31 grudnia
Wrócilismy z wakacji. Nasze wakacje zaczely sie na Phillip Island znanej ze swojej bujnej przyrody, a zwlaszcza fauny, potem na krotko wyskoczylismy na zachod przejechac sie Great Ocean Road. Male zatrucie pokarmowe (to ja) przerwalo wycieczke i wrocilismy do Melbourne, a po dniu odpoczynku pojechalismy jeszcze raz na wschod, do rezerwatu Wilsons Promontory. W miedzyczasie byla Wigilia w Melbourne. A dzis zacieramy raczki na impreze noworoczna w miescie. Korzystajac z okazji, zyczymy wszystkim szczesliwego Nowego Roku i wszystkiego co najlepsze!
> Parada pingwinow
Wedlug przewodnika Lonely Planet, wyspa Phillip Island lezaca 140 km na poludniowy wschod od Melbourne jest troche przereklamowana. Chodzi o pokazy pingwinow - Penguin Parades - ktorymi Phillip Island niezmiennie przyciaga tlumy turystow. Regularnie, bo codziennie albo co 2 dni, najmniejsze pingwiny swiata (dlugosc ciala 30 cm), o zachodzie slonca wychodza z oceanu i biegna do swoich gniazd na wydmach. Wychodzenie i bieg mozna ogladac siedzac na plazy, zakupiwszy wczesniej bilet.
Pingwiny przez caly dzien plywaja i poluja na pokarm. My trafilismy akurat na pore wylegu i karmienia mlodych, wiec nasze pingwiny, po dotarciu do gniazd, mialy dzielic sie jedzeniem ze swoimi malymi. Z dwojki pingwinow na polow wybiera sie zawsze tylko jeden rodzic, a drugi zostaje i ogrzewa mlodziaka. Codziennie na zmiane.
''Pokaz'' byl zorganizowany az za dobrze. Porzadku pilnowal i o pingwinach opowiadal ranger*, bylo naglosnienie i oswietlenie, na pokaz mozna bylo kupic bilet zwykly, premium albo VIP (lepszy widok na pingwiny, ranger na wylacznosc), a zwyczaje pingwinow byly dokladnie opisane na tablicach. Widzow tego wieczoru bylo przynajmniej kilkuset, a pierwi pojawili sie juz na pare godzin przed rozpoczeciem przedstawienia. Najwiecej, co juz nas nie dziwi, bylo Azjatow.
Pingwiny oglada sie z trybun ustawionych na plazy. Siedzac na tych trybunach zastanawialismy sie, kogo tego wieczoru bedzie wiecej - pingwinow czy ludzi. I kto tutaj tak naprawde przychodzi na show. Pare minut po dziewiatej z oceanu wyszla pierwsza grupa pingwinow i pomknela przez plaze do gniazd. Potem nastepna i nastepna. Niektore pingwiny przed wyjsciem wahaly sie, jakby nie chcialy jeszcze wychodzic z wody, chwile dawaly sie poniewierac przez fale, ale w koncu wybiegaly na piasek. Po pol godzinie wiekszosc pingwinow wyszla z oceanu. Widok rzeczywiscie ciekawy. Pingwiny jakby sie nie przejmowaly ludzmi siedzacymi 20 metrow od nich. Ani tym, ze z widowni dobiegalo co sekunde "Oooh...", "Look there! There!!!...". Jak juz kazdy powzdychal i zapragnal miec wlasnego pingwina, w osrodku z biletami mozna bylo kupic po powrocie pingwinie lody, pingwinie picie i chipsy, tysiac gadzetow z pingwinami, a takze mieciutkiego pingwina do przytulania w domu.
Moze sie troche smiejemy, bo standardy ogladania dzikiej przyrody w Polsce sa troche inne, ale w tym wszystkim nie mozna odmowic Australijczykom jednej rzeczy: maja bardzo duzy respekt dla przyrody i staraja sie wpoic go innym. Dzieki temu zwierzeta wokol nich sa ufne i wlasciwie nie zauwazaja ludzi. Wracajac z plazy do osrodka, maszerowalismy razem z pingwinami, oddzieleni od nich tylko niskim plotkiem. Pingwiny nas akceptowaly jako czesc otoczenia. Staly, rozmawialy ze znajomymi, czyscily sie. Najfajniej wygladaly pingwiny idace razem sciezka po kilka, kiwajac sie, jakby wracaly z imprezy.
Mysle, ze ta wspolpraca ze zwierzetami naprawde sie ludziom tutaj udala.
> Lekcja surfingu
Na Phillip Island nie mozna bylo nie sprobowac surfingu. To znaczy Grzesiek nie mogl, ja czekam na lepsze czasy i cieplejsza wode. A tak naprawde - ktos musi robic zdjecia ;)
Zajrzelismy do lokalnej szkoly surfingu na Smith Beach. Niestety na ten dzien bylo juz za pozno na zajecia, a na jutro jeszcze nikt sie nie zapisal; do przeprowadzenia lekcji potrzebne byly minimum 4 osoby. Ale kiedy wieczorem usiedlismy nad porcja zapiekanych ziemniakow i kubeczkiem sosu paprykowego i smietany (wedges, bardzo popularna tutaj przekaska), zazdzwonil pan ze Smith Beach informujac, ze chetni na zajecia sie znalezli i zaprasza na 10 rano na plaze, i oczywiscie poprosil przezornie o numer karty kredytowej.
Nastepnego dnia rano pojechalismy na plaze. W zajeciach uczestniczylo ok. 12 osob, w tym Grzesiek i rodzina z Libanu (bracia/kuzyni plus jedna siostra. Jak sie pozniej okazalo, wszyscy bracia pracowali w tej samej pizzerii, prowadzonej zreszta przez jednego z nich).
Lekcja skladala sie z godzinnego wstepu polaczonego z rozgrzewka oraz z godziny wlasciwego surfowania. Od razu mozna bylo zobaczyc, kto jest twardy, a kto miekki. Twardzi do samego konca probowali stanac i utrzymac sie na desce w pozycji pionowej, mniej ambitni po 15 minutach kladli sie na desce i dawali bujac przez fale. Siostra braci z Libanu byla twarda. Do ktorej grupy nalezal Grzesiek nie musze chyba mowic. Zreszta bedzie mozna zobaczyc na zdjeciach.
Na Phillip Island jest duzo dziko zyjacych zwierzat, glownie morskich ptakow, ale tez fok, no i - standardowo - kangurow i misiow koala. Choc tych ostatnich tam akurat nie widzielismy. Moze dlatego, ze koale, jak wiekszosc torbaczy, sa aktywne noca. Znaki przy drogach samochodowych ostrzegaja: ''Watch out for koalas at night''. Z ciekawych ptakow sa mutton birds, wg slownika po polsku to nurce: duze, czarne, bialo nakrapiane. Mieszkaja w koloniach, maja gniazda w norkach w ziemi. Do Australii przylatuja na zime (jak my) z Alaski (jak nie my), ok. 16 tys km. Te ptaki tez sie nas nie baly, mimo ze przechodzilismy kilka metrow od ich gniazd. Niedlugo wrzucimy pare zdjec.
> Wigilia
Dzien przed Wigilia wrocilismy do Melbourne, bo Agnieszka, znajoma Grzeska z PwC, zaprosila nas na wigilijnego grilla. Tak, tak, wigilijnego grilla.
U Agnieszki, ktora mieszka od 4 lat w Australii, poznalam bardzo fajna pare, Monike (PL) i Rogera. Grzesiek znal ich juz wczesniej. Roger, jak na Australijczyka, byl niezle zorientowany w kwestiach polskich. Wiedzial, ze przez 120 lat bylismy okupowanym krajem i byl tym naprawde poruszony. Zadawal trudne pytania: - So, who do you, guys, hate more: Germans or Russians? W zamian opowiadal nam ciekawostki o Aborygenach: na przyklad ze co jakis czas, w Royal Botanic Gardens (bardzo blisko nas), Aborygeni rozbijaja namioty, bo uwazaja, ze ziemie, na ktorych sa ogrody, naleza do nich.
Historycznie w okolicy rzeczywiscie mieszkalo duzo klanow aborygenskich, w dolinie rzeki Yarra glownie klany z plemienia, ktore nazywalo sie Wurundjeri. W 80-tych latach nawet byl jakis wiekszy ruch zwiazany z ziemia, tylko ze w innym stanie - w Queensland. Tamtejsi Aborygeni zaczeli domagac sie praw do terytoriow, ktore zamieszkiwali przed inwazja Anglikow. Co ciekawe, sprawa poszla do sadu najwyzszej instancji - High Court of Australia, a co jeszcze ciekawsze, w 1992 zostala rozstrzygnieta na korzysc rdzennej ludnosci. Zaczeto nawet opracowywac jakies prawa wykonawcze. Ale pozniejszy rzad Johna Howarda ucial dyskusje na temat przyznawania Aborygenom praw do ziemi. Swoja droga, Anglicy mieli niezle pomysly w XIX wieku, kiedy zaczeli sie rozkrecac w Australii: jeden Anglik, John Batman, kimkolwiek byl, przeprowadzil w 1835 z pewnym plemieniem aborygenskim transakcje kupna/sprzedazy kilkuset tysiecy hektarow ziemi. Za ziemie, na ktorych lezy dzisiejsze Melbourne, Batman wreczyl drugiej stronie troche narzedzi, kocow i jedzenia. W ten sposob Aborygeni poznali co to jest handel nieruchomosciami; wczesniej idea kupowania i sprzedawania ziemi byla im zupelnie nieznana.
Ale mialo byc o Wigilii. Wiec wigilijny grill byl mily, nawet urozmaicony akcentem polskim - czerwonym barszczem przygotowanym przez Monike. Bardzo smacznym. Najbardziej smakowal Kubie, dziecku Agnieszki i Marcusa. Marcus spedzil juz jedne swieta w Polsce i wyniosl z nich dosc niemile wspomnienia potraw w galarecie. Wszystko w galarecie i w galarecie. A gospodyni patrzy i nie ma przebacz. Opowiedzielismy troche o tradycjach w Polsce - o dwunastu potrawach, dodatkowym nakryciu i o zwierzetach, ktore o polnocy mowia ludzkim glosem (Monika powiedziala do Rogera: - To mozna by bylo sprawdzic u twojej mamy; a potem wyjasnila, ze miala na mysli jamnika, ktorego trzyma mama Rogera).
Po spotkaniu pojechalismy na rowerach na Federation Square, na ktorym tradycyjnie zgromadzilo sie duzo ludzi i byl telebim z transmisja koled (Carols by Candlelight) z naszych ogrodow botanicznych. Koledy przy swiecach to podobno fajna impreza, na ktora bilety wykupowane sa na dlugo przed swietami. Transmisja zakonczyla sie pokazem fajerwerkow. Kolo jedenastej wrocilismy do domu. Bylo cieplo, nad rzeka przy stolach piknikowych siedzialy jeszcze rodziny i grupki znajomych, dzien konczyl sie powoli i leniwie.
* ranger to lokalne okreslenie nadawane pracownikom rezerwatow, kempingow i innych takich miejsc
20 grudnia
Kolejny piekny dzien w Melbourne. Na poczatek sprawdzamy w internecie poziom miejskich rezerw wody. 34,8 proc. Przyroslo. Cieszymy sie.
Dzis zaczynaja sie nasze wakacje. Grzesiek pojechal rano odebrac samochod, ktorym od jutra bedziemy objezdzac Wiktorie. Samochod to Toyota Camry i wszystko ma nie tak. Nie ma sprzegla, kierownica jest po prawej stronie, kierunkowskazy tez po prawej; dlatego skrety sygnalizujemy czesto ruchem wycieraczek. Poza tym samochod jest w porzadku. W porzadku sa tez ceny benzyny: dolar za litr, czyli 2 PLN. Gaz jeszcze tanszy, 0.4 dolara tj. 80 groszy za litr.
Dzien spedzilismy jak normalni cywilizowani ludzie, czyli w centrum handlowym. Wywiezlismy po jednym wozku z Ikei i z supermarketu Coles. W supermarkecie, oprocz zapasow jedzenia, kupilismy przenosna 'lodowke' i wklady do zamrazania. Jak wakacje to wakacje.
Zakupy robi sie tu jakos milo. W sklepach jest duzy asortyment wszystkiego. Pare dni temu kupilam tu dresy mojego zycia. Granatowo-srebrne, cienkie, najprzyjemniejsza tkanina swiata. Przepiekne. Czuje sie w nich tak dobrze, ze moglabym z czystym sumieniem je reklamowac. Ciekawe, ze marki typu Adidas, Nike, Puma sa tutaj wlasciwie na kazda kieszen.
Wieczorem pojechalismy nad zatoke. Pierwsze, co zobaczylam zblizajac sie do oceanu, to chmara 'latawcow' kitesurferow. Przejechalismy sie wzdluz wybrzeza i pare kilometrow dalej zeszlismy na plaze.
Jutro rano pakuje moje nowe dresy do walizki i ruszamy w droge. Pamietac: lewym pasem, lewym pasem.
17 grudnia
Dzis zlapala mnie policja rowerowa. Za jezdzenie bez kasku placi sie mandat 57 AUD. Wybaczyli mi, bo jestem tu 'fresherem'. Ale spisali mnie i juz jestem zanotowana w zeszyciku policjantki z Chapel Street. Teraz musze zejsc z roweru, znalezc najblizszy sklep rowerowy i kupic kask. Trzeba jezdzic w kasku, bo jest niebezpiecznie i to dla mojego dobra. OK, I'll do so. Thanks, see you.
Rowerowi policjanci jezdza dwojkami, w niebiesko-bialo-czarnych strojach. Rowery z apteczkami, okulary przeciwsloneczne, wszystko gra. Ciekawe, czy w razie potrzeby moga wyjac koguty i jechac na sygnale.
16 grudnia
W Australii brakuje wody. Poziom wody w zbiornikach retencyjnych Melbourne spada od 12 lat i dzis wynosi 34.4 proc. tego, co bylo w 1997. George, starszy Grek, ktorego poznalam lecac samolotem z Sydney do Melbourne, stwierdzil, ze tak sucho jeszcze w Australii nie bylo. W pazdzierniku, kiedy zazwyczaj pada wiosenny deszcz, tym razem napadalo go bardzo malo.
George robil interesy w Sydney i wracal do domu w Melbourne. Ty tez wracasz do domu? Nie, ja podrozuje z Warszawy; w Melbourne mieszka moj maz; na jakis czas postanowilismy sie przeniesc do Australii.
- Oh, great, I 'm sure you'll like it here. And how long have you been travelling?
- Some fourty hours so far.
- Fourty hours?! Oh my God!!! Poor girl!...
George lub po grecku Jeorjos, okazal sie bardzo mily i podwiozl mnie swoim jeepem z lotniska do centrum Melbourne. Przez cala droge prowadzil dialog z pania z GPSa, ktora udzielala nam wskazowek, zreszta bardzo przyjemnym glosem, jak dojechac do biura PwC.
- Ahhh...stupid woman! I won't listen to you anymore! What?? What did you say, turn LEFT??!! Naaaa... you WON'T see me turning left now!...
Na koniec z wielkim hukiem wylaczyl GPS.
No wiec, George, powiedz mi, czy w Australii rzeczywiscie sa takie straszne pajaki. Pajaki? Hehe, nastraszyli cie? Od paru lat nie widzialem w miescie zadnego pajaka. Te naprawde grozne, jezeli w ogole, sa raczej poza miastem (in the bush). Jak zobaczysz takiego z czerwonym paskiem na grzbiecie, to uciekaj. Albo najlepiej go zabij. Wiesz, George, w Polsce jest taki przesad, zeby nie zabijac pajakow, bo zacznie padac deszcz. Deszcz? Super sprawa! Zabijaj wszystkie pajaki, wszystkie, jakie zobaczysz, OK?
15 grudnia
Gdybym w Warszawie zobaczyla tylu biegajacych ludzi, pomyslalabym, ze to maraton warszawski albo jakas wielka akcja charytatywna. Biega chyba cale Melbourne; o piatej/ szostej po poludniu jest juz bardzo gesto. Biegaja pojedynczo, grupkami, biegaja z dziecmi. Maszeruja.
Ciagle trudno sie przywyczaic do pelnego slonca o szostej po poludniu i do temperatury 20 stopni. Swieta przy takiej temperaturze beda na pewno ciekawe, a pierwsza gwiazdka zablysnie chyba o 23.
Dzis po drodze z tramwaju do domu przelecialy nade mna dwie kolorowe papugi. Pierwsza mysl, ze skads uciekly; kolorowe ptaki nie lataja przeciez po ulicach. Ale obok papug sa tez wroble i golebie. Nie tylko spoleczenstwo jest tu miedzynarodowe.
13 grudnia
Hehe. Poszlismy do kina na ''Australie'', zeby sie dowiedziec jak to wlasciwie bylo. Jak juz sie dowiedzielismy i zostalo tylko 15 minut do happy endu, film sie urwal. W ramach rekompensaty dostalismy po dwa bilety na dowolne filmy w sieci Village Cinemas. Zaczelismy sobie kalkulowac, ze jak by tak te filmy tez sie poprzerywaly pod koniec, to bylibysmy na dlugo ustawieni w australijskich kinach.
11 grudnia
No i jestem w Melbourne. Jest lato, jest slonce, jest super :) Podrozowalam w sumie 40 godzin.
W Wiedniu na lot do Tokio czekali prawie sami Azjaci. Pasazerow z rysami europejskimi bylo dwoje, w tym ja. W blad wprowadzali mnie Japonczycy z siwymi wlosami, ktorzy od tylu wygladali po europejsku, ale od przodu juz po japonsku.
W samolocie tez bylismy juz w Azji. Wszyscy pozdejmowali buty i lecieli w skarpetkach albo w kapciach. Japonka czekajaca obok mnie na toalete cwiczyla tai chi. Stewardessy proponowaly dwa rodzaje herbat - green tea albo English tea. Pozniej w Tokio wiedzialam juz, zeby nie prosic o czarna herbate, tylko wlasnie o English tea.
Japonczyk, ktory siedzial obok mnie, wracal z Europy do Hiroshimy. Z Tokio do Hiroshimy jest 1000 km, co japonskiemu pociagowi zajmuje 4 godziny. Rozmawialismy o Polsce i o Japonii. Zapytalam go, dlaczego w Japonii ludzie tak lubia Szopena. Zastanowil sie chwile. "Because he's very popular in Japan". No tak, to byla wlasnie jedna z tych japonskich odpowiedzi, ktore nie do konca do mnie przemowily. Ale poniewaz naprawde chcialam sie dowiedziec, pytalam dalej. Zastanawial sie dlugo i w koncu odpowiedzial "Because his music is like, you know, the sound of rain".
W samolocie widzialam najmniejsze stopy swiata. To byly stopy doroslej Japonki. Jesli moj rozmiar to 39/40, jej nie mogl byc wiekszy niz 30. Jej nierealne butki lezaly sobie przy siedzeniu. Ciekawe, jakie stopy mam wedlug niej ja.
Lotnisko Narita to jest klasa S. Niesamowicie profesjonalnie zorganizowane. O czym nie pomyslalam, pojawialo sie prawie od razu w zasiegu wzroku. Nie wiem, jak robi sie przestrzen, ktora czyta w myslach, ale Japonczycy to robia.
Przed lotem do Sydney mialam dluzsza przerwe, wiec wzielam prysznic (klasy S), poszlam na 20-minutowy masaz plecow (klasy S) i kupilam za moje tysiace jenow, ktore wzielam z Warszawym, bilet na pociag do Tokio. Tysiac jenow to trzydziesci zlotych.
Przez 3 godziny w Tokio nie zobaczylam duzo, glownie podziemne miasta - klimat jak u nas w podziemiach przy dworcu Centralnym, tylko powierzchnia razy piecdziesiat albo moze piecset, moze pod calym miastem jest takie podziemne Tokio? Za to droga do Tokio (60 km) byla przyjemna i przypominala troche podroz przez Bieszczady. Kolory czerwone, zolte, jesienne. Bardzo ladne ogrody. Blizej Tokio bylo coraz wiecej zabudowy, a domy dzielilo czesto nie wiecej niz poltora metra odleglosci.
Potem Cairns, Sydney i Melbourne. W Belgian Beer Cafe w centrum Melbourne najcudowniejsza randka swiata.