16 grudnia

Przedświątecznie

Nie będę oszukiwać: najbardziej brakuje mi światełek na choinkach w oknach mieszkań. Oraz samych choinek. Zamiast tego jest zapach skoszonej trawy w Ogrodach Botanicznych. śpiew ptaków za oknem od piątej rano. Czego jeszcze, w kontekście świąt, tutaj brakuje ? Zimna i ciemności podczas robienia świątecznych zakupów. Przy trzydziestu  stopniach i w pełnym słońcu kolędy w sklepach nie brzmią dobrze. Tęsknotę za prawdziwymi świętami i ojczyzną zrekompensowała nam trochę Ponura Sprzedawczyni z polskiej cukierni Europa, gdzie kupowaliśmy makowiec na świąteczne spotkanie ze znajomymi.


12 grudnia

Obiad u Wee Liama

A na koniec dostałam słoiczek marynowanych mango.

Mango zamarynowała i przekazała mi przez Grześka mama Wee Liama. Wee Liam to kolega Grześka z pracy, z pochodzenia Malezyjczyk. Pewnej soboty zaprosił nas na obiad. Gdy o umówionej godzinie przybyliśmy na miejsce i zapukaliśmy do drzwi, najpierw przywitali nas rodzice Wee Liama: niscy, uśmiechnięci, po azjatycku spokojni. Gdzieś w tle przemknęły cicho dwie młode Azjatki, które wzięłam - przyznaję - za  dziewczyny od cateringu, a które później okazały się przybranymi siostrami Wee Liama. Krótka rozmowa zapoznawcza. A więc państwo przyjechali niedawno z Malezji. Tak, przylecieliśmy odwiedzić synów. Uśmiechy, kiwanie głowami. A ty jesteś w ciąży, gratulacje, wspaniale, czy to pierwsze? Tak, pierwsze, tak, rzeczywiście ekscytujące, dziewczynka. Uśmiechy.

Mama Wee Liama wyglądała młodo i ładnie, czego nie omieszkałam zauważyć. Wywołało to kolejny już, tym razem bardzo spontaniczny uśmiech na jej twarzy, a zaraz potem szybką ripostę: - Jeżeli - spojrzenie na brzuch - ta mała dziewczynka  będzie tak miła jak jej mama, to będzie naprawdę przemiła. Po tej krótkiej wymianie uprzejmości przeszliśmy na taras. I to było ciekawe, bo przeszliśmy tylko my z Wee Liamem, a rodzice oraz brat wraz z nieśmiałymi Azjatkami zostali w domu. Zdążyliśmy już się przyzwyczaić, że przyjęcia w Australii są bardzo egalitarne, i że wszyscy razem, od zera do stu, od prawej do lewej, przy jednym stole, jednym grillu. Jednak tutaj nie: w obiedzie uczestniczyli tylko znajomi Wee Liama. Oprócz nas była jeszcze para Aussies, trochę później dołączyło dwoje Chińczyków. Na przystawkę - marynowane mango i udka kurczaka. Mango miało ciekawy smak i było autorskim wyrobem mamy Wee Liama. Po niedługiej chwili ciche Azjatki zaczęły przynosić  potrawy. Wśród nich b a r d z o  niedobry, gorzki rosół z imbirem oraz całkiem sympatyczny makaron z warzywami. W trakcie dalszej rozmowy okazało się, że Azjatki mieszkają razem z Wee Liamem i jego bratem, i tworzą "przybraną rodzinę". Tak wymyślili rodzice jednych i drugich dzieci. Jako że pierwsza para miała dwóch synów, druga dwie córki, a od lat obie strony łączyła głęboka przyjaźń, wymyślono, że dzieci zamieszkają razem. Przedłużenie relacji na dalsze pokolenia, bez głębszych podtekstów. Wee Liam, pytany przez nas o co chodzi i kim są dziewczyny, nie od razu chciał wyjaśniać, twierdząc, że historia jest straszliwie skomplikowana, ale okazała się tak prosta, jak widać.

Tematy przyobiednie - lekkie i niezobowiązujące. Praca, wakacje, pogoda, ciąża. Ciąża to niezły starter rozmów w nowym gronie. Od Chińczyków dowiedzieliśmy się, że w Azji, a zwłaszcza w Chinach, kobieta po porodzie przez jakiś czas odsuwana jest od wszelkiej aktywności. Do tego stopnia, że nie wychodzi z domu, nie kąpie się, nie robi właściwie nic. Tak przez dwa tygodnie albo nawet miesiąc. Dlaczego - pytamy? Bo jak się nie da ciału odpocząć za młodu, to potem wychodzi na starość; to bardzo ważne, żeby odpocząć. Aha.

Kontakt z Azjatami jest niemal zawsze bardzo interesujący. Rozbroiło nas na przykład zachowanie brata Wee Liama, chłopaka mniej więcej siedemnastoletniego, licealisty. Też nie usiadł z nami przy stole, został z rodzicami. Ale wpadł na taras, poproszony o zrobienie zdjęć.  Przejęty swoją rolą, trochę zestresowany, nie bardzo wiedział gdzie się ustawić. - Jakie miejsce polecasz? - zapytał brata. - A gdzie ci najwygodniej - odparł Wee Liam. Dla młodszego nie była to wystarczająco ścisła wskazówka. - Ale gdzie  t y  byś rekomendował?  Na jego twarzy ciągle malowało się napięcie i niepewność. Ciekawe, jak młodzi Azjaci aklimatyzują się w tutejszych szkołach. Jak szybko dostosowują się do australijskiego, zrelaksowanego stylu życia. 

Trochę później, kiedy wyszła para Australijczyków, Wee Liam i Jeremy z Chin zaczęli rozmawiać o grach komputerowych. Po tym uwielbieniu dla gier Azjatów można poznać z zamkniętymi oczami. - A grałeś już w Dzieci Wojny? - A widziałeś najnowszą wersję Czerwonego Smoka? [obie nazwy zmyślone] - No, stary, siedziałem przed komputerem do trzeciej w nocy. Co ciekawe, kolega który przyznał się do grania po nocach, pracuje w banku inwestycyjnym. A w bankach inwestycyjnych, jak wiadomo, w pracy spędza się często dwanaście godzin dziennie. Dwadzieścia też nie jest czymś niespotykanym.

I jeszcze jeden interesujący akcent z tamtej soboty - kiedy poprosiłam o wodę do picia, Wee Liam zapytał: - Gorącą, ciepłą czy letnią?  Mówiąc szczerze, chodziło mi o wodę schłodzoną, najchętniej z lodem, ale ponieważ taka wersja nie została wymieniona, wybrałam opcję najbliższą pożądanej, czyli letnią. Podejrzewam, że zimna woda do obiadu mogłaby mi potem "wyjść na starość" czy coś takiego. Wolałam nie ryzykować. 

Miły obiad zakończył się pełnym uśmiechów pożegnaniem z rodzicami. Podziękowaliśmy i pochwaliliśmy marynowane mango. Było naprawdę smaczne. Niespodziewanie, przy wyjściu, mama Wee Liama wsunęła mi do ręki czekoladę Lindta. Wielką złotą czekoladę z orzechami. Według mnie było to jeszcze echo przedobiedniej wymiany komplementów. Dobrze, że my na ten obiad przynieśliśmy ze sobą chociaż butelkę wina, bo inaczej równowaga w całym obiadowym barterze zostałaby mocno zaburzona.

A parę dni później dostałam słoiczek marynowanych mango. Przesłała mi je przez Grześka mama Wee Liama.

  
8 grudnia

A ponieważ jest lato, cały ten ruch wokół świąt Bożego Narodzenia wydaje się podejrzany. Choinki obsypane migoczącymi światełkam - w centrach handlowych, w poczekalniach u lekarzy, na ulicach... wszystko przy pełnym słońcu i 25 stopniach ciepła. Gwiazdy betlejemskie na ulicznych klombach. Pudding śliwkowy w sklepach. Reklamy: 'Niech to świąteczne barbecue będzie inne niż wszystkie, z naszym nowym sprzętem do grillowania'. Tak. A w oknach Galerii Myers, czyli takiej warszawskiej Galerii Centrum, bożonarodzeniowa wystawa z Trzema świnkami i sztucznym śniegiem. Do oglądania animacji ustawiają się całe rodziny z dziećmi, w kapeluszach, w klapkach, okularach przeciwsłonecznych. Nas mimo letniej pogody dopadł jakiś wirus. Co chyba znaczy, że mocno identyfikujemy się z Polską i aktualną polską pogodą.

Nasze święta spędzimy w Nowej Zelandii, być może w towarzystwie Kuby i Agaty. Kuba z Agatą są w trakcie swojej czteromiesięcznej podróży po Azji i okolicach, tydzień temu odwiedzili nas w Melbourne, za dwa tygodnie będą w Nowej Zelandii. Razem poszliśmy do buszu na misie koala. A już w najbliższą sobotę czeka nas White Elephant Xmas Party, czyli mikołajki w wersji australijskiej, w gronie naszych znajomych Niemców, Amerykanów i całej reszty. 


5 grudnia

Lato

Zapach kwiaciarni zna każdy. Najmocniej pachnie chyba liliami. Tak pachnie teraz w Ogrodach Botanicznych, bo od strony rzeki kwitną lilie. Dalej pachną eukaliptusy - wiadomo, tych jest najwięcej. Ale pachną też kwiaty lipy. W ogrodach jest kilka lip, uwielbiam je. Wieczorem cykają świerszcze, bardzo głośno. Jest bujnie, jest ciepło. Jest lato. 


3 grudnia

Gurrumul

Gurrumul śpiewa naprawdę pięknie. Są takie głosy, które wzruszają i to jest właśnie taki głos. Jego śpiew, pisze The Times, koi, 'jak płomienie ogniska w mroźną noc'.

Gurrumul Yunupingu, niewidomy Aborygen z klanu Gumatji objeżdża właśnie Europę. To jego pierwsza trasa koncertowa. Piosenkarz szybko podbija serca i staje się sensacją sceny. Kilka dni temu śpiewał w Paryżu w duecie ze Stingiem. Jego album sprzedał się już w 250 tys. egzemplarzy. Ale od kiedy opuścił Australię i przyjechał do Europy, Gurrumul mówi tylko o jednym: chce wracać do domu.

Nie lubi znajdować się w centrum uwagi. Nie udziela wywiadów: nie widzi w tym sensu. Najlepiej się czuje na swojej wyspie Elcho, siedząc w gronie rodziny i znajomych, jedząc ryby, śpiewając  piosenki, opowiadając historie. Aborygeni są bardzo przywiązani do miejsca, w którym się urodzili. Trasę w Europie zorganizował Gurrumulowi jego przyjaciel z Melbourne, Michael Hohnen, który występuje jednocześnie jako jego rzecznik, producent i menedżer. Hohnen dostrzegł w Gurrumulu artystę światowej klasy, kiedy słuchał jak niewidomy Aborygen śpiewa w swoim zespole na wyspie.

Występ ze Stingiem się udał, ale próby były męczące. Gurrumul nie mógł wczuć się w nastrój miłosnej piosenki Every breath you take, obcy muzyce aborygeńskiej. Większość jego własnych utworów opowiada o rodzinnej krainie, przodkach, ziemi, duchach. Piosenkarz śpiewa głównie w swoim lokalnym narzeczu Yolngu.  Pojedyncze piosenki, jak I was born blind  śpiewa też po angielsku. Angielski zna trochę, bez przesady. Jego przyjaciel Michael zna nieco dialektów aborygeńskich: też bez przesady. Ale nie rozmawiają ze sobą za dużo. Gurrumul głównie śpiewa.


Bapa  Gurrumul Yunupingu | Youtube
Djarimirri  Gurrumul Yunupingu | Youtube
Wiyathul  Gurrumul Yunupingu | Youtube

--------------------
Na podstawie Singer conquers Europe but wants to go home, The Age 30.11.2009


top


Luty 2010
Styczeń 2010
Grudzień 2009
Listopad 2009
Październik 2009
Wrzesień 2009
Sierpień 2009
Lipiec 2009
Czerwiec 2009
Maj 2009
Kwiecień 2009
Marzec 2009
Luty 2009
Styczeń 2009
Grudzień 2008


      Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
Grudzień'09
Copyright Ewa & Grzegorz Krawiec
< Archiwum  Dziennik >