Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
30 kwietnia

Teraz będzie coś naprawdę szokującego.

Otóż dwieście milionów lat temu Antarktyda była zielonym, kwitnącym lądem. Co więcej, znajdowała się na tej samej szerokości geograficznej, co Australia. Obydwa lądy były ze sobą połączone i stanowiły część Gondwany, superkontynentu, który składał się jeszcze z dzisiejszej Afryki, Ameryki Południowej oraz z Indii. Przez setki milionów lat z Australii na Antarktydę i z powrotem można było przejść suchą stopą. Albo raczej suchą łapą; pojęcie stopy miało się pojawić dużo później.

Australia leżała kiedyś dużo bliżej bieguna południowego niż dzisiaj. Co ciekawe, pokrywały ją w tym czasie, podobnie jak sąsiadującą z nią Antarktydę, wilgotne lasy tropikalne. Dopiero kilkadziesiąt milionów lat temu nasz mały kontynent oddzielił się od wspólnej platformy i podryfował na północ, w kierunku równika. Mniej więcej w tym samym czasie klimat zaczął się ochładzać i zaczęło robić się coraz bardziej sucho.

Pierwsze ryby pojawiły się jeszcze w Australii tropikalnej. Wśród nich znalazły się ryby dwudyszne, istoty bardzo przebiegłe, bo wyposażone zarówno w skrzela, jak i w płuca;  umożliwiało to im przeżycie nawet wtedy, gdy wysychały zbiorniki wodne. Ryby dwudyszne tak dobrze przystosowały się do życia na Ziemi, że przetrwały do dziś. Można je znaleźć w niektórych rzekach w stanie Queensland.

W erze dinozaurów, po Australii - co nie jest niespodzianką - też biegały wielkie gady, ale bardziej interesująco zaczęło się robić, gdy nadszedł czas ssaków. Przyjrzyjmy się przodkom dzisiejszych torbaczy.

Po pierwsze, mięsożerny kangur. Znany jako killer kangaroo, polował na mniejsze zwierzęta, pożerał jaja ptaków, łapał owady, nie gardził padliną. Zęby kangura zabójcy były przystosowane do chwytania i rozszarpywania mięsa, a pewien podgatunek tych kangurów posiadał szczękę w kształcie piły tarczowej.

Po drugie, wielki kangur krótkonosy. W oryginalnym brzmieniu giant short-faced kangaroo. Krótkonosy miał trzy metry wzrostu i ważył ponad dwieście kilo. Dziękuję za spotkanie z takim zwierzątkiem w naturze. Na szczęście kangur ten był roślinożerny, a poza tym miał śmiesznie spłaszczony pysk, więc nie wyglądał groźnie. Jeśli cokolwiek wyglądało groźnie, to jego przednie łapy, wyposażone w dwa bardzo długie zakrzywione pazury. Prawdopodobnie służyły do chwytania i przyciągania gałęzi.

Na koniec -  głęboki ukłon w stronę wombata z epoki lodowcowej. Czaszka tej dużej "świnki morskiej" odpowiadała wielkością czaszce współczesnej krowy. Kawał zwierza. Dlaczego dziś zwierzęta nie rosną takie duże? A ludzie, dla odmiany, tak? Z wielkich zwierząt mamy jeszcze prehistoryczną kolczatkę (echidna) - ta z kolei miała rozmiary dzisiejszego wombata. żeby wprowadzić do tych porównań jakiś absolutny punkt odniesienia, dzisiejsze wombaty mają około metra długości i ważą mniej więcej 30 kilogramów. A współczesna kolczatka osiąga z reguły 35 cm długości.

Kolczatka jest ssakiem, który składa jaja. Nie jedynym, bo jaja składa też dziobak. Obydwa gatunki torbaczy żyją w Australii i obydwa są niesamowicie dziwne. Kolczatka wyglądem trochę przypomina jeża i podobnie jak jeż jest nieśmiała: schodzi z drogi innym zwierzętom, a przy bezpośredniej konfrontacji zwija się w kulkę. Od jeża odróżnia ją między innymi dziób - w jej przypadku określenie znacznie lepiej pasujące niż "wydłużony ryjek". Dziób echidny zakończony jest otworem, przez który to kolczaste zwierzę wysuwa długi język w celu wydłubywania owadów i larw z różnych dziwnych miejsc. Język u niektórych rodzajów kolczatek pokryty jest maleńkimi kolcami, które dodatkowo pomagają w zdobywaniu pokarmu. Rozmnażanie? Samiec kolczatki, o czym już była kiedyś mowa, cechuje się niezwykle bogatą wyobraźnią. Wyobraźnia ta sprawiła, że członek u przedstawicieli jego gatunku jest rozdzielony na cztery części, co w tajemniczy sposób zwiększa prawdopodobieństwo zapłodnienia. Po zapłodnieniu partnerka składa jajo do swojej torby, z której po dziesięciu dniach wykluwa się młode. Ponieważ stekowce nie posiadają sutków, młode ssie mleko z otworów na skórze matki. Na ssaniu mleka małej kolczatce upływaja beztroskie dwa miesiące. Po upływie tego czasu matka - uwaga - wygrzebuje w ziemi norę i  składa w niej  s w o j e  w ł a s n e  dziecko. I zostawia. Na siedem miesięcy. W norze. W ziemi gdzieś, w brudnych liściach. Co parę dni jednak rusza ją sumienie i wraca, żeby je nakarmić. Czy kolczatka to nie jest dziwne zwierzę?

Jak się żyje przez ponad pół roku w ciemnej norze, w bezruchu i praktycznie bez towarzystwa, trudno mi sobie wyobrazić. Na szczęście badania wykazały, że mózg kolczatki wchodzi w czasie snu w fazę REM, co oznacza, że kolczatki potrafią śnić. Bez tego pod ziemią mogłoby być naprawdę drętwo. Tyle na dziś. Good night.


26 kwietnia

Nareszcie zżółkły liście na drzewach i uwiarygodniły tym samym australijską jesień, która zaczęła się dwa miesiące temu, ale do tej pory przypominała lato. W marcu i kwietniu dni były słoneczne, a temperatura zwykle wynosiła miłe dwadzieścia parę. Dziś mocniej zawiało i spadł deszcz. Przed nami chłodniejszy tydzień z temperaturami w okolicach 14-15 stopni.

Od jakiegoś czasu jesień czuć za to wyraźnie na targu. Owoce i warzywa są teraz najtańsze i jest ich najwięcej. śliwki, pomidory, brokuły, cukinie. Ananasy i banany - te przyjeżdżają z Queensland. Warzywa, które znamy z Polski i trochę innych, nieznanych i dziwnych. Nasz cel to przetestować jedno dziwne warzywo w tygodniu. Dalej - mieszanki sałat na kilogramy. Ziemniaki zwykłe i słodkie. Te słodkie są ogromne i potrafią ważyć po półtora kilo. I moje ulubione stoisko - orzechy. Oprócz migdałów i orzeszków ziemnych -  orzechy brazylijskie, orzeszki pinii, okrągłe orzechy macademia i inne, których nie znamy. Każdy rodzaj w kilku wersjach: z miodem, z solą lub zupełnie naturalnie. W łupinach i bez łupin. Zmieszane z innymi orzechami. Z dodatkiem owoców kandyzowanych. Tuż obok worki pełne pestek dyni i słonecznika. Cztery rodzaje soczewicy. żyć nie umierać.

Kto nie jest przyzwyczajony do atmosfery targu Królowej Wiktorii, może się przestraszyć krzyczących sprzedawców: Ninety nine cents kilo bananas! Five dollars kilo mushrooms!!! Dopiero po chwili przekonujemy się, że sprzedawcy krzyczą nie  n a  nas, tylko  d o  nas. Co za głos, co za siła. Nic jednak nie przebije naszego faworyta, który latem, w sezonie na czereśnie, śpiewał cudnie: - Sweet cherries! Sweet cherries!!! Our cherries are sweet - our cherries are sweet - our cherries are sweeeeeeeet!!!

Tymczasem jesień rozwija skrzydła również w centrum miasta. Już teraz zaczynają się jesienno - zimowe wyprzedaże. Ceny bywają bardzo przyjemne: piętnaście dolarów kangustralijskich za ładne zimowe sweterki. Razem ze sweterkami próbują się też sprzedać klapki z ubiegłego lata. Klapki zresztą to obuwie bardzo uniwersalne. Nosi się je przez cały rok, zimą również. Zima w klapkach i ze średnią temperaturą plus trzynaście stopni to dla mnie na razie abstrakcja. Zobaczymy jak będzie w lipcu.


24 kwietnia

Nie wiadomo, czy to efekt lenistwa, czy niezbyt poważnego podejścia do życia, w każdym razie faktem jest, że Australijczycy zdrabniają. Zdrobnienia popularnych rzeczowników słychać wszędzie. Delicious brekkie served here - czytamy w oknie kawiarni. Tak jest, chodzi o śniadanie. Can you get me some veggies Kupisz trochę warzyw? We're going to the beach so take your swimming cozzie with you.

Przed zdrobnieniami nie uchroniły się też nazwy własne. Sztandarowy przykład to Aussie - Australijczyk (lub jeśli występuje w funkcji przymiotnika to "australijski") - bardzo popularne słówko spotykane na każdym kroku, w gazetach, w reklamach, w codziennym języku; alternatywnie pisane jako Ozzie. Australię z kolei skraca się potocznie do uroczego Oz, które od razu przywodzi na myśl książkę o czarnoksiężniku, Dorocie i lwie. Tasmania to oczywiście Tassie. Brisbane, miasto położone na wschodnim wybrzeżu, to jak się można domyślić: Brizzie.

Na jednym z comedy shows wystawianych w piątki na Collins Street występował komik ze Stanów Zjednoczonych. Naturalnie jednym z poruszanych tematów były różnice kulturowe między Australią i USA. - Jak  to jest, ludzie? Wy po prostu wszystko zdrabniacie. Brekkie, bikkie (biszkopt), chokkie (czekolada). Na Mc Donalda też macie swoje Macca. Australijski futbol to u was footy. O co tu chodzi? - A jako że nieodłącznym elementem występów w Comedy Club jest dialog z publicznością, komik zagadał chłopaka siedzącego przy scenie. - Może ty mi powiesz, co jest grane. Czym ty się w ogóle zajmujesz? - I'm a student, I study at a uni. - At a uni??!!! - dla komika to już było wyraźnie za dużo. - No dobra, a co studiujesz? - Art (sztukę). Artie! - dorzucił ze śmiechem ktoś z publiczności.

Mam teorię, że tendencja do zdrabniania to podświadoma próba oswojenia wielkich przestrzeni i nieprzyjaznego klimatu Australii przez przyzwyczajonych do komfortu i kameralnej atmosfery miast Europejczyków. Jest to moja własna, autorska teoria i nie należy jej zbytnio ufać, ale przyznacie, że jest ciekawa.

Z innych ciekawostek dotyczących języka - częstym powitaniem jest tutaj G-day!  A kiedy coś wyszło nam bardzo dobrze, na przykład atak podczas gry w siatkówkę, słyszymy - Beauty! czyli great, fantastic! W ramach zachęty można też użyć - Good on ya!  No i oczywiście uniwersalne - No worries! - nie ma sprawy, nie ma za co; używane najczęściej w odpowiedzi na thanks lub na sorry, a właściwie używane w co czwartym zdaniu. W oddziale naszego banku, na pytanie, czy możemy przeprowadzić na koncie jakąś tam operację, usłyszeliśmy: - That should be no worries!

Czas na pytanie do publiczności - czy ktoś zgadnie, co w australijskim slangu oznacza słówko barbie?


19 kwietnia

Mariola spędziła święta po polsku.

Bardzo po polsku. Baranka upiekłam. No, z kruchego ciasta. Forma pięćdziesiąt dolarów kosztowała. No. A się naszukałam. Ale bardzo miłe święta, bardzo. święconkę zanieśliśmy. Tak. A ty do jakiego kościoła chodzisz?

Ten pan, co z nim mieszkam, jest bardzo religijny. On jest Lebanese i wszyscy myślą, że on jest muslim, ale on jest bardzo wierzący. Do kościoła chodzi. No taki religijny, mówię ci. Ma dwójkę dzieci, siedem i dziewięć lat, ale nie chrzczone. Bo żona nie chciała. My staramy się teraz w tę żonę, wiesz, wpajać religię, ale ona nie jest chętna. No i dzieci nie ochrzczone. Potem starsze mogą same zadecydować czy się ochrzcić. W wieku dziewięciu lat. Ale w Polsce. Bo tutaj nie wiem. Musiałabyś pochodzić się popytać.

A ty co teraz robisz? Pracujesz? Gdzie?... Aha. I co w tym centrum robisz?... Research? To znaczy co?... 'Badanie rynku finansowego'? Aha. To to się nazywa sonda. Tak, sonda.

Ale zmęczona jestem. Rano to godzinę dojeżdżam do centrum pociągiem. Przed siódmą muszę wstać. Jak o ósmej wyjdę, to już jestem spóźniona. Ten przed ósmą muszę złapać, to jestem akurat. A jak burza była ostatnio, to tak wszystko się poprzestawiało, pociągi się pospóźniały, no mówię ci, strasznie. W soboty też pracuję, wtorki mam wolne. Ale dzień wolny to zlatuje tak szybko. Do banku, na zakupy i tyle.

Jakie ci włosy na dole zrobić? Takie flicky? No takie flicky, wiesz. że ci się będą zawijać. Tak jak było ostatnim razem było dobrze? Okej. I trochę ci wystylizować?... Nie? Nie masz czasu? No tak, trochę się zagadałyśmy. To czterdzieści pięć dolarów. No fajnie ci tak z tyłu. No to dzięki. See you later.


18 kwietnia

Alice Springs i Uluru (3)

Najbardziej popularny na świecie obrazek z centralnej Australii to Uluru, wielka czerwona skała wyrastająca nagle pośrodku pustyni. Uluru, po angielsku Ayers Rock, wygląda rzeczywiście oryginalnie, a powód tego jest prosty: w przestrzeni, gdzie nie ma nic, i nie ma tego nic przez setki i tysiące kilometrów, nagle pojawia się coś: i to nie byle jakie coś. To coś jest duże i masywne. Nieruchome, monumentalne.

Uluru ma ponad trzysta metrów wysokości i prawie dziesięć kilometrów w obwodzie, a zbudowane jest z piaskowca o wdzięcznej nazwie arkoza. Historia pochodzenia skały wciąż pozostaje tajemnicą, ale wiadomo na pewno, że arkoza była twardsza niż materiał, z którego zbudowane były skały wokół Uluru. To spowodowało, że erozja, która zniszczyła sąsiednie wypiętrzenia, wielkiej skały nie dotknęła.

Uluru jest dla plemion aborygeńskich tradycyjnym miejscem odprawiania różnych ceremonii. Jak jednak zaznaczył nasz przewodnik Mike - nie jest to raczej miejsce święte, wbrew temu, co mówią turystyczne broszury. Prawdziwie święte dla Aborygenów miejsce to Kata Tjuta, skupisko dużych skał znajdujące się trzydzieści kilometrów od Uluru. Kata Tjuta oznacza 'wiele głów' i rzeczywiscie, skalne kopuły mogą przypominać wielkie głowy. Najwyższa z nich, Mount Olga, ma ponad pięćset metrów wysokości. Według wierzeń Aborygenów, na samym początku świata ze środka ziemi wyłoniły się pierwsze istoty, które zaczęły wędrować i nadawać światu kształt. Po skończonej pracy zamieniły się w kamienie, jeziora, jaskinie i inne formy terenu, takie jak m.in. Kata Tjuta.

Ziemie, na których znajduje się Uluru i Kata Tjuta są własnością aborygeńskiego plemienia Anangu. W zasadzie są tą własnością od niedawna, bo dopiero od 1985 roku, po wielu latach negocjacji z rządem. Jednocześnie ludzie Anangu zgodzili się, by rząd dzierżawił tereny przez 99 lat. Dziś ziemie są wspólnie zarządzane przez przedstawicieli obu stron.

Mimo, że  większość Aborygenów nie uznaje Uluru za miejsce święte, kilka rodzin z plemienia Anangu za takie je uważa. Informacja ta znajduje się w przewodnikach i na tablicach otaczajacych skałę. Towarzyszy jej sugestia, że w geście uszanowania świętości nie należy podejmować prób wspinaczki. Bo wejście na szczyt teoretycznie jest możliwe - trasa wiedzie wzdłuż metalowych palików połączonych łańcuchem. Idzie się po gołej skale, więc przy silnym wietrze lub temperaturze powyżej 36 stopni trasa jest zamykana. Wspinaczka nie należy raczej do lekkich łatwych i przyjemnych. Podczas prób wejścia na Uluru zginęło do tej pory trzydzieści pięć osób.

Ale najciekawsze rzeczy i tak dzieją się na dole. Na pustynnych terenach rozciągających się u stóp skał rosną niesamowite rośliny. Opowiedział nam o nich Mike. Na przykład trawa zwana spinifex. Na pierwszy rzut oka wygląda nudno, a poza tym kłuje. Ale Aborygeni znaleźli dla niej mnóstwo zastosowań. Po pierwsze, zbierają jej nasiona i pieką z nich chleb. Po drugie, używają  tej trawy do rozpalania ogniska. Suche kłosy stanowią idealną podpałkę. Przekonaliśmy się o tym sami, rozniecając nasze własne ognisko przy użyciu spinifeksu. Dym, który powstaje przy spalaniu trawy jest ciemny i mocny; ten fakt Aborygeni również skrzętnie wykorzystali: za pomocą "dymnego morse'a'' komunikowali się na dużych odległościach. Poza tym wszystkim, soki spinifeksu działają jak bardzo dobry klej i świetnie nadają się do klejenia włóczni. Jedna trawa a tyle zastosowań. Z ciekawych roślin widzieliśmy jeszcze mulgę, drzewo, którego małe igiełki leczą skaleczenia. Podobno wystarczy włożyć jedną taką igłę do rany, żeby się zagoiła. No i jeszcze jedno drzewo o zdecydowanie wysokiej wartości w warunkach pustynnych: bloodwood tree. Kiedy wokół brakuje wody, z kawałka pnia tego drzewa można pozyskać sporą ilość płynu. 

Do pustynnych zwierząt, które robią spore wrażenie, na pewno należy zaliczyć jaszczurkę o nazwie thorny devil, (po polsku - słodko - moloch straszliwy). Ta mała rogata jaszczurka potrafi pić wodę zbierającą się na jej ciele. Może przetransportować wodę z dowolnego miejsca na skórze, na przykład z powierzchni nóg, do pyszczka. Szacunek. Moloch straszliwy lubi też od czasu do czasu chodzić do tyłu, symulując przy tym, że ma głowę po przeciwnej stronie ciała (w tym celu podnosi ogon do góry). Krok w przód, dwa kroki w tył. Ta zabawa ma na celu zmylenie przeciwników wykazujących niezdrowe zainteresowanie jego osobą i przymierzających się, żeby zaatakować. Całkiem dobre: nie wiadomo, z której strony uderzyć w molocha.

Moloch straszliwy jest do obejrzenia w gadzim zoo w Alice Springs, w naturze go nie uświadczyliśmy. W ogóle w naturze nie uświadczyliśmy żadnych zwierząt oprócz stada wielbłądów, dzikich koni i dziesięciu milionów much, które nieustannie obsiadały nasze twarze i koszulki.

W towarzystwie much obeszliśmy Uluru wokół, połowę trasy pokonując jednego dnia wieczorem, połowę następnego dnia rano. Zachód i wschód słońca zaliczony: uff. W trakcie spaceru, w gronie Polska - Anglia - Kanada wywiązała się dyskusja o rodzajnikach. Matt podważał sens nadawania rodzaju przedmiotom. Wszystko ma przecież rodzaj nijaki. Eee, nie, Matt, przecież wiadomo, że stół to ten stół, no nie? Cudownie. Tak można rozmawiać bez końca.

Matt, podobnie jak Andy i większość osób na wycieczce, był właśnie w trakcie swojego gap year, czyli rocznej przerwy w pracy. Popularny koncept wsród młodzieży na całym świecie, jak się okazuje. Matt kończył zwiedzanie Australii i jechał do południowo-wschodniej Azji. Wyluzowany Andy podróżował po świecie już osiem miesięcy. Widział Indie i Afrykę (pracował na plantacji bananów), zwiedził też Azję. Na celowniku miał teraz Nowa Zelandię. Tajwańczycy swój gap year spędzali głównie w Australii. A dla Mike'a, naszego przewodnika, wyprawa do Uluru była ostatnią, przynajmniej w krótkim terminie. W planach miał zmianę profesji i przekwalifikowanie się na kucharza. Najważniejsze to robić, co się lubi.

Dzień, w którym oglądaliśmy Uluru o wschodzie słońca, był ostatnim dniem naszej wycieczki. Po południu wróciliśmy do Alice Springs, skrzętnie starliśmy rysunki narodowych symboli z okien busa, a wieczorem podsumowaliśmy wyjazd w kolorowym hostelu Annie's Place. Ewa, przestań, jak ty nalewasz to piwo, musisz pochylić szklankę. Ale to nie jest piwo, tylko cider, Matt. O rany, nie ma znaczenia, musisz pochylić. 

To była bardzo miła wyprawa.


15 kwietnia

Jeśli chodzi o święta, to już w lutym pojawiły się w sklepach czekoladowe zające. Potem było ich tylko coraz więcej. Co do bazi, palemek, zielonych gałązek - gibt keine. Bazia, którą znaleźliśmy w kościele, musiała być importowana. Innych akcentów wielkanocnych raczej brak. śmigus Dyngus - nieobecny; pewnie za trudno wymówić. Wydaje się, że święta są tu raczej tylko miłą okazją do wyjazdu poza miasto lub urządzenia kolejnego pikniku, zwłaszcza, że wolny jest i Wielki Piątek, i Poniedziałek Wielkanocny. Chociaż na przykład nasza koleżanka Lisa, z pochodzenia Włoszka, spędzała Wielkanoc bardzo tradycyjnie, z rodziną i w kościele, i nawet odmówiła z tego powodu przyjechania na plażę na siatkówkę (!). Myślę, że tutejsza Polonia też podtrzymuje tradycje. Muszę powiedzieć, że my do tych świąt byliśmy zupełnie nieprzygotowani, przyjechaliśmy do Melbourne w czwartek wieczorem, prosto z pustyni. Ale pogoda przyniosła trochę świątecznej atmosfery, w weekend było naprawdę przemiło.


14 kwietnia

Alice Springs i Uluru (2)

Łysy barman w 'Saloonie' w Alice Springs upatrywał sobie ofiary wśród barowych gości. Podchodził do  namierzonych stolików, dosiadał się, po czym sprawnym ruchem zawiązywał sobie serwetkę pod brodą i zabierał zdziwionym klientom baru talerze z jedzeniem. Właśnie dosiadł się do jakiejś młodej pary przy stoliku pod ścianą. Przysunął w swoją stronę talerz, który stał przed dziewczyną i - całkowicie ignorując jej zaskoczenie - ruchem ręki poprosił o keczup. Widać było, że przygotowuje się do ataku na stek. Nie był jednak nieuprzejmy: przez cały czas zagadywał parę i, przechylając głowę, uważnie słuchał odpowiedzi. Na twarzach chłopaka i dziewczyny rysowało się rozbawienie, ale też konsternacja: hej, o co tu chodzi? Wkrótce barman uznał, że nadszedł moment kulminacyjny, błysnął w powietrzu nożem i widelcem, wytrzymał dwie długie sekundy napięcia... po czym odłożył sztućce na bok, roześmiał się i wstał.

Tak. Nigdy nie wiesz, co cię spotka w Alice Springs. Nasz przewodnik na wycieczce do Uluru powiedział nam później, że łysy barman jest jednym z jego ulubionych w Saloonie. Jak dla mnie, top lista niespodzianek w tym barze powinna zawierać jeszcze krany w łazience, które po odkręceniu uruchamiają strumień wody w sąsiedniej umywalce, oraz zwisające tu i ówdzie z sufitu pojedyncze kowbojskie buty. Sufit, na marginesie, wylepiony jest banknotami z całego świata (stara polska pięćdziesiątka!). Z samym barmanem nie udało nam się zawrzeć bliższej znajomości: nasz stół, na którym stało jedno skromne piwo, nie wzbudził jego zainteresowania.

W stronę Uluru ruszyliśmy z samego rana niedużym busem, na którego pokładzie znalazła się załoga bardzo międzynarodowa. Na wycieczkę jechały z nami cztery Koreanki, kilka Tajwanek i Tajwańczyk, dwóch Anglików, Kanadyjka i Niemka. Oraz Mike, przewodnik i kierowca w jednym. średnia wieku na oko 25 lat. Na samym początku podróży Mike wręczył nam flamastry i kazał narysować na szybie symbol kraju, z którego pochodzimy. Piękny, choć nieco zniekształcony z powodu trzęsącego się autokaru orzeł, szybko wywołał okrzyki Anglików: - Germany! That's Germany! No? It's Poland??? Oh, sorry...

Anglicy dość szybko zawiązali żartobliwy front przeciw Kanadyjce, która jak się okazało, pracowała w kanadyjskiej armii w roli reportera/fotografa. Kanadyjka cierpliwie znosiła docinki pacyfistycznych kolegów z Anglii, ale kiedy chłopaki trochę za mocno pojechali, postanowiła wziąć odwet i wzięła na cel bluzę Matta. Hej, Matt, dlaczego twoja bluza jest różowa?  Matt odpierał atak twierdząc, że jego (różowa) bluza ma kolor czerwony, a poza tym jeżeli nawet, to dlaczego niby różowy ma być gorszy. Dyskusja zakończyła się konkluzją Kanady, że bluza Matta ma barwę aggressive salmon - i tak 'agresywny łosoś' stał się hasłem naszej wycieczki do samego jej końca.

Pierwszego dnia zobaczyliśmy Kings Canyon, wielki wąwóz zbudowany z czerwonego piaskowca. Czerwony kolor to efekt utleniania się żelaza, którego jest pełno w skałach Centralnej Australii. Mimo, że kanion tego rodzaju był dla nas nowym widokiem, nie był to widok porażający. Polskie Tatry i europejskie Alpy na mój gust stawiają międzynarodowym górskim pejzażom wysoką poprzeczkę; pamiętam, że podobna myśl przeszła mi przez głowę na szczycie Czatyrdahu na Krymie.

Zdecydowanie ciekawszy niż Kings Canyon był pierwszy kemping. Nocowaliśmy na środku pustyni i nie ulega wątpliwości, że ktoś, kto pierwszy wymyślił określenie in the middle of nowhere, wymyślił je w środku Australii. Jednym z niewielu punktów odniesienia w krajobrazie była zdechła krowa. Nasz obóz rozbiliśmy jakies półtora kilometra od zdechłej krowy, w miejscu, gdzie agencja turystyczna Mulga rozbija obozy od lat. Czekała tam już na nas przyczepa z materacami i z daszkiem, pod którym mogliśmy schować się w razie deszczu. Ale tej nocy nie padało. Przy rozpalonym kolektywnie ognisku zjedliśmy ugotowany w jednym garnku obiad i zaczęliśmy słuchać opowieści Kanadyjki o nocach spędzonych na wojskowym obozie pod gołym niebem, przy temperaturze minus czterdzieści stopni. Dla Mike'a, Australijczyka, była to całkowita abstrakcja. Dla mnie - coś, co z trudem mogę sobie wyobrazić. Powiedzmy, że minus czterdzieści jeszcze tak, ale minus sześćdziesiąt już by mnie przerosło. 

Nasza noc miała miłe plus dziesięć, miłe głównie dzięki materacom, które dobrze izolowały nas od ziemi. O wschodzie słońca (jak łatwo się wstaje śpiąc na powietrzu) zjedliśmy śniadanie, zwinęliśmy materace i ruszyliśmy naszym busem w kierunku Uluru i Kata Tjuta, które były coraz bliżej nas.

c.d.n.


12 kwietnia

Dziś wyraźnie poczuliśmy wiosnę. świeży poranek, piękne niebo, zielono i ciepło; w końcu to Niedziela Wielkanocna. Na ławce w kościele znaleźliśmy małą bazię.


11 kwietnia

Alice Springs i Uluru (1)

środek Australii ma kolor rdzy. Rdzawoczerwona ziemia pokryta suchą trawą lub niskim buszem - i zero ruchu w krajobrazie. Co kilkaset kilometrów stado wielbłądów, parę dzikich koni, zdechła krowa. Niekończące się ogrodzenia z drutu kolczastego. Tak wygląda centralna Australia z okien wycieczkowego busa.

Podróż do Uluru, największego na ziemi skalnego monolitu*, zaczęliśmy w Alice Springs - niewielkim miasteczku zamieszkałym przez niespełna trzydzieści tysięcy osób. Alice zaczęło swoją karierę w 1872 roku jako stacja telegraficzna przekazująca sygnał z Darwin do Adelajdy, czyli z północy na południe kontynentu. Stacja została pieczołowicie zrestaurowana i stanowi teraz jedną z większych atrakcji turystycznych miasta. Dzisiejsze Alice funkcjonuje natomiast jako baza dla turystów podróżujących po Terytorium Północnym; zatrzymują się tutaj ci, którzy chcą zobaczyć Uluru.  

Alice to senna miejscowość otoczona przez pustynię i busz. Od najbliższego dużego miasta, Darwin, dzieli ją tysiąc pięćset kilometrów. Asfaltowe chodniki na przedmieściach szybko przekształcają się w żwirowe ścieżki, a otaczające miasto skały w kolorze cegły dają nam odczuć, że znajdujemy się pośrodku pustyni. Kilka stacji benzynowych, dwa supermarkety, parę galerii, deptak długości kilkuset metrów i turyści snujący się po mieście w klapkach - to w przybliżeniu jest Alice Springs.

Rzeka Todd, nad którą leży Alice, przez cały prawie rok jest wyschnięta, a jej koryto porasta busz, trawa i drzewa. W rezultacie koryto rzeki wygląda jak długa, niekończąca się łąka, w poprzek której co jakiś czas biegnie kolejny mostek. W ciągu dnia na tej dziwnej łące można zobaczyć kilkuosobowe grupy ludzi. Ludzie są ciemnoskórzy i albo siedzą w bezruchu, albo leżą i śpią. To Aborygeni.

Ludność pochodzenia aborygeńskiego stanowi dwadzieścia procent populacji Alice Springs i jest to najbiedniejsze i najbardziej zaniedbane dwadzieścia procent. Większość Aborygenów mieszka w obozach na obrzeżach Alice, ale w centrum również jest ich sporo. Na pierwszy rzut oka widać, że są to ludzie żyjący 'poza głównym nurtem', nie wykazujący potrzeby ani  chęci zasymilowania się z białą częścią miasta. Chodzą w swoich grupach, rozmawiają w swoim języku. Jeśliby określić ich wygląd według standardów europejskich, są ponurzy albo obojętni. Ale to może być subiektywne wrażenie. Trudno zajrzeć w myśli ludzi. W każdym razie ciemnoskórzy mieszkańcy Alice Springs, mimo że używają tych samych chodników i ulic co wszyscy inni, chodzą po mieście własnymi scieżkami. Nie szukają kontaktu wzrokowego. Nie uśmiechają się. Nie żebrzą. To wszystko sprawia, że czuję się nieswojo.

Biali Australijczycy zainicjowali w Alice masową akcji asymilacji Aborygenów w latach siedemdziesiątych. Postanowili ściągnąć ludność aborygeńską z pustyni do miasta i dać jej nowe lepsze życie. Pierwsza część planu się udała, druga okazała się porażką. Ludzi, którzy od zawsze żyli w buszu, wsadzono do domów z podłogami i dachami i wręczono im sprzęt, którego nie widzieli przedtem na oczy. Później okazywało się, że nowi lokatorzy wyłamywali deski z podłogi i rozpalali na nich ognisko - bo dla nich było jasne, że to zapasy drewna. To jeden drobny przykład, który dał nam na wycieczce do Uluru nasz przewodnik Mike, ale - jak mówił - całemu procesowi asymilacji brakowało planu. Ludziom dano narzędzia, ale nie pokazano, do czego służą. Bez instrukcji użytkownika, Aborygeni zaczęli przyswajać z nowej kultury złe standardy i złe nawyki. Wcale nie weszli masowo na rynek pracy. Nie nauczyli się mówić po angielsku. Zaczęli za to jeść w Mc Donaldach i pić alkohol. Zaczęli chorować na cukrzycę. średnia życia kobiet aborygeńskich przed asymilacją wynosiła blisko osiemdziesiąt lat, mężczyzn siedemdziesiąt parę. Jakiś czas później w obydwu grupach wartości te spadły o  d w a d z i e ś c i a   lat. Część Aborygenów, nie potrafiąc  odnaleźć się w nowych warunkach, uciekła z powrotem do buszu.

Pod szpitalem miejskim, który mijaliśmy codziennie w drodze z hostelu do centrum miasta, widzieliśmy Aborygenów siedzących na ławkach albo na trawie. żadnych białych, sami Aborygeni. Później dowiedzieliśmy się od Mike'a, że byli to głównie chorzy na cukrzycę czekający na zastrzyk. Przykry widok. Ale jak się okazuje, cukrzyca to nie jedyny powód, dla którego Aborygeni stali się regularnymi bywalcami szpitali. W ostatnich latach Alice Springs nazwane zostało przez media 'stolicą dźgaczy'. Dlaczego? Tradycyjną karą, którą członkowie plemienia Arrernte wymierzają swoim współplemieńcom, gdy któryś z nich popełni przestępstwo, jest przecięcie uda włócznią. Przecięcie może być lekkie i niegroźne, a może być też głębokie i prowadzić do paraliżu ciała. Od 1998 do 2005 roku zanotowano tu ponad sześćset przypadków przebicia uda, z czego szesnaście spowodowało śmierć ofiar. 30 procent okaleczeń dokonano pod wpływem alkoholu. Alice to nie jest miasto, po którym bezpiecznie jest chodzić nocą i przewodniki o tym mówią.

Oczywiście obraz Aborygenów w Alice Springs i Centralnej Australii** nie jest czarno-biały. Są Aborygeni, którzy przystosowali się do nowych warunków, jeżdżą samochodami, znają angielski, zasiadają w radach parków narodowych. Ale jest ich mało. Typowy obraz ulicy jest zupełnie inny i przyznam, że wrażenie, które pod tym względem robi to małe miasto, jest raczej smutne.

C.d.n.


* Tak mówi kilka przewodników i większość folderów reklamowych. W rzeczywistości Uluru (ang. Ayers Rock) podobno nie jest monolitem, ale częścią skalnej struktury, której większa część znajduje się pod ziemią i w kilku miejscach wystaje ponad nią.

** Centralna Australia to jeden z regionów Terytorium Północnego (Northern Territory)


3 kwietnia

Niniejszym zamykamy stronnę i lecimy do Uluru, czyli samego środka Australii. Do zobaczenia za tydzień :)


2 kwietnia

Nie mam już żadnych wątpliwości: miś koala to najdziwniejsze zwierzę na świecie.

Po pierwsze, w ciągu doby koala tylko kilka minut spędza w miarę aktywnie, to znaczy przenosząc się z drzewa na drzewo. Resztę czasu zabiera mu sen, relaks w koronie drzew i jedzenie.

Po drugie: czy ktoś zna innego ssaka, który przez całe życie konsumowałby tylko jeden rodzaj pokarmu? Dieta koali, jak wiadomo, składa się wyłącznie z liści eukaliptusa. I to pomimo faktu, że eukaliptus stanowi doskonały przykład rośliny, której  n i e   n a l e ż y  jeść. Jest niemal całkowicie pozbawiony wartości odżywczych: jego liście składają się w 50 proc. z wody, w 20 proc. z niestrawnych włókien, w ponad 10 proc. z taniny i tylko w paru procentach z tzw. składników przyswajalnych. Na dodatek są wysoko toksyczne. Koala musi przeznaczyć sporo energii na ich odtrucie i przetrawienie. W związku z tym jego jelita, a konkretnie jelito ślepe, osiągnęło gigantyczne rozmiary. Poza tym koala prawie w ogóle nie pije. Ponad 90 proc. potrzebnej mu wody czerpie z pożywienia. Ale to nieprawda, że nie pije w ogóle, czasem mu się zdarza, głównie w czasie suszy, albo kiedy choruje.

Koala ma mózg wielkości orzecha włoskiego. To jedyne zwierzę z tak małym mózgiem w stosunku do reszty ciała. A więc - orzech włoski pływający w całkiem sporej czaszce. Na domiar złego - bez połączeń między półkulami. Cóż. Zgrabnie podsumował to przewodnik Lonely Planet:  'Kiedy spojrzysz w oczy koali, zobaczysz puste, jakby nieobecne spojrzenie; i nie ma się co dziwić, biorąc pod uwagę rozmiar jego mózgu.' Naukowcy przypuszczają, że skurczenie się mózgu u koali do mikroskopijnych rozmiarów mogło wynikać z bardzo ubogiej w energię diety. Po prostu na większy nie starczyło.

Teraz rozmnażanie. Już sama koncepcja noszenia potomstwa w torbie jest dla mnie trochę jak z bajki, ale idziemy dalej. Młode koali ma w chwili narodzin 2 cm 'wzrostu' i waży pół grama. P ó ł    g r a m a! Trudno w takiej drobinie rozpoznać przyszłego torbacza, który przybierze rozmiary średniej wielkości psa.  Przez sześć miesięcy małe pozostaje w torbie i wychodzi z niej dopiero wtedy, gdy odpowiednio urośnie. Uwaga, wychodzi między tylnymi łapami matki, bo torba koali, inaczej niż torba kangurów, otwiera się do tyłu. Przez jakiś czas mały koala podróżuje razem z matką na jej grzebiecie, próbując swoich pierwszych trujących liści eukaliptusa i powoli poznając uroki świata zewnętrznego.

Na koniec bardziej pikantne szczegóły. Penis samców koali jest rozdwojony. Po angielsku: bifurcated; co nie, że miło? żeńskie przedstawicielki gatunku nie pozostają w tyle: są wyposażone w dwie pochwy i dwie macice. Czy taka budowa ciała jest wyłącznie przejawem hedonizmu, czy może ma jakieś praktyczne znaczenie w procesie rozmnażania, nie mam pojęcia. Wiem, że koalę przebija tutaj tylko australijska kolczatka (echidna), z samczym penisem rozdzielonym na  c z t e r y  części. 

Koala to oczywiście w żadnym wypadku nie jest niedźwiedź*. To torbacz, najbliżej spokrewniony z wombatem, czyli zwierzątkiem o ciemnym futrze i spłaszczonym czole, spędzającym większość czasu na ryciu w ziemi. Tak na marginesie, sporym wyzwaniem jest dla mnie wiernie oddać wygląd lokalnych zwierząt, bo są one zdecydowanie endemiczne i nie mają swoich odpowiedników w Europie. Wombat  najbardziej przypomina mi, hm... ogromną świnkę morską skrzyżowaną z dzikiem? Albo z kuną... Czy z kretem...  Albo, jakby to powiedział mój kolega z Copernicusa, Alek: cholera wie.  W każdym razie do niedźwiedzia obydwu gatunkom jest biologicznie daleko. My na razie widzielismy jednego koalę, na Phillip Island, mimo, że cała Wiktoria podobno w nie obfituje. Więc po zdjęcia koali i wombata zapraszam na razie do Wikipedii.



*osoby kreatywne, w tym moją Siostrę, uprzedzam, że nie jest to również dźwiedź.



top


< Archiwum      Dziennik >
Kwiecień'09
Luty 2010
Styczeń 2010
Grudzień 2009
Listopad 2009
Październik 2009
Wrzesień 2009
Sierpień 2009
Lipiec 2009
Czerwiec 2009
Maj 2009
Kwiecień 2009
Marzec 2009
Luty 2009
Styczeń 2009
Grudzień 2008