło. Gorąco. Spacerując kilka dni temu po zmierzchu wokół Ogrodów, z przyjemnością daliśmy się oblać zraszaczom trawy szumiącym w ciemności przy Obserwatorium.

W ciągu tego samego spaceru zobaczyliśmy najmniejszego na świecie posuma. To był posum niewiarygodnie mały, miliposum, posum rozmiarów chomika. Po chwiejnym kroku, niezdecydowanych ruchach oraz nadmiernej w stosunku do nas ufności poznaliśmy, że jest to niedawno urodzone małe, które spadło z drzewa i szukało jakichś śladów domu. Małe obwąchało nasze adidasy, chwilę zastanawiało się, czy aby nie jesteśmy jego rodzicami, lecz nie doczekawszy się zachęcającej reakcji pokicało sobie w ciemność. Człowiek ma silny instynkt opiekuńczy wobec zwierząt, które są małe, puchate i chwieją się chodząc, więc musieliśmy stoczyć wewnętrzną walkę, żeby nie zgarnąć malucha do kieszeni i nie zabrać do domu. No ale tak, wiemy, czytaliśmy, nie zabierać, zostawić i opuścić miejsce zdarzenia. Trudno. Wyszeptaliśmy w stronę niknącego cienia 'Good luck'' i poszliśmy do domu. Posumik nie miał szans, żeby wspiąć się na drzewo, był zbyt mały, więc najlepszym rozwiązaniem  d l a   n a s  w tym przypadku było wymyślić jakiś happy end do tej historii i się go trzymać. Co też zgodnie uczyniliśmy. W naszej wersji posuma znajduje ktoś z rodziny i wnosi na drzewo. Posumy bowiem mieszkają w dziuplach. Dobranoc.


12 listopada

Movember

Mamy listopad, czyli Movember. Czemu 'Mo', a nie 'No'? Ponieważ listopad to miesiąc promowania męskiego zdrowia. Chodzi o zapobieganie nowotworom prostaty i walkę z depresją. W związku z tym panowie zapuszczają moustache - wąsy i przez miesiąc zbierają fundusze na szerzenie świadomości społecznej. "Mo" w Movemberze symbolizuje ten właśnie niewielki, ale charakterystyczny element męskiego wyglądu. Wąsy zapuszcza i zbiórkę prowadzi kto chce i kto czuje powołanie. Otrzyma w zamian ksywkę 'Mo-Bro'. Pod koniec listopada Mo-Bros spotkają się na ogólnomiejskiej imprezie na placu Birrarung Marr. Niektórym z nich będą towarzyszyć 'Mo-Sistas', czyli kobiety wspierające ich w miesięcznym wysiłku zapuszczania wąsów i zbierania środków. My też będziemy na Birrarung. Bo do ruchu Movembera przyłączył się Grzesiek. Co prawda z pewną nieśmiałością, bo wąsy to nie jest temat, który by wzbudzał w naszej rodzinie szczególne podniecenie, ale - uwaga - po tygodniu akcji muszę powiedzieć, że... to jest  t o. Może dlatego, że standardowemu moustache towarzyszy broda. Całość kojarzy się z... trzema muszkieterami?... z Zorro?... W każdym razie - mnie się podoba. Jak widać, czasem warto podjąć to ryzyko.

Movember jest inicjatywą międzynarodową. W kampanii promującej męskie zdrowie wąsy zapuszczają Stany, parę krajów Europy, Australia i RPA. Z tego, co mi wiadomo, akcja nie dotarła jeszcze do Polski. Za to jest już obecna na przykład w Czechach. Co ciekawe, cały ruch ma swoje korzenie w Melbourne, a konkretnie w małym barze w dzielnicy Fitzroy. Historia była taka, że kilka lat temu paru kolegów stwierdziło przy piwie, iż o ile kobiety mają swoje organizacje i ruchy na rzecz zdrowia, o tyle mężczyznom czegoś takiego brakuje. Rozmawiając przy okazji o dawnych trendach i stylach, wpadli na pomysł, żeby wskrzesić starą tradycję noszenia wąsów. Na miesiąc, dla zabawy, wszyscy mieli zapuścić zarost nad wargą, a przy okazji, już serio, zebrać trochę pieniędzy i spróbować zachęcić mężczyzn do tego, by rozmawiali o zdrowiu.

Od tego czasu Movember urósł w siłę. W 2003 rozpoczęło go trzydzieści osób. W zeszłym roku w Australii wąsy nosiło już 125 tysięcy mężczyzn. Do dzis w kampanii Movembera zebrano na całym świecie ponad 60 mln AUD.

A pod koniec listopada, kto wie, może  będą zdjęcia.


8 listopada

O wodzie

Pomimo, że w skali globalnej aktywność słońca jest niska, w Australii ostatnie lata były bardzo suche, a w Wiktorii w lutym padł kilkudziesięcioletni rekord maksymalnych temperatur. Zbiorniki, z których Melbourne czerpie wodę, są napełnione teraz tylko do jednej trzeciej. Chociaż i tak jest lepiej, niż w zeszłym roku: lepiej o kilka procent - i z tych kilku procent każdy się cieszy. W zasadzie my też zaczęliśmy się cieszyć z deszczu. Albo przynajmniej doceniamy, kiedy pada. Może trochę mniej doceniamy, jeżeli akurat pada w weekend, ale co do zasady deszcz może być.

Władze Wiktorii krytykuje się często za to, że Melbourne nie wykorzystuje w dostatecznym stopniu wody opadowej. Podobno z deszczówki można by wycisnąć dużo więcej do celów komunalnych. Ale kilka dobrych przepisów ostatnio powstało. Na przykład przepis mówiący, że każdy nowo budowany dom musi być wyposażony w zbiorniki na wodę deszczową. Deszczówki używa się potem np. do spłukiwania toalety. Taki zbiornik widzieliśmy u naszego kolegi Diego, który właśnie kupił dom i w weekend urządził 'house-warming party' - parapetówę.

Ciekawą inicjatywę można obserwować w naszych Ogrodach Botanicznych. W najwyższym punkcie parku od kilku miesięcy pracowicie budowany jest sztuczny wulkan. Wulkan zwany Guilfoyle, od nazwiska pierwszego konstruktora, zaprojektowano w Ogrodach już sto lat temu, ale do faktycznej użyteczności doprowadzany jest dopiero dziś, jak warszawskie metro. Wulkan ma stanowić centralny punkt w systemie irygacyjnym Ogrodów i rozprowadzać wodę do niższych partii parku. Budowę zasponsorowała rodzina Myer's*, ważna w Melbourne rodzina i bardzo majętna. Jako że obok wulkanu prowadzi nasza trasa biegowa i marszowa, prawie codziennie mamy okazję zobaczyć postępy w pracach budowlanych. Chłopaki wygładzają ziemię pod ścieżki i zaczynają obsadzać wzniesienie zielenią. Wulkan zapowiada się bardzo przyjemnie.

Projekt dużo większego kalibru to desalination plant, stacja odsalania wody morskiej. Ponieważ Wiktorii brakuje wody, postanowiono podejść do problemu systemowo. I wymyślono, że woda będzie pozyskiwana z oceanu. Projekt jest kosztowny i budzi tyle ekscytacji co kontrowersji, bo idea jest taka, że stężone odpady powstałe w procesie odsalania będą z powrotem wpuszczane do oceanu, a to nie podoba się ekologom. W każdym razie prace nad konstrukcją wartą 3.5 miliarda dolarów ruszyły i od końca 2011 roku największa w kraju stacja odsalająca wodę na zasadzie odwróconej osmozy ma zacząć działać. Jej wydajność wyniesie do 150 miliardów litrów wody rocznie.
       
--------------------
* Myers posiadają m.in. sieć sklepów w rodzaju warszawskiej Galerii Centrum, poza tym prowadzą usługi zarządzania aktywami zamożnych klientów.


5 listopada

O Słońcu

Niesamowita jest moc słońca. Wystarczyło kilka dni bez chmur, z temperaturą powyżej 25 stopni, żeby świeża trawa, na którą tak mocno pracowały deszcze w ostatnich miesiącach, zaczęła wysychać i płowieć. Nic dziwnego, że pod koniec grudnia Wiktoria kolorem przypomina sawannę.

Chociaż akurat w tym momencie znajdujemy się w okresie słonecznego minimum. My, znaczy cała Ziemia. A niska aktywność słońca zazwyczaj przekłada się na niższe temperatury. Jednak taki okres słonecznej pasywności musiałby trwać dłużej, żeby dało się to odczuć w realu. Na przykład w latach 1645-1715 mieliśmy tzw. małą epokę lodową: zimą zamarzała wtedy Tamiza - i to tak porządnie. W Londynie robili wówczas frost fairs, targi na lodzie. Jak się okazuje, w tych właśnie latach odnotowano też bardzo niską aktywność słońca. Sześćdziesiąt lat słonecznego minimum to okres bardzo długi i występujący bardzo rzadko. Cały cykl od jednego maksimum do drugiego trwa średnio jedenaście lat. Ale tamto minimum w XVII wieku jakoś nie chciało się skończyć i w rezultacie zrobiło się naprawdę zimno. Dzisiaj, w roku 2009, jesteśmy w słonecznym dołku (ostatnie maksimum w 2000 r, od tej pory aktywność malała), natomiast już niedługo słońce powinno zacząć robić się coraz bardziej niespokojne. Kolejny szczyt przewidziany jest na rok 2012.

Po czym poznamy maksimum aktywności słonecznej? Po plamach na Słońcu to raz, ale że nie każdy ma lunetę, zwracam uwagę na skutki bardziej namacalne. W okresie wzmożonej aktywności słońca często obserwuje się zakłócenia łączności radiowej i awarie sieci energetycznych. Problemy mają samoloty. Dlaczego? Plamy na słońcu to obszary wytwarzające bardzo silne pole magnetyczne (co ciekawe, jednocześnie taka plama jest chłodniejsza niż reszta gwiazdy). W każdym razie fale wysyłane przez słoneczne plamy oddziałują na atmosferę Ziemi i wchodzą w interakcje z sieciami radiowymi, powodując różnego rodzaju zakłócenia. Podobno w czasie ostatniego maksimum w 2000 roku w Kanadzie wysiadła sieć energetyczna i nie było prądu.

O tym, w jakiej fazie Słońce znajdowało się w danym okresie, można dowiedzieć się z pni drzew. W czasie wysokiej aktywności przyrosty pnia są większe. Dla astronoma oznacza to, że im grubsze słoje, tym w danym roku na słońcu było więcej plam. Potem można sobie z tego zrobić wykres. Drzewa to jednak niezły zasób informacji.

Tych i innych ciekawych rzeczy dowiedzieliśmy się niedawno w Obserwatorium Astronomicznym w naszych Ogrodach. Z okazji wiosny Ogrody zorganizowały dzień bezpłatnych wycieczek i wykładów. My poszliśmy na Słońce. W listopadzie chcemy poobserwować Jowisza: podobno można zobaczyć burzę, która po powierzchni planety hula w tę i nazad już od XVII wieku.


2 listopada

Nie przypuszczałam, że październik będzie mi się kiedyś kojarzył z dobrą pogodą i z Oczekiwaniem. Od oczekiwania był kwiecień. Kwiecień to początek wszystkiego, od kwietnia było coraz cieplej, coraz jaśniej, coraz mniej płaszczy. Nie podejrzewałam, że kiedyś listopad to będzie To. Chociaż w zasadzie dwadzieścia dziewięć stopni to już  t r o c h ę  za dużo. Ale jutro spadnie do dwudziestu.


top

Wrzesień i pazdziernik 2010
Sierpień 2010
Lipiec 2010
Czerwiec 2010
Maj 2010
Kwiecień 2010
Marzec 2010
Luty 2010
Styczeń 2010
Grudzień 2009
Listopad 2009
Październik 2009
Wrzesień 2009
Sierpień 2009
Lipiec 2009
Czerwiec 2009
Maj 2009
Kwiecień 2009
Marzec 2009
Luty 2009
Styczeń 2009
Grudzień 2008


      Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
Listopad'09
< Archiwum      Dziennik >