Spotkanie z Alice

środek Australii ma kolor rdzy. Rdzawoczerwona ziemia pokryta suchą trawą lub niskim buszem - i zero ruchu w krajobrazie. Co kilkaset kilometrów stado wielbłądów, parę dzikich koni, zdechła krowa. Niekończące się ogrodzenia z drutu kolczastego. Tak wygląda centralna Australia z okien wycieczkowego busa.

Podróż do Uluru, największego na ziemi skalnego monolitu*, zaczęliśmy w Alice Springs - niewielkim miasteczku zamieszkałym przez niespełna trzydzieści tysięcy osób. Alice zaczęło swoją karierę w 1872 roku jako stacja telegraficzna przekazująca sygnał z Darwin do Adelajdy, czyli z północy na południe kontynentu. Stacja została pieczołowicie zrestaurowana i stanowi teraz jedną z większych atrakcji turystycznych miasta. Dzisiejsze Alice funkcjonuje natomiast jako baza dla turystów podróżujących po Terytorium Północnym; zatrzymują się tutaj ci, którzy chcą zobaczyć Uluru.  

Alice to senna miejscowość otoczona przez pustynię i busz. Od najbliższego dużego miasta, Darwin, dzieli ją tysiąc pięćset kilometrów. Asfaltowe chodniki na przedmieściach szybko przekształcają się w żwirowe ścieżki, a otaczające miasto skały w kolorze cegły dają nam odczuć, że znajdujemy się pośrodku pustyni. Kilka stacji benzynowych, dwa supermarkety, parę galerii, deptak długości kilkuset metrów i turyści snujący się po mieście w klapkach - to w przybliżeniu jest Alice Springs.

Rzeka Todd, nad którą leży Alice, przez cały prawie rok jest wyschnięta, a jej koryto porasta busz, trawa i drzewa. W rezultacie koryto rzeki wygląda jak długa, niekończąca się łąka, w poprzek której co jakiś czas biegnie kolejny mostek. W ciągu dnia na tej dziwnej łące można zobaczyć kilkuosobowe grupy ludzi. Ludzie są ciemnoskórzy i albo siedzą w bezruchu, albo leżą i śpią. To Aborygeni.

Ludność pochodzenia aborygeńskiego stanowi dwadzieścia procent populacji Alice Springs i jest to najbiedniejsze i najbardziej zaniedbane dwadzieścia procent. Większość Aborygenów mieszka w obozach na obrzeżach Alice, ale w centrum również jest ich sporo. Na pierwszy rzut oka widać, że są to ludzie żyjący 'poza głównym nurtem', nie wykazujący potrzeby ani  chęci zasymilowania się z białą częścią miasta. Chodzą w swoich grupach, rozmawiają w swoim języku. Jeśliby określić ich wygląd według standardów europejskich, są ponurzy albo obojętni. Ale to może być subiektywne wrażenie. Trudno zajrzeć w myśli ludzi. W każdym razie ciemnoskórzy mieszkańcy Alice Springs, mimo że używają tych samych chodników i ulic co wszyscy inni, chodzą po mieście własnymi scieżkami. Nie szukają kontaktu wzrokowego. Nie uśmiechają się. Nie żebrzą. To wszystko sprawia, że czuję się nieswojo.

Biali Australijczycy zainicjowali w Alice masową akcji asymilacji Aborygenów w latach siedemdziesiątych. Postanowili ściągnąć ludność aborygeńską z pustyni do miasta i dać jej nowe lepsze życie. Pierwsza część planu się udała, druga okazała się porażką. Ludzi, którzy od zawsze żyli w buszu, wsadzono do domów z podłogami i dachami i wręczono im sprzęt, którego nie widzieli przedtem na oczy. Później okazywało się, że nowi lokatorzy wyłamywali deski z podłogi i rozpalali na nich ognisko - bo dla nich było jasne, że to zapasy drewna. To jeden drobny przykład, który dał nam na wycieczce do Uluru nasz przewodnik Mike, ale - jak mówił - całemu procesowi asymilacji brakowało planu. Ludziom dano narzędzia, ale nie pokazano, do czego służą. Bez instrukcji użytkownika, Aborygeni zaczęli przyswajać z nowej kultury złe standardy i złe nawyki. Wcale nie weszli masowo na rynek pracy. Nie nauczyli się mówić po angielsku. Zaczęli za to jeść w Mc Donaldach i pić alkohol. Zaczęli chorować na cukrzycę. średnia życia kobiet aborygeńskich przed asymilacją wynosiła blisko osiemdziesiąt lat, mężczyzn siedemdziesiąt parę. Jakiś czas później w obydwu grupach wartości te spadły o  d w a d z i e ś c i a   lat. Część Aborygenów, nie potrafiąc  odnaleźć się w nowych warunkach, uciekła z powrotem do buszu.

Pod szpitalem miejskim, który mijaliśmy codziennie w drodze z hostelu do centrum miasta, widzieliśmy Aborygenów siedzących na ławkach albo na trawie. żadnych białych, sami Aborygeni. Później dowiedzieliśmy się od Mike'a, że byli to głównie chorzy na cukrzycę czekający na zastrzyk. Przykry widok. Ale jak się okazuje, cukrzyca to nie jedyny powód, dla którego Aborygeni stali się regularnymi bywalcami szpitali. W ostatnich latach Alice Springs nazwane zostało przez media 'stolicą dźgaczy'. Dlaczego? Tradycyjną karą, którą członkowie plemienia Arrernte wymierzają swoim współplemieńcom, gdy któryś z nich popełni przestępstwo, jest przecięcie uda włócznią. Przecięcie może być lekkie i niegroźne, a może być też głębokie i prowadzić do paraliżu ciała. Od 1998 do 2005 roku zanotowano tu ponad sześćset przypadków przebicia uda, z czego szesnaście spowodowało śmierć ofiar. 30 procent okaleczeń dokonano pod wpływem alkoholu. Alice to nie jest miasto, po którym bezpiecznie jest chodzić nocą i przewodniki o tym mówią.

Oczywiście obraz Aborygenów w Alice Springs i Centralnej Australii** nie jest czarno-biały. Są Aborygeni, którzy przystosowali się do nowych warunków, jeżdżą samochodami, znają angielski, zasiadają w radach parków narodowych. Ale jest ich mało. Typowy obraz ulicy jest zupełnie inny i przyznam, że wrażenie, które pod tym względem robi to małe miasto, jest raczej smutne.

-------------------------
* Tak mówi kilka przewodników i większość folderów reklamowych. W rzeczywistości Uluru (ang. Ayers Rock) podobno nie jest monolitem, ale częścią skalnej struktury, której większa część znajduje się pod ziemią i w kilku miejscach wystaje ponad nią.

** Centralna Australia to jeden z regionów Terytorium Północnego (Northern Territory)


Noc pod gwiazdami

Łysy barman w 'Saloonie' w Alice Springs upatrywał sobie ofiary wśród barowych gości. Podchodził do  namierzonych stolików, dosiadał się, po czym sprawnym ruchem zawiązywał sobie serwetkę pod brodą i zabierał zdziwionym klientom baru talerze z jedzeniem. Właśnie dosiadł się do jakiejś młodej pary przy stoliku pod ścianą. Przysunął w swoją stronę talerz, który stał przed dziewczyną i - całkowicie ignorując jej zaskoczenie - ruchem ręki poprosił o keczup. Widać było, że przygotowuje się do ataku na stek. Nie był jednak nieuprzejmy: przez cały czas zagadywał parę i, przechylając głowę, uważnie słuchał odpowiedzi. Na twarzach chłopaka i dziewczyny rysowało się rozbawienie, ale też konsternacja: hej, o co tu chodzi? Wkrótce barman uznał, że nadszedł moment kulminacyjny, błysnął w powietrzu nożem i widelcem, wytrzymał dwie długie sekundy napięcia... po czym odłożył sztućce na bok, roześmiał się i wstał.

Tak. Nigdy nie wiesz, co cię spotka w Alice Springs. Nasz przewodnik na wycieczce do Uluru powiedział nam później, że łysy barman jest jednym z jego ulubionych w Saloonie. Jak dla mnie, top lista niespodzianek w tym barze powinna zawierać jeszcze krany w łazience, które po odkręceniu uruchamiają strumień wody w sąsiedniej umywalce, oraz zwisające tu i ówdzie z sufitu pojedyncze kowbojskie buty. Sufit, na marginesie, wylepiony jest banknotami z całego świata (stara polska pięćdziesiątka!). Z samym barmanem nie udało nam się zawrzeć bliższej znajomości: nasz stół, na którym stało jedno skromne piwo, nie wzbudził jego zainteresowania.

W stronę Uluru ruszyliśmy z samego rana niedużym busem, na którego pokładzie znalazła się załoga bardzo międzynarodowa. Na wycieczkę jechały z nami cztery Koreanki, kilka Tajwanek i Tajwańczyk, dwóch Anglików, Kanadyjka i Niemka. Oraz Mike, przewodnik i kierowca w jednym. średnia wieku na oko 25 lat. Na samym początku podróży Mike wręczył nam flamastry i kazał narysować na szybie symbol kraju, z którego pochodzimy. Piękny, choć nieco zniekształcony z powodu trzęsącego się autokaru orzeł, szybko wywołał okrzyki Anglików: - Germany! That's Germany! No? It's Poland??? Oh, sorry...

Anglicy dość szybko zawiązali żartobliwy front przeciw Kanadyjce, która jak się okazało, pracowała w kanadyjskiej armii w roli reportera/fotografa. Kanadyjka cierpliwie znosiła docinki pacyfistycznych kolegów z Anglii, ale kiedy chłopaki trochę za mocno pojechali, postanowiła wziąć odwet i wzięła na cel bluzę Matta. Hej, Matt, dlaczego twoja bluza jest różowa?  Matt odpierał atak twierdząc, że jego (różowa) bluza ma kolor czerwony, a poza tym jeżeli nawet, to dlaczego niby różowy ma być gorszy. Dyskusja zakończyła się konkluzją Kanady, że bluza Matta ma barwę aggressive salmon - i tak 'agresywny łosoś' stał się hasłem naszej wycieczki do samego jej końca.

Pierwszego dnia zobaczyliśmy Kings Canyon, wielki wąwóz zbudowany z czerwonego piaskowca. Czerwony kolor to efekt utleniania się żelaza, którego jest pełno w skałach Centralnej Australii. Mimo, że kanion tego rodzaju był dla nas nowym widokiem, nie był to widok porażający. Polskie Tatry i europejskie Alpy na mój gust stawiają międzynarodowym górskim pejzażom wysoką poprzeczkę; pamiętam, że podobna myśl przeszła mi przez głowę na szczycie Czatyrdahu na Krymie.

Zdecydowanie ciekawszy niż Kings Canyon był pierwszy kemping. Nocowaliśmy na środku pustyni i nie ulega wątpliwości, że ktoś, kto pierwszy wymyślił określenie in the middle of nowhere, wymyślił je w środku Australii. Jednym z niewielu punktów odniesienia w krajobrazie była zdechła krowa. Nasz obóz rozbiliśmy jakies półtora kilometra od zdechłej krowy, w miejscu, gdzie agencja turystyczna Mulga rozbija obozy od lat. Czekała tam już na nas przyczepa z materacami i z daszkiem, pod którym mogliśmy schować się w razie deszczu. Ale tej nocy nie padało. Przy rozpalonym kolektywnie ognisku zjedliśmy ugotowany w jednym garnku obiad i zaczęliśmy słuchać opowieści Kanadyjki o nocach spędzonych na wojskowym obozie pod gołym niebem, przy temperaturze minus czterdzieści stopni. Dla Mike'a, Australijczyka, była to całkowita abstrakcja. Dla mnie - coś, co z trudem mogę sobie wyobrazić. Powiedzmy, że minus czterdzieści jeszcze tak, ale minus sześćdziesiąt już by mnie przerosło. 

Nasza noc miała miłe plus dziesięć, miłe głównie dzięki materacom, które dobrze izolowały nas od ziemi. O wschodzie słońca (jak łatwo się wstaje śpiąc na powietrzu) zjedliśmy śniadanie, zwinęliśmy materace i ruszyliśmy naszym busem w kierunku Uluru i Kata Tjuta, które były coraz bliżej nas.


Uluru należy do Aborygenów 

Najbardziej popularny na świecie obrazek z centralnej Australii to Uluru, wielka czerwona skała wyrastająca nagle pośrodku pustyni. Uluru, po angielsku Ayers Rock, wygląda rzeczywiście oryginalnie, a powód tego jest prosty: w przestrzeni, gdzie nie ma nic, i nie ma tego nic przez setki i tysiące kilometrów, nagle pojawia się coś: i to nie byle jakie coś. To coś jest duże i masywne. Nieruchome, monumentalne.

Uluru ma ponad trzysta metrów wysokości i prawie dziesięć kilometrów w obwodzie, a zbudowane jest z piaskowca o wdzięcznej nazwie arkoza. Historia pochodzenia skały wciąż pozostaje tajemnicą, ale wiadomo na pewno, że arkoza była twardsza niż materiał, z którego zbudowane były skały wokół Uluru. To spowodowało, że erozja, która zniszczyła sąsiednie wypiętrzenia, wielkiej skały nie dotknęła.

Uluru jest dla plemion aborygeńskich tradycyjnym miejscem odprawiania różnych ceremonii. Jak jednak zaznaczył nasz przewodnik Mike - nie jest to raczej miejsce święte, wbrew temu, co mówią turystyczne broszury. Prawdziwie święte dla Aborygenów miejsce to Kata Tjuta, skupisko dużych skał znajdujące się trzydzieści kilometrów od Uluru. Kata Tjuta oznacza 'wiele głów' i rzeczywiscie, skalne kopuły mogą przypominać wielkie głowy. Najwyższa z nich, Mount Olga, ma ponad pięćset metrów wysokości. Według wierzeń Aborygenów, na samym początku świata ze środka ziemi wyłoniły się pierwsze istoty, które zaczęły wędrować i nadawać światu kształt. Po skończonej pracy zamieniły się w kamienie, jeziora, jaskinie i inne formy terenu, takie jak m.in. Kata Tjuta.

Ziemie, na których znajduje się Uluru i Kata Tjuta są własnością aborygeńskiego plemienia Anangu. W zasadzie są tą własnością od niedawna, bo dopiero od 1985 roku, po wielu latach negocjacji z rządem. Jednocześnie ludzie Anangu zgodzili się, by rząd dzierżawił tereny przez 99 lat. Dziś ziemie są wspólnie zarządzane przez przedstawicieli obu stron.

Mimo, że  większość Aborygenów nie uznaje Uluru za miejsce święte, kilka rodzin z plemienia Anangu za takie je uważa. Informacja ta znajduje się w przewodnikach i na tablicach otaczajacych skałę. Towarzyszy jej sugestia, że w geście uszanowania świętości nie należy podejmować prób wspinaczki. Bo wejście na szczyt teoretycznie jest możliwe - trasa wiedzie wzdłuż metalowych palików połączonych łańcuchem. Idzie się po gołej skale, więc przy silnym wietrze lub temperaturze powyżej 36 stopni trasa jest zamykana. Wspinaczka nie należy raczej do lekkich łatwych i przyjemnych. Podczas prób wejścia na Uluru zginęło do tej pory trzydzieści pięć osób.

Ale najciekawsze rzeczy i tak dzieją się na dole. Na pustynnych terenach rozciągających się u stóp skał rosną niesamowite rośliny. Opowiedział nam o nich Mike. Na przykład trawa zwana spinifex. Na pierwszy rzut oka wygląda nudno, a poza tym kłuje. Ale Aborygeni znaleźli dla niej mnóstwo zastosowań. Po pierwsze, zbierają jej nasiona i pieką z nich chleb. Po drugie, używają  tej trawy do rozpalania ogniska. Suche kłosy stanowią idealną podpałkę. Przekonaliśmy się o tym sami, rozniecając nasze własne ognisko przy użyciu spinifeksu. Dym, który powstaje przy spalaniu trawy jest ciemny i mocny; ten fakt Aborygeni również skrzętnie wykorzystali: za pomocą "dymnego morse'a'' komunikowali się na dużych odległościach. Poza tym wszystkim, soki spinifeksu działają jak bardzo dobry klej i świetnie nadają się do klejenia włóczni. Jedna trawa a tyle zastosowań. Z ciekawych roślin widzieliśmy jeszcze mulgę, drzewo, którego małe igiełki leczą skaleczenia. Podobno wystarczy włożyć jedną taką igłę do rany, żeby się zagoiła. No i jeszcze jedno drzewo o zdecydowanie wysokiej wartości w warunkach pustynnych: bloodwood tree. Kiedy wokół brakuje wody, z kawałka pnia tego drzewa można pozyskać sporą ilość płynu. 

Do pustynnych zwierząt, które robią spore wrażenie, na pewno należy zaliczyć jaszczurkę o nazwie thorny devil, (po polsku - słodko - moloch straszliwy). Ta mała rogata jaszczurka potrafi pić wodę zbierającą się na jej ciele. Może przetransportować wodę z dowolnego miejsca na skórze, na przykład z powierzchni nóg, do pyszczka. Szacunek. Moloch straszliwy lubi też od czasu do czasu chodzić do tyłu, symulując przy tym, że ma głowę po przeciwnej stronie ciała (w tym celu podnosi ogon do góry). Krok w przód, dwa kroki w tył. Ta zabawa ma na celu zmylenie przeciwników wykazujących niezdrowe zainteresowanie jego osobą i przymierzających się, żeby zaatakować. Całkiem dobre: nie wiadomo, z której strony uderzyć w molocha.

Moloch straszliwy jest do obejrzenia w gadzim zoo w Alice Springs, w naturze go nie uświadczyliśmy. W ogóle w naturze nie uświadczyliśmy żadnych zwierząt oprócz stada wielbłądów, dzikich koni i dziesięciu milionów much, które nieustannie obsiadały nasze twarze i koszulki.

W towarzystwie much obeszliśmy Uluru wokół, połowę trasy pokonując jednego dnia wieczorem, połowę następnego dnia rano. Zachód i wschód słońca zaliczony: uff. W trakcie spaceru, w gronie Polska - Anglia - Kanada wywiązała się dyskusja o rodzajnikach. Matt podważał sens nadawania rodzaju przedmiotom. Wszystko ma przecież rodzaj nijaki. Eee, nie, Matt, przecież wiadomo, że stół to ten stół, no nie? Cudownie. Tak można rozmawiać bez końca.

Matt, podobnie jak Andy i większość osób na wycieczce, był właśnie w trakcie swojego gap year, czyli rocznej przerwy w pracy. Popularny koncept wsród młodzieży na całym świecie, jak się okazuje. Matt kończył zwiedzanie Australii i jechał do południowo-wschodniej Azji. Wyluzowany Andy podróżował po świecie już osiem miesięcy. Widział Indie i Afrykę (pracował na plantacji bananów), zwiedził też Azję. Na celowniku miał teraz Nowa Zelandię. Tajwańczycy swój gap year spędzali głównie w Australii. A dla Mike'a, naszego przewodnika, wyprawa do Uluru była ostatnią, przynajmniej w krótkim terminie. W planach miał zmianę profesji i przekwalifikowanie się na kucharza. Najważniejsze to robić, co się lubi.

Dzień, w którym oglądaliśmy Uluru o wschodzie słońca, był ostatnim dniem naszej wycieczki. Po południu wróciliśmy do Alice Springs, skrzętnie starliśmy rysunki narodowych symboli z okien busa, a wieczorem podsumowaliśmy wyjazd w kolorowym hostelu Annie's Place. Ewa, przestań, jak ty nalewasz to piwo, musisz pochylić szklankę. Ale to nie jest piwo, tylko cider, Matt. O rany, nie ma znaczenia, musisz pochylić. 

To była bardzo miła wyprawa.


Kwiecień 2009

      Strona główna      

       Dziennik       

Podróże

         Zdjęcia         

Linki

        Kontakt      
Alice Springs i Uluru
Podróże >
Copyright Ewa & Grzegorz Krawiec
Zdjęcia