31 grudnia

Chcieliśmy to mamy: dziś 40 stopni. Sylwestrowa noc będzie gorąca. Korzystając z okazji chcielibyśmy życzyć wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku.


28 grudnia

Lakes Entrance

Halo, jak to? Co to za lato? Siedemnaście stopni i deszcz co drugi dzień. Na spacerze w Nyerimilang National Park zmokliśmy całkowicie, niektórzy z nas mieli szczęście, bo byli w wózku, cali przykryci i zasłonięci, za to my, trzon wycieczki i komitet organizacyjny, zmokliśmy bez żadnego ale. Na szczęście w Lakes Entrance, oprócz pola z mini-golfem i licznych restauracji z rybami znajduje się także park wodny. Ciepła woda, sauna i spa, więc odbijaliśmy sobie te naście stopni i deszcz, codziennie odbijaliśmy, bo kto widział w grudniu naście stopni i deszcz, jak to w ogóle rozumieć.

Martunia po pierwszym 'nie lubię wody', które wyczytaliśmy z jej oczu w pierwszych sekundach spędzonych w brodziku, zmieniła zdanie dość szybko, zapewne za sprawą plastikowych delfinów, które pływały w wodzie, wystawiając pyski nad powierzchnię, teraz takie sprytne delfiny robią, że pływają całe zanurzone, a wystaje tylko pysk, jak u prawdziwych, więc Martunia polubiła wodę i delfiny; odetchnęliśmy z ulgą, bo przynajmniej był jeden punkt zaczepienia w deszczowym Lakes Entrance. 

W drugi dzień świąt spotkaliśmy się z Markiem i Kerstin, którzy z Melbourne jechali samochodem do Sydney, Lakes Entrance tytułem wyjaśnienia leży po drodze z Melbourne do Sydney, więc spotkaliśmy się z Markiem i Kerstin, i tym samym populacja białych ludzi w naszej wakacyjnej miejscowości wzrosła o sto procent. No może o niecałe sto, może bez przesady, ale faktem jest, że plażę w Lakes Entrance zdominowali Azjaci, a nasz motel zamieszkiwali prawie wyłącznie Hindusi, wcale nie za mili, szorstcy i trochę agresywni, i choć nie jesteśmy rasistami, to jednak.

Wakacje się kończą, "Ojciec chrzestny" przeczytany do końca, na Sylwestra wracamy do Melbourne, pierwszy Sylwester Martuni, nasz ostatni w Australii, przełomowe chwile, teraz już będą same przełomowe, będziemy się żegnać, pakować, ostatnie spacery w Ogrodach, ostatnie kawy i muffiny na przydomowej ulicy Domain, ostatnie barbecue nad rzeką.


24 grudnia

Jal Joshua, trzynastoletni Australijczyk. Bez powiewających zasłon nic by nie stracił, ale i tak mi się podoba. Na święta >


23 grudnia

świąt nie ma

O świętach nie piszę, bo świąt tu za bardzo nie ma. To znaczy jest choinka na City Square, są girlandy i bombki nad ulicami, na Bourke Street można sobie zrobić zdjęcia z Mikołajem, przygotowano nawet świąteczną wystawę w oknach galerii Myers, ale świąt jakos nie ma. Brakuje: śniegu, wieczornej ciemności, zaparowanych szyb w autobusach i ulicznych sprzedawców jemioły.

Podobno mózg może się zmieniać całe życie, można zacząć wierzyć w nowe rzeczy, zmieniać zachowania i przyzwyczajenia, ale nie, w Gwiazdkę w Australii jeszcze nie uwierzyliśmy.

Tak czy inaczej, w wigilijny  wieczór spotkamy się z naszymi Niemcami w knajpie na kolacji, łamiąc przy tym tradycję, bo do stołu zasiądziemy na pewno przed pierwszą gwiazdką; dwunastu potraw  raczej nie będzie, może chociaż zabierzemy siano, czyli skoszoną trawę z Ogrodów, na stół. A pierwszego dnia świąt jedziemy na nasze ostatnie w Australii wakacje - Lakes Entrance i może jeszcze Australijskie Alpy.

Wesołych!


21 grudnia

Przepraszam, że mało piszę, ale uczę się grać na pianinie. Za to są dwa nowe zdjęcia pod drugim grudnia.


19 grudnia

Wieczór

Dziewiąta i wciąż jasno.


12 grudnia

Księstwo Snake Hill

Na północ od Sydney leży małe księstwo: Snake Hill. Rządy w Snake Hill sprawuje książę Paul, z księżną Heleną i księżniczką Paulą. Księstwo powstało siedem lat temu. Na znak protestu.

Paul, Helena i Paula prowadzili niegdyś spokojny żywot pod Sydney. Regularnie spłacali pożyczkę hipoteczną. Pewnego dnia pożyczkodawca postanowił przejąć nieruchomość, mimo regularnych spłat. Paul, zdziwiony, poszedł do sądu i powiedział, że sprawa mu się nie podoba. Sąd skonkludował jednak, że racja jest po stronie pożyczkodawcy. Do głębi zaskoczony Paul uznał, że w kraju, w którym mieszka, nie ma sprawiedliwości. Postanowił się wyobcować. Na terenie swojej posiadłości założył własne księstwo. 

Księstwo Snake Hill ma swoją konstytucję, swoją flagę i walutę, ma nawet bank centralny. Posiada też parlament. Powierzchnia kraju to półtora kilometra kwadratowego. Liczba ludności,  która początkowo wynosiła trzy, teraz trochę wzrosła, bo od czasu do czasu dołączy ktoś nowy, ale wciąż nie jest duża. Władze Australii za bardzo nie przejęły się separatystycznym ruchem obywatela Paula, na co ów liczył, chcąc uzyskać trochę rozgłosu dla swej sprawy. Samo księstwo Snake Hill podchodzi jednak do swego istnienia bardzo poważnie. Posiada ambasady w sześciu krajach świata, włączając Stany, Kanadę, Chiny i naturalnie Australię.

Snake Hill może odwiedzić prawie każdy. Wstęp wzbroniony został tylko prawnikom; do nich władze księstwa nie mają zaufania. I tak, od siedmiu lat, Paul, Helena i Paula żyją sobie w swym Snake Hill; i mimo, że nie czują się częścią Australii, nie odrzucili całkowicie australijskich wartości. Uznają na przykład zwierzchnictwo królowej angielskiej (zapraszają ją nawet do siebie w odwiedziny). Ciekawe, czy też jeżdżą po lewej stronie jezdni.


7 grudnia

święta, święta

Lato w pełni. Trawniki pachną skoszoną trawą. W sklepach wyprzedaże klapków. Coraz trudniej znaleźć noclegi na okres świąteczny poza miastem. święta Bożego Narodzenia to w Australii początek wakacji.

Przy trzydziestu stopniach Celsjusza na zewnątrz i miłym szumie klimatyzacji we wnętrzu kawiarni Orange odbyło się nasze ostatnie White Elephant Xmas Party. Czyli takie mikołajki, na których kolejno losuje się prezenty, przy czym każda osoba może albo ukraść prezent poprzednim, albo wylosować nowy. Hitami sezonu, czyli prezentami najczęściej kradzionymi, okazały się: 1) butelka-termos w aborygeńskie wzorki, 2) płyta Birds of Tokyo oraz 3) ekologiczny kubek Keep Cup. W tym roku zabrakło tytułowego Białego Słonia, czyli prezentu, który nikomu się nie podoba i z tego powodu jest najczęściej wymieniany na inne. Ja zabrałam Lisie książkę z przepisami kuchni śródziemnomorskiej, ale Lisa była właściwie zadowolona, bo w zamian wylosowała kubek Keep Cup. Niewiele zabrakło, żebysmy do domu wrócili z dwiema książkami kucharskimi, bo Grzesiek wylosował drugą, ale jego książka została mu zabrana przez Annę. W zamian dostał od Anny plastikowy kask z okrągłymi uchwytami przy uszach. W uchwytach tkwiły dwie puszki piwa, z których na dół prowadziły dwie rurki z ustnikiem. Kaskiem natychmiast zainteresowała się Martunia.

Idą święta, więc czas wysłać kartki. Na poczcie zapytałam sprzedawcę: - Mam tutaj naklejony znaczek za 55 centów. Czy to wystarczy? - Sprzedawca obejrzał kopertę - Właściwie znaczek na ten list będzie kosztował 1,35 dolara. Ale możesz wrzucić do skrzynki tak jak jest, i tak nikt nie zauważy - A widząc moje wahanie dodał - Zrób jak chcesz. Ale i tak nikt nie zauważy.
Aha... dzięki za info.


2 grudnia

Rok Tygrysa

A więc Martunia jest tygrysem. I to tygrysem walecznym, bo urodziła się późnym wieczorem, czyli wtedy, gdy tygrysy wychodzą na polowanie. Gdyby urodziła się za dnia, byłaby tygrysem spokojnym: w  dzień, jak wiadomo, tygrysy śpią. Dowiedzieliśmy się tego od mamy Wee Liama, u którego w sobotę byliśmy na barbecue. Jak się okazuje, rok 2010 to w Chinach rok tygrysa. Cóż, muszę powiedzieć, że wszystko się zgadza.

Sobotnie barbecue odbyło się pod dachem, bo na dworze padał deszcz. Martunię zostawiliśmy tego wieczora niani - Jennifer. Jennifer była starsza, ale rzutka i wygadana. Z wykształcenia prawniczka. W przeszłości  prezes kilku organizacji. Ciągle jeszcze pracuje jako konsultant. A, i przyjechała do nas swoim BMW. Proszę, nawet o siódmej wieczorem, kiedy człowiek zupełnie nie przewiduje, że coś go tego dnia jeszcze zaskoczy, może zdziwić się i to całkiem głęboko. Z innych ciekawostek, od Jennifer dowiedzieliśmy się, że naprzeciwko naszego domu mieszkają multimilionerzy, właściciele sieci perfumerii.

U Wee Liama, jak zwykle, było miło i rodzinnie. Rodzice Wee Liama, brat Wee Liama, przybrane siostry, znajomi. Grillowana kukurydza, ryż w dwóch smakach, kurczak w curry, ciasto bananowe. Rozmawiamy o znakach zodiaku, o tym co nam się podoba w Australii, o dzieciach.

Kiedy stąd wyjedziemy, będzie nam chyba trochę brakować różnorodności kultur. Tego, że w sklepie kasjer Hindus, a w kawiarni kelnerka Chinka. A na pewno będzie nam brakować spojrzeń, którymi Azjaci, głównie turyści, obdarzają Martunię. Ten zachwyt na widok białego dziecka jest niesamowity. Niedawno grupa Japończyków, jeden po drugim, zrobiła Martuni ze dwadzieścia zdjęć. Co prawda przekonani byli, że Martunia jest chłopcem, ale tak czy inaczej. - Baby! Baby!!! How old? Nine months? Ooooh... He's cute!*  W tym względzie na warszawskich Wietnamczyków raczej nie możemy liczyć, bo oni białych dzieci wokół widzą niestety dość sporo.

Wee Liama i jego rodziców zaprosimy przed świętami na pożegnalny lunch do polskiej knajpy - Borsch, Vodka and Tears*. Czemu tears, nie wiem. W menu w każdym razie mają pierogi i bigos. A z Wee Liamem może spotkamy się w przyszłym roku, to jest w roku królika, bo latem Wee Liam chce się przenieść do Londynu. Z Londynu do Warszawy niedaleko, więc może? Zobaczymy.

ZDJĘCIA
z Wee Liamem
z Mamą Wee Liama

-------------------------------
* Dziecko! Dziecko! Ile ma miesięcy? Dziewięć? Ooo.... Słodki!
**Barszcz, Wódka i łzy



Listopad 2010
Wrzesień i pazdziernik 2010
Sierpień 2010
Lipiec 2010
Czerwiec 2010
Maj 2010
Kwiecień 2010
Marzec 2010
Luty 2010
Styczeń 2010
Grudzień 2009
Listopad 2009
Październik 2009
Wrzesień 2009
Sierpień 2009
Lipiec 2009
Czerwiec 2009
Maj 2009
Kwiecień 2009
Marzec 2009
Luty 2009
Styczeń 2009
Grudzień 2008


      Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
Grudzień'10
Archiwum >
Copyright Ewa & Grzegorz Krawiec