31 lipca

CAPM* na dzień dobry

Co do Davida, to poza wyraźną przyjemnością, jaką sprawia mu informowanie świata, że nie piję kawy - jest to w porzo gość. Jedną z jego świetnych cech jest umiejętnosć słuchania. David zawsze skupia się totalnie na słowach osoby, z którą rozmawia. Prawie zastyga w bezruchu analizując wypowiedź drugiej strony; nigdy nie przerywa. Według mnie to fantastyczna umiejętność. Powiedzmy sobie szczerze, w naszych rozmowach częściej ja przerywam Davidowi niż on mi.

David do tego stopnia poważnie traktuje to, co mówi druga osoba, że czasem rzucona od niechcenia myśl przeradza się w temat półgodzinnej dyskusji. Co nie jest efektywne z punktu widzenia zarządzania czasem, ale jest urocze.

Tutejsze dyskusje i rozmowy prowadzone na gruncie profesjonalnym - w pracy, różnią się czymś od polskich. Są... bardzo konkretne. To było jedno z pierwszych spostrzeżeń na początku pracy w MCFS. Zarówno w rozmowach wewnątrz firmy, jak i w relacjach zewnętrznych, jest po prostu więcej konkretu. Znaczy że co? No więc trudno to własciwie opisać. To takie ogólne wrażenie. Może więcej rzeczowników używają czy co. Nie mam pojęcia. Ale jakoś mniej ble-ble. Przy czym nie odnoszę się specyficznie do żadnej z moich prac w Polsce, wrażenie jest ogólne. 

Dość szybko uderzyła mnie jeszcze jedna rzecz: lekkość, z jaką przeciętni ludzie w branży finansowej posługują się wiedzą z ekonomii. Przywołać model CAPM, żeby poprzeć jakis argument podczas krótkiej nieformalnej dyskusji - to zupełnie naturalne. Co ciekawe, do CAPM nawiązał w jakiejś niezobowiązującej rozmowie z Davidem pewien prawnik - i to, pamiętam, wydało  mi się szczytem wszystkiego.

Jak można się domyślić, dużą wagę w Australii przywiązuje się do wykształcenia. Na przykład ukończyć po prostu jakiś kierunek, a ukończyć ten sam kierunek z wyróżnieniem to duża różnica. Pierwszą z rzeczy, o którą proszą działy HR w procesie rekrutacji, i to na różnej rangi stanowiska, jest transkrypt ocen ze studiów. Ciekawe. Jak sobie przypomnę, na jakiej zasadzie dostawało się piątki z niektórych przedmiotów na SGH, to zastanawiam się, jak długo zajmie nam w Polsce tworzenie niektórych standardów, które na świecie należą do zwykłego porządku rzeczy. 

Czasem nacisk na odpowiednie wykształcenie staje się irytujący z punktu widzenia Polaka, który jest przekonany, że dałby sobie radę na danym stanowisku, ale z racji nieposiadania odpowiedniej scieżki wykształcenia dostaje na wejściu mało punktów. No bo po co mi dyplom z Relacji Inwestorskich, jesli przez parę lat relacje inwestorskie miałam w pracy. Taką mniej więcej irytację czułam na początku mojej przygody z tutejszym rynkiem, szukając dla siebie zajęcia. Polskie myślenie zderzyło się ze standardami dojrzałego rynku. Być może zderzenie było szczególnie bolesne z uwagi na realia kryzysu finansowego, w czasie którego selekcja na rynku pracy stała się szczególnie ostra.

Konkluzja ogólna jest taka, że podróże kształcą - czasami w najmniej oczekiwanych aspektach.


*CAPM - Capital Asset Pricing Model, czyli model, którego używa się do wyceny papierów wartościowych.


26 lipca

Duża czarna

David, z którym pracuję w MCFS, ma zwyczaj przedstawiania mnie na spotkaniach w sposób następujący: - A Ewa w ogóle nie pije kawy. W ogóle... Czaisz? (- dodaje, jeśli osoby, z którymi się spotykamy, zna w miarę dobrze.)

Kawa jest w Australii nieodłącznym elementem życia i dzień bez flat white albo long black to dzień właściwie stracony. Flat white, tytułem wyjaśnienia, to mniej więcej jest latté tylko z mniej spienionym mlekiem (dlatego flat), a long black to po prostu duża czarna. Kawa jest pierwszą rzeczą, którą rano kupuje się na ulicy. Co druga osoba idąc do biura niesie w dłoniach charakterystyczny papierowy kubek: swój poranny punkt zaczepienia.

Rano kawę można wypić też w kawiarni. W zestawie ze śniadaniem. 'Egg on toast + coffee' albo "Raisin toast + coffee' to najczęstsze napisy na czarnych barowych tablicach w centrum miasta. Za szybami kawiarni często te same osoby, często nad tym samym zestawem śniadaniowym. Poranny krajobraz jest stały i uporządkowany.

Bary i kawiarnie należą do najżywszych, najbardziej energetycznych miejsc w mieście. Co ciekawe, nie tylko w centrum, ale też w odleglejszych dzielnicach mieszkaniowych. Do tego wypełnione są niemal o każdej porze dnia. Rano wiadomo: śniadanie. O pierwszej wiadomo: lunch. Ale wejść o jedenastej przed południem do małej kawiarni w South Yarrze i zobaczyć radosny, rozdyskutowany tłum nad kawą i jagodowymi muffinami, to mnie nie przestaje urzekać. 

A kawa jest tutaj dobra. Nie że piję. Ale wieść niesie, że jest dobra. Podobno sztukę robienia kawy zaszczepili w Australii imigranci z Włoch i innych krajów południowej Europy. Przywieźli też ze sobą przepisy swoich narodowych kuchni. Razem z nimi Chińczycy, Marokańczycy, Hindusi. W związku z tym tutejsza kuchnia jest zróżnicowana i bardzo międzynarodowa. Co do kawiarni, często można w nich zobaczyć rodziców z dziećmi: takimi koło dwóch lat albo nawet mniejszymi. W czasie, gdy rodzice sączą swoje latté, dzieci dostają osobne, maleńkie filiżanki napełnione spienionym mlekiem z czekoladową posypką. Znanym również jako babycino. Kawiarnie, moi drodzy, stanowią stały element w życiu Australijczyka i to prawie od urodzenia.

No więc kiedy na spotkaniach pytają nas, czego się napijemy, David zamawia swoją standardową large flat white, natomiast moje zamówienie uprzedza z błyskiem w oku: - Ewa w ogóle nie pije kawy... Czaisz? - wyraźnie mu się podoba rola przekaziciela szokujących informacji.

Fakty są takie, że pewnego dnia, bez ostrzeżenia, kawa po prostu przestała mi smakować. Co mnie samą też zdziwiło. Ale nie sprzeciwiałam się - i bez większego zastanowienia wykreśliłam kawę z jadłospisu. Pozostaje mi herbata, którą tutaj ludzie skłonni są, bez pytania, podawać z mlekiem. W związku z czym od razu czujnie zaznaczam: black, please.



23 lipca

Ozzie lingo

Nowa porcja przysmaków językowych. Jak wiemy, Australijczycy uwielbiają zdrabniać. Zatem: jak nazwą kindergarten, czyli przedszkole? Oczywiście kindy. Co kupią dzieciom w sklepie przy kasie? Lollies, czyli kolorowe cukierki, gumy i żelki. Od lollipop - lizaka. Na Gwiazdkę dzieci dostaną prezzies, prezenty. Na marginesie, święta Bożego Narodzenia to nie inaczej niż Chrissie.

Rynek pracy: dziennikarz to po angielsku journalist, ale aż się prosi, żeby go zdrobnić do journo. Muzyk będzie analogicznie - muso. Klimat trochę gangsterski. Zwolnienie lekarskie? Sickie, oryginalnie sick leave. Słówko z gwary finansowej: divvie - oznacza dywidendę (ciekawe, czy bardzo dużą dywidendę też). Dziennikarz, muzyk czy finansista - po pracy każdy może sobie przed telewizorem strzelić tinnie - 'a tin can of beer'. Znaczy piwo w puszce.

I tradycyjne pytanie do publiczności: kto zgadnie, co mają na myśli Australijczycy, rzucając (w biurze, w windzie, na ulicy) szybkie: -Ta!


19 lipca

Wołanie o kotleta

Obudziłam się o trzeciej nad ranem. Pierwsza myśl: Polska

Zaczęło się niewinnie, od mleczy. Zielone trawniki pełne mleczy. Tutaj nie ma mleczy. A na pewno nie w czerwcu, kiedy powinny żółcić się w całym mieście, ani w lipcu, kiedy zmieniają się w dmuchawce.

Potem poszły pola wyzłacane pszenicą i posrebrzane żytem, i - tak jest -  'Litwo, ojczyzno...' aż do 'dwukonną bryką wjechał młody panek'. Powoli, słowo za słowem. O trzeciej w nocy każdy wers miał swój kolor i zapach.

Mielony z ziemniakami. Poproszę mielonego z ziemniakami, pięć razy. Z surówką z kapusty. Kiszonej. Poproszę ziemniaki z fasolką. Kopytka. żurek... Jak tutaj zrobić żurek? Pierogi mojej Babci poproszę. Dżemy mojej Babci. Sałatkę jarzynową Mamy i buraczki mamy Grześka.

Poproszę czereśnie, truskawki i prawdziwe pomidory. Poproszę jabłka bez połysku i dobre. Nasz taras z drzewkami na Bluszczańskiej poproszę. Działkę w Stawinodze; tulipany, konwalie i jezioro. Poproszę Agrykolę latem. Poproszę wszystkich z Warszawy poproszę.


Wakacje w Queensland...


Północ (4)

Po blisko dwustu kilometrach podróży z Mission Beach, motel na przedmieściach Cairns przywitał nas chłodem klimatyzacji - doceniliśmy to od razu - a także przemiłym dziedzińcem, zatopionym w zieleni palm i jakichś roślin o wielkich liściach (na nasze oko prekambr).

Ponieważ poprzednie dni miały charakter lekko surwiwalowy (na rejsie zakaz mycia włosów i limit prysznicu do trzech minut dziennie), a jakość hosteli po drodze bywała różna, Cairns Reef Motel okazał się małym rajem na ziemi. To jest miejsce, w którym mogę zostać do końca życia. Opalać się, pływać w basenie, odgrodzić klimatyzacją od wszechobecnej wilgoci. To szczyt moich marzeń.

Po południu pojechaliśmy zobaczyć centrum Cairns. żeby było jasne, Cairns to drugie największe miasto w Queensland. Zamieszkane przez 130 tysięcy ludzi. Znaczy coś wielkości warszawskiego Targówka. życie Cairns skupia wokół Esplanade, głównej ulicy otwartej jedną stroną do morza, wypełnionej knajpami, sklepami z biżuterią oraz biurami turystycznymi, w których można zamówić wypady na rafę albo skoki ze spadochronem, z lądowaniem na plaży. Jednak to, co nadaje Cairns charakter Miasta Wiecznych Wakacji, to coś innego niż lodziarnie i naszyjniki z muszel. Tuż przy brzegu morza zbudowano wielką sztuczną plażę, a na jej terenie rozmieszczono baseny, brodziki, lagunę z morskim piaskiem, place zabaw i stoły piknikowe. Sztuczna plaża stała się centrum rekreacji Cairns, dając ludziom to, czego nie dało naturalne wybrzeże, które w centrum miasta jest kamieniste, a do tego schodzi do budzącej najwyższą podejrzliwość, zamulonej wody Morza Koralowego.

Morze robi się ładne dopiero parę kilometrów dalej. Czyli tam, gdzie zaczyna się rafa i dokąd wypływają katamarany wiozące turystów na całodzienne nurkowanie. Na taki wypad pojechał jednego dnia Grzesiek, kiedy ja akurat postanowiłam cieszyć się małymi przyjemnościami motelu. Nurkowanie z butlą i schodzenie na dwanaście metrów pod poziom wody to szansa żeby przyjrzeć się z bliska życiu rafy, wśród której pływają nie tylko kolorowe ryby, ale też żółwie morskie i rekiny. Na wyciągnięcie ręki. Półtorametrowe reef sharks, zamieszkujące rafę przy Cairns, nie są jednak groźne dla człowieka i raczej unikają konfrontacji. Rekiny stwarzające w Australii realne niebezpieczeństwo dla ludzi to trzymetrowe rekiny tygrysie, tiger sharks, pływające w chłodniejszych wodach oceanu, a także żarłacze białe, great white sharks, olbrzymy wsród rekinów, długością ciała dochodzące do sześciu metrów, wagą przekraczające dwie tony.

Oprócz rafy koralowej, słońca i dwudziestu ośmiu stopni Celsjusza, Cairns zafundowało nam dodatkową atrakcję. W czasie naszego pobytu, do portu przypłynęły okręty marynarki wojennej USA z czterema tysiącami amerykańskich marynarzy na pokładzie. Okręty - giganty, z czołgami i pasem startowym dla samolotów. Chłopaki przycumowali okręty w porcie i wyszli na ulice. Zalali Cairns bielą starannie wyprasowanych (!) marynarskich mundurów i płaskim amerykańskim akcentem. W agencji turystycznej ostrzeżono nas, żeby pospieszyć się z rezerwacją wycieczki na rafę, bo marynarze biorą wszystko. Co tu dużo mówić, cztery tysiące Amerykanów dodały sporego ruchu w interesie lokalnych firm, sklepów i knajp. Ale skąd marynarka wojenna USA w Cairns? W gazetach przeczytaliśmy, że marynarze ze Stanów przypłynęli na wspólne manewry z armią australijską. Przy okazji kilkudniowych ćwiczeń odkrywali też uroki północnej Australii. 

Najdalej wysuniętym na północ punktem, do którego dotarliśmy na tej wyprawie, był Port Douglas, małe miasteczko, z główną atrakcją w postaci niedzielnego targu różności. Wsród różności znalazły się: lokalne owoce, letnie kolorowe sukienki, biżuteria z opali, naczynia z trawy wyplatane przez lokalnych Aborygenów, sok z trzciny cukrowej (mniam) - wyciskany - w - czasie - rzeczywistym - przy - użyciu - prasy - napędzanej - rowerem - stacjonarnym, gwizdki naśladujące śpiew ptaków, rzeźby z drewna i, uff, mnóstwo innych rzeczy. A tuż przy targu zobaczyliśmy maleńki, naprawdę mikroskopijny kościół, którego jaskrawą biel ścian dodatkowo zaostrzało mocne słońce, ale to co nas urzekło, to fantastyczny ołtarz w środku. A właściwie samo tło ołtarza. Bo tuż za miejscem celebracji, na przedniej ścianie budynku, na wysokości oczu znajdował się prostokątny prześwit z widokiem na ocean i niebo. Stojąc w tylnej nawie mieliśmy przed sobą wielki, jasny, niebieski prostokąt. Widok, krótko mówiąc, boski.

Po dwóch tygodniach wakacji, nasączeni od stóp do głów słońcem, wygrzani do granic możliwości, wróciliśmy do Melbourne. Pilot w samolocie odlatującym z Hamilton Island poinformował nas uprzejmie: - The weather in Melbourne now is 12 degrees Celsius, strong wind and some rain. So... I think you must be a little insane to be going back... but I hope you will enjoy your trip with us and I also hope to see you back on the Whitsunday Islands.

O, kolego, to ty nie wiesz, co znaczy Dom.
Rafa rafą, słońce słońcem
ale kiedy po przylocie 
do Melbourne
---


Krokodyle żyją sto lat (3)

W Mission Beach, małej miejscowości przycupniętej nad oceanem na trasie do Cairns, po raz pierwszy raz zobaczyliśmy znaki ostrzegające przed krokodylami. Znaki stały na plaży. W ziemię wbito tablicę, a na niej - obok innych ostrzeżeń - widniał żółty trójkąt z rysunkiem uzębionej paszczy. Jednym słowem, w oceanie możesz się kąpać i proszę bardzo, ale bądź czujny, bo razem z tobą mogą się też kąpać krokodyle.

Krokodyle? W oceanie? Na pierwszy rzut oka brzmi to jak pomyłka i błąd drukarski, krokodyle żyją przecież w rzekach i jeziorach, wszyscy oglądaliśmy filmy przyrodnicze w niedzielę na Dwójce. Jednak krokodyle w oceanie to fakt. Terytorium północnej Australii i południowo-wschodniej Azji zamieszkują, największe na świecie, saltwater crocodiles: krokodyle słonowodne. Mimo, że większość czasu 'salties' spędzają w rzekach i bagnach, w porze suchej - od czerwca do grudnia - przemieszczają się zwykle do ujść rzek, a nawet wpływają do samego oceanu. Zdarza im się przepływać parę kilometrów z jednej wyspy na drugą. Ponieważ my byliśmy w Queensland właśnie w porze suchej, nasze wakacje nabrały dodatkowej intensywności i posmaku przygody.

Znaki ostrzegające przed krokodylami spotkaliśmy też między innymi przy jednym ze szlaków prowadzących przez las deszczowy. Szlak zapowiadał się bardzo ciekawie i zaplanowaliśmy go sobie jako kilkugodzinną wyprawę, jednak gdy na samym początku zobaczyliśmy rysunek rozwartej paszczy, bardziej konserwatywna część naszej dwuosobowej wycieczki* zdecydowała, że nie idziemy. W zamian wybraliśmy krótszą i mniej ekscytującą trasę na szczyt pobliskiego pagórka.

Prawda o krokodylach jest taka, że jeśli na terenie przez nie zamieszkałym zachowa się podstawowe zasady ostrożności, ryzyko niebezpiecznych interakcji jest bliskie zeru. Właściwie wystarczy pamiętać o jednym: nie podchodzić do zbiorników wodnych na bliżej niż dwa metry. Wtedy krokodyl, który przebywa w wodzie, nie ma szansy nas dosięgnąć "z wyskoku". Z kolei na lądzie zdecydowanie jesteśmy górą. Krokodyl biega z maksymalną prędkością dwunastu kilometrów na godzinę, więc człowiek (przestraszony) ma spore szanse ucieczki. Ataki na człowieka zdarzają się rzadko, w interacji z krokodylami ginie w Australii średnio jedna osoba rocznie. Poprzedni rok był rekordowy, bo odnotowano aż cztery śmiertelne przypadki kontaktu z krokodylem. Miało to między innymi związek z ulewnymi deszczami w Queensland, które spowodowały, że poziom wód znacznie się podniósł (w niektórych regionach wywołały powódź), a w rezultacie krokodyle znalazły się bliżej domostw ludzi niż zwykle.  

O krokodylach słonowodnych opowiadał nam pracownik farmy Johnstone River Crocodile & Animal Park, znajdującej się na północ od Mission Beach, w małym miasteczku Innisfail. Farma nad rzeką Johnstone prowadzi hodowlę około setki krokodyli, oprócz tego trzyma parę strusi, stadko kangurów i psy dingo. Kilkadziesiąt młodszych krokodyli trzymanych jest na ogrodzonej siatką, sporej działce z basenem, kilkanaście największych okazów - w osobnych, mniejszych zagrodach. Duże krokodyle robią wrażenie. Największy, jakiego widzieliśmy, miał około pięciu metrów długości. Nie jest to maksimum absolutne, bo w naturze można spotkać okazy dochodzące do siedmiu metrów. Niemniej jednak widok jest niezły. Ale jeszcze większe wrażenie niż sam rozmiar zwierzęcia, może zrobić na człowieku dźwięk, który towarzyszy kłapnięciu paszczą przez co potężniejsze sztuki. Mieliśmy okazję usłyszeć parę takich kłapnięć, kiedy nasz ranger karmił krokodyle szczurami. Pusty, głuchy dźwięk, w którym słychać siłę szczęk. Warto usłyszeć.

Krokodyle mogą żyć nawet ponad sto lat. Mają bardzo wolną przemianę materii, której tempo dodatkowo spada w porze suchej. Zwierzęta na farmie Johnstone River były rzeczywiście dość leniwe i nasz ranger musiał się natrudzić i porzucać w stronę krokodyli trochę inwektyw, a nawet poszturchać je w bok kijem, żeby wzbudzić ich zainteresowanie trzymanym w ręku szczurem. Co ciekawe, dowiedzieliśmy się, że krokodyl słonowodny może pozostawać bez pożywienia przez dwanaście miesięcy bez większej szkody dla organizmu. Spowalnia wtedy dodatkowo przemianę materii i czeka na lepsze czasy.

Dobrze jest się czasem przejechać na farmę krokodyli i pozbyć paru przesądów, a w zamian dowiedzieć ciekawych rzeczy. Wiadomo, że boimy się tego, czego nie znamy. Teraz pewnie bym poszła szlakiem przez las deszczowy, pogwizdując i trzymając się dwa metry z dala od brzegu strumieni.

* ja


W krainie bananów i cukru (2)

Queensland to stan drzew bananowych i trzciny cukrowej.  Jak okiem sięgnąć  - trzcina, banany, trzcina, banany. Jadąc wzdłuż wybrzeża czasem mijamy sady mandarynkowe i uprawy mango. Zdarzają się hodowle pomidorów i awokado. Ale najczęściej: trzcina, banany. Trzcina, banany.

żniwa trzciny cukrowej zaczynają się w czerwcu i trwają sześć miesięcy. A więc trafiliśmy na początek sezonu żniw. Mijając bezkresne plantacje co pewien czas widzimy wagoniki wypełnione pociętymi łodygami trzciny. Czemu wagoniki? Trzcinę transportuje się do młynów albo ciężarówkami, albo właśnie kolejką trzcinową. Wąskotorowa kolejka trzcinowa (cane railway) stanowi nieodłączny element krajobrazu Queensland. Jej tory mają łączną długość czterech tysięcy kilometrów.

Co się dzieje ze zżętą trzciną? Łodygi po ścięciu powinny trafić do młyna tak szybko, jak to możliwe, żeby trzcina nie straciła na jakości (maksymalnie w ciągu szesnastu godzin). W młynie prasy wyciskają z łodyg jasnobrązowy sok, który następnie jest odparowywany i zagęszczany do konsystencji syropu. Z syropu formują się już kryształy cukru. W ten sposób otrzymujemy cukier brązowy, raw sugar, który w dalszej kolejności trafia do rafinerii. Końcowym produktem rafinerii jest cukier biały.

Proces przetwarzania trzciny jest bardzo wydajny, bo wszystkie odpady, które powstają przy produkcji cukru  można wtórnie wykorzystać. Po wyciśnięciu soku, włókno łodygi wykorzystuje się jako paliwo do napędzania młyna.  Melasa, czyli ciemny syrop powstający jako uboczny produkt krystalizacji, służy do produkcji rumu i etanolu tudzież jako pokarm dla zwierząt hodowlanych. Reszta odpadów trafia na pola jako nawóz.

Trzcina w Australii to spory biznes. Australia jest drugim po Brazylii eksporterem nierafinowanego cukru. Na rynku zostaje tylko dwadzieścia procent produkcji, osiemdziesiąt jest eksportowane - głównie do Azji. Prawie cała uprawa trzciny zlokalizowana jest właśnie w Queensland.

Drugi sztandarowy produkt Queensland to banany. Prawie na całej trasie z Wysp Zielonych świąt do Cairns plantacje drzew bananowych przeplatają się z uprawami trzciny cukrowej. Jednak gdy mijamy bezkresne pola bananowe, zastanawia nas jedna rzecz: na drzewach bananowych nie widać... bananów. Kiście na każdym drzewku są szczelnie przykryte folią. Czemu? I dlaczego najczęściej niebieską? A więc: folia ma chronić owoce przed mechanicznymi uszkodzeniami w czasie wzrostu, zbiorów i transportu. W  chłodniejszych regionach działa dodatkowo jako warstwa izolacyjna. A kolor niebieski łatwo jest zobaczyć w gęstwinie zielonych liści. Ale przy drodze widć też plantacje, na których kiście radośnie pozakrywano workami we wszystkich kolorach tęczy.

W 2006 roku północne rejony Queensland nawiedził tropikalny cyklon Larry, który zniszczył lokalne  plantacje bananów. Poprzewracał i połamał drzewa. Ponieważ 85 procent upraw bananów w Australii znajduje się własnie na północy Queensland, straty dla całego przemysłu były wysokie. Szacunki mówią o stratach rzędu 300 milionów dolarów, do czego doszły koszty odtworzenia plantacji - 150 mln.

W przydrożnym sklepie owocowym kupiliśmy parę bananów, dżem z mango i nieznane nam dotąd custard apple. Banany były OK., dżem trochę za słodki, schłodzone custard apple przypominało w smaku lody waniliowe. Custard po angielsku znaczy krem. Bogatsi o nowe doznania smakowe ruszyliśmy dalej w kierunku Cairns.

c.d.n.


śladami Jamesa Cooka (1)

Miło się wraca z wakacji do domu. Rafa rafą, słońce słońcem, ale kiedy po przylocie do Melbourne wybraliśmy się na wieczorne bieganie, Ogrody Botaniczne przywitały nas znajomym szmerem liści, city zamrugało do nas przyjaźnie, a przemykający przez ulicę possum wyraźnie zamachał do nas ogonem.  Poczuliśmy, że jesteśmy w domu. Dwanaście stopni Celsjusza i lekką mżawkę przyjęliśmy z cichym westchnieniem, z jakim akceptuje się drobne niedoskonałości ulubionych miejsc.

Co nie oznacza, że wakacje nie były git. Queensland w zimowych miesiącach wyraźnie sprzyja spragnionym ciepła i słońca uciekinierom z południa. Temperatury w czerwcu i lipcu utrzymują się na miłym poziomie 23-25 stopni, a im dalej na północ, tym cieplej. Dalszy ciąg programu w tym słonecznym regionie to: kilometry piaszczystych plaż, rafa koralowa, stanowiące mekkę surferów Złote Wybrzeże i wreszcie najbardziej wakacyjne miasto Australii: otoczone przez plantacje bananów i trzciny cukrowej, tropikalne Cairns.

Nasze zimowe wakacje zainaugurowaliśmy rejsem. W kilkunastoosobowej grupie, w której większość stanowiła młodzież ze Stanów, popłynęliśmy zwiedzać archipelag Whitsunday Islands. Whitsunday to inaczej Wyspy Zielonych świąt. Pod koniec osiemnastego wieku odkrył je i nadał im nazwę James Cook. Lazurowe wody oceanu, białe piaszczyste plaże i mocna zieleń lasów deszczowych nadają  tym wyspom charakter tropikalnego raju, w którym - jak się wydaje - można spędzić resztę życia. Pomysł ten jednak szybko podlega weryfikacji, bo po kilku dniach wypełnionych beztroskim żeglowaniem, nurkowaniem i oglądaniem kolorowych ryb, pierwszy głód wakacji zostaje zaspokojony i pojawia się chęć zmiany otoczenia.

Ale te kilka dni rejsu to była miła przygoda. Poza uroczymi widokami tropikalnych wysp, nurkowaniem w wodach rafy i godzinami beztroskiego relaksu na pokładzie jachtu, po raz kolejny przekonaliśmy się, że podróże kształcą. Ta wyprawa nauczyła nas m.in. nowych gier towarzyskich oraz utwierdziła w przekonaniu, że piłką do futbolu amerykańskiego nie można grać w siatkówkę. Piłkę zabrała ze sobą Laura, Amerykanka z Nowego Jorku i chociaż Grzesiek i ja potrafimy z konieczności grać w siatkówkę różnymi przedmiotami, piłka do futbolu niestety do tego celu zupełnie się nie nadaje.

Co do załogi. Funkcję kucharza i majtka pokładowego pełnił Ben, młodszy od nas o kilka lat. Ben zaimponował nam swoimi umiejętnosciami kulinarnymi, a także często używanym powiedzonkiem 'Sweet ass!'. 'Sweet ass!' to mniej więcej takie pieszczotliwe 'Cholera!' i pasuje jako komentarz do każdej sytuacji. Poza tym Ben sprawiał wrażenie osoby zblazowanej i zmęczonej życiem, jak to bywa w wieku dwudziestu paru lat. Kapitan jachtu, Neil, około 50-letni wilk morski i cieśla miał więcej energii i dość chętnie dzielił się wiedzą z zakresu morskiej nawigacji. Neil i Ben wykazywali pewne podobieństwo zewnętrzne, obydwaj krępi i obydwaj z burzą jasnych loków na głowie, co wzbudziło podejrzenia, że są rodziną, ale sugestia ta, wygłoszona pewnego popołudnia przez koleżankę ze Stanów, skończyła się dla niej dramatycznie: Ben natychmiast wypchnął ją z pontonu, którym wracaliśmy z nurkowania i zanim została wpuszczona z powrotem, musiała popływać sobie parę minut w oceanie. Jak jednak przystało na prawdziwą Amerykankę, wydarzenie przyjęła pozytywnie i z szerokim uśmiechem.

Opowieści ludzi spotkanych na wakacjach bywają niesamowite. Osoby, które przecież dość przypadkowo spotyka się na rejsach, wycieczkach, spływach kajakowych, najczęściej zajmują się zupełnie innymi rzeczami, niż ty. Ich historie otwierają oczy na nowy kawałek świata. Mnie zapadło w pamięć to, co opowiedział nam Byron z Kanady. Byron był na kontrakcie w Korei Południowej, w jednej z największych tamtejszych stoczni. Jego firma asystowała Koreańczykom przy produkcji statków, które wykorzystuje się do wykonywania odwiertów ropy naftowej. Statki budowane w tej stoczni są gigantyczne, podobnie jak koszty ich produkcji: jeden kosztuje około miliarda dolarów. Stocznia, w której pracuje Byron, produkuje kilkadziesiąt  statków  w ciągu roku, co oznacza, że co tydzień z 'taśmy' schodzi przynajmniej jeden. Nasz kanadyjski kolega był pod wrażeniem pracy stoczniowców w Korei: takiego stopnia zorganizowania nie widział nigdzie na świecie. Stwierdził nawet, że Korea jest jednym z nielicznych krajów, gdzie produkcja statków do prowadzenia odwiertów jest możliwa - i efektywna. Według niego tylko bardzo karny i zorganizowany naród jest w stanie pracować tak sprawnie i szybko.

A więc wrażenia z rejsu były ciekawe.  Niemniej jednak po trzech dniach żeglowania z przyjemnością postawiliśmy stopy na ziemi, by - już drogą lądową - kontynuować podróż po Queensland. Po nocy spędzonej w Airlie Beach - czyli queenslandzkich Międzyzdrojach - w dobrze nam znanej firmie Hertz wypożyczyliśmy samochód i pojechaliśmy na północ.

c.d.n.


top



      Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
Lipiec'09
< Archiwum      Dziennik >
Wrzesień i pazdziernik 2010
Sierpień 2010
Lipiec 2010
Czerwiec 2010
Maj 2010
Kwiecień 2010
Marzec 2010
Luty 2010
Styczeń 2010
Grudzień 2009
Listopad 2009
Październik 2009
Wrzesień 2009
Sierpień 2009
Lipiec 2009
Czerwiec 2009
Maj 2009
Kwiecień 2009
Marzec 2009
Luty 2009
Styczeń 2009
Grudzień 2008