31 lipca
No worries
W Australii podoba mi się to, że ludzie się nie boją. Kobiety po pięćdziesiątce nie boją się wyglądać ładnie, dzieci nie boją się powiedzieć w sklepie, że dostały za mało reszty, starsi ludzie nie boją żyć aktywnie i próbować nowych rzeczy. Co do starszych ludzi - na zeszłorocznym kursie life coachingu poznałam Boba, 72-letniego nauczyciela, który postanowił spróbować w życiu czegoś nowego. Na studia zapisał się z zamiarem wykorzystania coachingu w życiu zawodowym, do szkolenia młodszych kolegów. Czy mu się to udało - nie wiem, bo od czasu warsztatów straciliśmy kontakt, ale wiem, że Bob na zajęciach był pełen zapału i bez reszty angażował się w ćwiczenia. To od Boba dostałam w czasie warsztatów feedback, który uskrzydlił mnie chyba na tydzień.
To prawda, że w utrzymywaniu aktywności ludziom starszym pomaga fakt, że są średnio bardziej zamożni, niż na przykład w Polsce. Na emeryturze zaczynają wydawać oszczędnosci życia, jeździć na wycieczki, kupować różowe cadillaki i tak dalej. U nas wiek podeszły nie kojarzy się jeszcze z zamożnością. Z upływem czasu będzie inaczej, ale jeszcze na razie się nie kojarzy. Oczywiście, nie brakuje u nas starszych osób aktywnych zawodowo i społecznie. Powstają uniwersytety trzeciego wieku i takie sprawy. Ale w Australii jakoś więcej jest takich Władysławów Bartoszewskich, zaangażowanych w sprawy świata, z iskrą w oku udzielających wywiadów w telewizji. Na marginesie - już na początku naszego pobytu w Melbourne uderzyło nas, że w świecie finansów najwyższe stanowiska piastują najczęściej ludzi najstarsi. Na zebraniach zarządu widać dużo siwych głów. U nas na razie jest inaczej, ale chyba też powoli będziemy dażyć do takiego modelu.
W każdym razie Australijczycy wyraźnie mniej się boją. I dotyczy to wszystkich dziedzin życia. Mają mniej oporów, żeby przebrać się za ufoludka i - śpiewając na ulicy - zbierać pieniądze. Inną moją ulubioną postacią z ulic Melbourne jest Pan Wiosna: 75-letni człowiek z kolorowo pomalowaną twarzą, przebrany na zielono lub żółto, obczepiony sznurami sztucznych kwiatów. Tańcząc na rogu Bourke i Swanston, Pan Wiosna zarabia na życie. Czasem w centrum można zobaczyć też Najstarszą Na świecie Panią, która według mnie ma sto lat i która, zgarbiona do granic możliwości, gra na keyboardzie klasyczne kawałki. Gra ładnie i zawsze przyciąga tłum ludzi.
26 lipca
W czasie weekendu słowo "relaks" nabrało nowych znaczeń. Okazuje się, że można się relaksować jadąc po prostu samochodem, robiąc zakupy w sklepie spożywczym, jedząc lancz. We d w o j e. Bo w sobotę pojechaliśmy na Phillip Island, a Martunia została na półtora dnia z Mamą.
Oczywiście, jadąc na wyspę naszych pierwszych wakacji* zadbaliśmy także o bardziej wyrafinowane formy relaksu: spacery po plaży, wieczorne jaccuzzi etc. Ale okazuje się, że naprawdę niewiele było trzeba; naprawdę niewiele trzeba młodym rodzicom, żeby odpocząć. Nawet mżący na szyby samochodu deszcz nie miał wpływu na nasz nastrój. Jadąc zanuciliśmy 'Wyjechali na wakacje...' i choć nasza sytuacja była trochę inna, to piosenka pasowała bardzo.
Na Phillip Island nie ma zbyt dużo rzeczy, ale jest ocean, są plaże, papugi z czerwonym brzuchem, są śpiewające po marsjańsku sroki** i to wystarczy. Siedzieć na plaży i słuchać szumu fal można bez końca. W niedzielę dostaliśmy jeszcze jako bonus piękną pogodę, a z nią bezkonkurencyjną kombinację zieleni i błękitu, jaką trawa i niebo dają w słońcu.
Martunia przywitała nas po południu w niedzielę zupełnie spokojnie. Rzuciła nam uważne spojrzenie, ale do tego jesteśmy przyzwyczajeni; uważny to drugie imię Martuni, kto spotkał Martunię, ten wie. Mama dała sobie radę genialnie.
-----------------
* Na Phillip Island pojechaliśmy w grudniu 2008 i były to nasze pierwsze wakacje w Australii. Więcej o wyspie tutaj.
18 lipca
Mamy środek lipca. Czyli po polsku środek stycznia. Ludziom na ulicy marzną nosy, stojący na przystankach przytupują z zimna, szyby w autobusach pokrywa para... A nie, sorry. To nie to. Zima w Melbourne jest łagodna i zielona. W dzień mamy średnio trzynaście stopni, deszcz pada co parę dni, zimowe słońce grzeje przyjemnie, nie pali. Zielenią się eukaliptusy i palmy, odżywa trawa. Palm będzie mi w Polsce brakowało. Czy na rondzie de Gaulla stoi ciągle ta miła palma?
Zima w Melbourne charakteryzuje się zwiększoną sprzedażą chai latte w kawiarniach - to taka sympatyczna herbata z mlekiem, cukrem i przyprawami, ponadto masowymi wyprzedażami kozaków oraz wyraźnie większą liczbą Uggów na ulicach. Uggi to zimowe australijskie buty, beżowe, puchate. Sklep z Uggami jest w Warszawie na Chmielnej. Ale zima w Melbourne nie byłaby też do końca prawdziwa, gdyby na ulicy zabrakło tego radosnego widoku, jaki dostarczają nam Australijczycy w klapkach. Kurtka, szalik i klapki. Bardzo lubię.
Mimo tych wszystkich miłych zimowych akcentów, z niecierpliwością wyglądamy wiosny. Czekamy na ciepło, dłuższe dni i na wrześniowe topienie Marzanny. Piknik z topieniem Marzanny stał się dzięki nam nową świecką tradycją w Melbourne. To znaczy stanie się w tym roku, bo żeby była tradycja to chyba trzeba przynajmniej dwa razy. A my dopiero topiliśmy raz.
Tak więc zima w Melbourne pełną parą, pijemy chai latte, grzejniki włączone na szóstkę, w Docklands co godzinę włączają sztuczny śnieg. Znajomi na nartach w australijskich Alpach. A my za tydzień może wyskoczymy, hurra, na pierwszy od czterech miesięcy weekend we dwoje.
15 lipca
Mama jest u nas od tygodnia. Dzięki niej:
- mogłam zagrać w poniedziałek w siatkówkę
- skończyłam kurs medytacji online
- zjedliśmy pierwsze od roku tłuczone ziemniaki
- poszłam na miasto kupić sobie buty. Wróciłam bez butów, za to z kubkiem i grzechotką dla Martuni
- w sobotę idziemy na kolację z Wee Liamem i jego rodzicami
- Australia zrobiła się bardziej jak dom
10 lipca
Jeeeest Mama!!!
8 lipca
Jutro przyjeżdża do nas Mama - na sześć tygodni. Dobrej podroży, Mamusiu!
A dziś Grześka zatrzymał na motorze policjant i stwierdził, że w oponach ma za mało powietrza. Kazał napompować, przykleić nową nalepkę rejestracyjną (co roku się zmieniają) i puścił.
1 lipca
Pierwszy mecz siatkówki od dziesięciu miesięcy. Feels so good.